Polska blogerka opisuje swój powrót z Bali. „Przygoda życia zmieniła się w koszmar”

Polska blogerka opisuje swój powrót z Bali. „Przygoda życia zmieniła się w koszmar”

Bali - zdjęcie ilustracyjne
Bali - zdjęcie ilustracyjne / Źródło: Unsplash / Dennis Rochel
„Wylatując na Bali nie spodziewałam się, że sytuacja w Indonezji zmieni się w zaledwie kilka dni” – pisze blogerka Paulina Zambrzycka na popularnym blogu „Ania Radzi” opublikowanym na stronie Onetu. Kobieta opisała swój powrót z Bali ogarniętej epidemią koronawirusa.

Na początku wpisu Zambrzycka wyjaśnia dlaczego zdecydowała się na podróż, mimo że w tym czasie na świecie były już pierwsze informacje o epidemii . „Spędziłam wiele miesięcy dokładnie ustalając każdy jeden szczegół mojej samotnej wyprawy. Bilety kupiłam kilka miesięcy przed tym, zanim na świecie rozpoczęła się epidemia COVID-19. Chciałam za wszelką cenę zmienić coś w swoim życiu i udowodnić sobie, że dam radę nawet w najtrudniejszej sytuacji” – przyznaje. „Kiedy pakowałam plecak, media jednogłośnie wskazywały na to, że Indonezja jest bezpieczna. W Polsce też jeszcze wtedy nic się nie działo” – dodaje.

Zambrzycka opisuje, że na początku jej pobytu na indonezyjskiej wyspie nikt nie zdawał się przejmować sytuacją. Przyznaje, że po wylądowaniu wypełniła specjalną kartę zdrowotną i miała mierzoną temperaturę, ale była to jedyna procedura, którą przeszła. „Nie oszukujmy się jednak, Balijczycy mają dość swobodne podejście do wielu tematów” – podkreśla blogerka. „Po wyjściu z lotniska naprawdę nie dało się odczuć, że cokolwiek dzieje się na Bali źle. Maseczki ochronne nosili wyłącznie turyści, a miejscowi tylko uśmiechali się na jakiekolwiek wspomnienie o COVID-19” – dodaje.

Sytuacja się pogarsza

Jak opisuje blogerka, niedługo po jej przylocie na wyspie zmarła turystka z Wielkiej Brytanii, pierwsza ofiara koronawirusa na wyspie. „Każdego kolejnego dnia można było odczuć coraz większe, stopniowo budujące się napięcie. Ludzie zaczęli zakładać maseczki, a najbardziej popularne atrakcje zamykały się jedna po drugiej” – opisuje na blogu „Ania Radzi”.

W kolejnych dniach pojawiały się kolejne obostrzenia, a polskie MSZ zalecało powrót do kraju. „Z wyjazdu, który miał zmienić całe moje życie, zrobiła się bardzo stresująca «przygoda». Z tyłu głowy ciągle miałam myśl: «Coś Ty narobiła! Teraz utkniesz na Bali i zostaniesz sama ze sobą»” – opisuje blogerka.

Jej lot do Berlina został odwołany. Kolejne miejsca, w których Zambrzycka chciała się przesiąść w drodze powrotnej do kraju zamykały swoje granice. „Kolejne państwa zaczynały wprowadzać rygorystyczne obostrzenia, a mnie kończyły się już pomysły na powrót” – czytamy w blogu.

Powrót

W końcu pojawiała się informacja, że polski LOT zorganizuje specjalne loty czarterowe w różne rejony świata, by umożliwić Polakom powrót do kraju. Jednak to czy taki czarter z Bali się odbędzie miało zależeć od liczby osób, która będzie chciała w ten sposób wrócić do kraju. W końcu na 24 marca zaplanowano pierwszy lot z Bali do Polski.

„Zdecydowałam, że nie ma co czekać i myśleć. Po pierwsze nie wiadomo było, czy to nie będzie pierwszy i ostatni rejs specjalny (okazało się jednak, że 26 marca podstawiono kolejny czarter LOT-u, ostatni z Bali). Po drugie, nie do końca wiedziałam, jak rozwinie się sytuacja na wyspie. Wszystko wskazywało na to, że może być gorzej. Perspektywa pobytu w szpitalu w Indonezji sprawiła, że szybko zarezerwowałam bilet (w cenie nieco ponad 2300 zł) i postanowiłam, że wrócę” – tłumaczy blogerka. „Po trzecie, w ten sam dzień (19 marca) na Bali było spore trzęsienie ziemi, o magnitudzie 6.3. Uznałam, że to musi być jakiś znak. Wskazówka, że trzeba wracać” – dodała.

Samolot wyleciał o godzinie 7:00 nad ranem. Zambrzycka opisuje, że na pokładzie wszyscy pasażerowie dostali karty dotyczące 14-dniowej kwarantanny, a wszystkim zmierzono temperaturę. „Po wylądowaniu na Lotnisku Chopina w Warszawie czekaliśmy w samolocie jeszcze ok. półtorej godziny na płycie lotniska, w samolocie. Na pokład weszło bowiem Wojsko Obrony Terytorialnej i jeszcze raz sprawdzało każdemu temperaturę oraz dane wypisane w kartach” – pisze blogerka. Każdy z pasażerów musiał w ciągu 24 godzin wrócić do domu, gdzie miał rozpocząć 14-dniową kwarantannę.

Gdyby nie akcja #LotDoDomu, pewnie wielu z nas nie wróciłoby do kraju” – pisze Zambrzycka. „Chciałam przeżyć przygodę życia, a poniekąd zmieniła się w ona w koszmar. Wróciłam jednak silniejsza i, co najważniejsze, zdrowa. Głęboko wierzę w to, że pewnego dnia ta fatalna sytuacja skończy się na świecie i będzie tak, jak dawniej. Wtedy znowu podejmę wyzwanie i spróbuję raz jeszcze stawić czoła samej sobie. Czas pokaże” – kończy swój wpis.

Czytaj także:
WHO: Do końca epidemii koronawirusa w Azji jeszcze daleko

Źródło: Onet.pl

Czytaj także

 2
  • Kolejna głupia istota, która nie zrozumiała powagi sprawy. Mimo już wtedy szalejącego Koronawirusa, ona poleciała, bo miała już wszystko opłacone i szkoda jej było stracić - co tam zdrowie. A potem - ratujcie mnie, bo jest mi źle.Takim nierozgarniętym powinni kazać płacić słono za powrót do kraju. Przecież nie była w tamtym rejonie kilka miesięcy. Wiedziała, że leci w złym czasie. Szczyt beznadziei. I jeszcze opisuje swoją głupotę!!!
    • Być głupim to przywilej ludzki...Ale niektórzy nadużywają tego przywileju !!