Poszedłem do mongolskiej wróżki. Zobaczyłem swoją aurę i dowiedziałem się, jak umrę

Poszedłem do mongolskiej wróżki. Zobaczyłem swoją aurę i dowiedziałem się, jak umrę

Przykładowa wizualizacja aury (moja nie była tak kolorowa)
Przykładowa wizualizacja aury (moja nie była tak kolorowa)Źródło:Shutterstock / Space Wind
„Mongolska wróżka pojawiła się w Warszawie? Taka okazja nie trafia się często” – pomyślał mój znajomy i zaprosił mnie do testów w charakterze sceptyka. Było na tyle ciekawie, że postanowiłem opisać tę wizytę. A raczej – nakłonili mnie do tego koledzy z redakcji, przeczuwający okazję na dobrą historię.

Zacznijmy od tego, że tak konkretnie, to to nie była zwykła wróżka, tylko aurystka. Podobno to ma znaczenie. Warto podkreślić też, że jej metody pracy nasuwały skojarzenia bardziej z gabinetem lekarza niż sesją terapeutyczną, szamańskimi rutuałami, czy wszelkiego rodzaju mistycznymi doświadczeniami, których nieobeznani w temacie laicy (tacy jak ja) mogli w takim miejscu się spodziewać.

Mongolska wróżka odczytała moją aurę. Nie bolało

Wszystko odbyło się w dość przypadkowym lokalu na Woli. Widać było, że wróżka aurystka jest w mieście tylko przejazdem i korzysta ze stolika udostępnionego jej po znajomości. Kilkanaście metrów od jej stanowiska grupka ludzi jadła późny obiad, albo wczesną kolację; po pomieszczeniu ganiały też małe dzieci. Ktoś nieuświadomiony mógłby pomyśleć, że jakaś urzędniczka zabrała swoją pracę do domu.

Nie podaję tutaj adresu ani ceny, ponieważ raczej nie da się dostać do tej pani z ulicy. Pomijając to, czy ona sama życzy sobie reklamy, to w grę wchodzi też kwestia bariery językowej. Przy wróżce czuwa oczywiście jej asystent, ale jego polski jest dość skromny. Gdyby nie towarzyszący mi streamer Gangamurun, który to wszystko zaaranżował, prawdopodobnie niewiele bym zrozumiał z całego spotkania.

Przed startem poproszono mnie, bym mimo mojego oczywistego niedowiarstwa w kwestie nadprzyrodzone, zachowywał się poważnie i taktownie. Poszedłem nawet krok dalej i postanowiłem się „wczuć”. Zawiesić na chwilę swoją wiedzę i światopogląd; po prostu dać szansę uczciwie pracującej na swoją zapłatę wróżce. Byłem grzeczny i skupiony. Byłem gotowy.

Na samym początku zostałem poddany osobliwemu „badaniu”. Kładłem przed sobą obie ręce w różnych pozycjach: na boku, wnętrzem do spodu i do góry, a dysponująca „magicznym długopisem” ekspertka maczała jego końcówkę w nieokreślonej substancji i przyciskała do określonych punktów. Przyrząd ten podpięty był do tajemniczej maszynki, która z wyglądu przypominała ciśnieniomierz lub inne tego typu urządzenie.

Wydaje mi się, że punkty dotknięcia były umowne, ponieważ w jednym przypadku przyrząd lekko się zsunął, a mimo to nie robiliśmy żadnej poprawki. Nie wiem też, czy maszynka faktycznie cokolwiek przekazywała do komputera. Z grzeczności nie pytałem i nie zaglądałem tam, gdzie nie miałem łatwego dostępu. Trzymałem też obie stopy na ziemi, jak mi kazano.

Magia wspomagana komputerowo

Na tej podstawie usłyszałem, że jestem inteligentny (prawda), uzdolniony sportowo (prawda), a współpracownicy szanują moją pracę (oby) i wiedzą, że jak coś trzeba zrobić, to wywiążę się z zadania. Dodatkowo według badania jestem w dobrym miejscu w kwestii kariery (hmm, piszę tekst o wróżce, ale niech będzie), uzdolniony technicznie (no nie wiem) i predysponowany do bycia liderem (nawet jeśli, to raczej nie korzystam z tej zdolności).

Jak każdy dziennikarz, jestem w sobie „odrobinę” zakochany, także taka seria na początek to dobre posunięcie ze strony pani aurystki. Wydaje mi się jednak, że trochę przesadziła i posłodziła za mocno. Ewentualnie nie znam jeszcze pełni swoich możliwości, albo nie wierzę w siebie tak, jak powinienem. Na pewno w jednej kwestii mocno się pomyliła. Stwierdziła, że dobrze wyczuwam, w czym jestem dobry, a w czym nie. W tym roku zacząłem regularnie gotować, mimo że całe życie trzymałem się od tego z daleka. Jedno nie pokrywa się tu z drugim.

Następnie na ekranie odpalonego obok laptopa mogłem zobaczyć figurę człowieka i rozrysowaną wokół niego trójwymiarową siatkę. Była to moja aura, która w widoczny sposób została „nadgryziona” w kilku miejscach. Usłyszałem, że utraciłem jej już 26 procent, co dla przeciętnego 30-latka mieszkającego w Polsce jest wynikiem nieco powyżej średniej. Co ciekawe, w Mongolii taki sam wynik nie byłby niczym niezwykłym ze względu na „bardziej stresujące otoczenie”.

Nie wchodziłem w ten temat i nie opowiadałem o swoich stresujących doświadczeniach z polskiej szkoły, życiu w Łodzi czy wysłuchiwaniu polskich polityków. Może w Mongolii mają gorzej. Dowiedziałem się za to, że w moim otoczeniu znajduje się jakiś przedmiot, który źle na moją aurę wpływa. Tu rozpoczęły się poszukiwania owego przedmiotu i osoby z mojej rodziny, z którą jest on związany.

Uwierz w ducha

To „śledztwo” zajęło co najmniej jedną trzecią całej sesji i niestety nie przyniosło konkretnej odpowiedzi. Wróżka cały czas dodawała kolejne szczegóły: tajemniczy ktoś pił i miał chorą wątrobę, zmarł na serce, jeździł srebrnym samochodem, był związany z rodzinną kłótnią o dom, miał dwoje lub troje rodzeństwa, bywał wybuchowy. Mimo szczerych chęci, nie umiałem znaleźć nikogo takiego w swojej rodzinie. Nie wiedziałem o jakimkolwiek sporze o nieruchomości, nie kojarzyłem srebrnych samochodów. Nie pomagałem.

Aurystka co pewien czas pokazywała mi na kształt domu, który układał się z przecięć na mojej aurze. Faktycznie, też to widziałem, ale przecinające się trójkąty i kwadraty dosyć łatwo da się dopasować do tego wyobrażenia. Nie udawało się znaleźć po rodzinie, to próbowaliśmy po przedmiocie. Miał on znajdować się „po mojej prawej stronie”.

Problem w tym, że kiedy śpię, to po prawej stronie mam ścianę, a kiedy siedzę przy komputerze, to po prawej stronie też mam ścianę z oknem. Nawet w łazience, jeśli już spędzam tam więcej czasu, po prawej stronie jest tylko ściana. Próbowaliśmy dalej – to nie musiało być moje aktualne mieszkanie, to mógł być dom rodzinny, albo jakiś inny dom. Cóż, to dosyć mocno poszerza pole poszukiwań i prawdopodobnie znalazłbym jakieś miejsce, gdzie po prawej stronie mam jakiś przedmiot.

Pytania od publiczności

Sumiennie jednak zapisywałem wszystko na karteczce, by w razie czego móc później znaleźć winowajcę, który okrada mnie z aury i odbiera tym samym szczęście oraz życiową energię. Mając taki materiał w kieszeni, postanowiłem sam zadać kilka przygotowanych wcześniej pytań. Dzięki wahadełku i szablonom, które miałem przytrzymywać palcami wskazującymi, poznałem na przykład swoje życiowe miejsce. Znajduje się ono na północ lub północny-wschód od Warszawy. To przykre, bo uwielbiam to miasto, a rodzinę mam bliżej Łodzi, ale z wróżką się nie dyskutuje.

Dowiedziałem się następnie, że kobietę mego życia poznam za dwa lata. Generalnie jednak na mojej mapie uczuć po stronie kobiecej jest teraz wielka pustka. Widnieje na niej jedynie jakaś mała dziewczynka (mogło chodzić o moją chrześnicę). Usłyszałem, że nie dorobię się w życiu większych pieniędzy, ale też nie będą one dla mnie problemem. Mam też uważać na lewe kolano (faktycznie pobolewa, tak jak i prawe) oraz niższe odcinki kręgosłupa (rzeczywiście co kilka lat się odzywają).

Przede wszystkim jednak – choć nie pytałem – poznałem przyczynę swojej śmierci. Zapomniałbym o tym, ale na samym początku dowiedziałem się, że „rodzimy się i umieramy, a ty umrzesz na serce”. No cóż, przynajmniej nie w pożarze, albo stratowany przez stado antylop. Na końcu wreszcie wróżka powiedziała mi, że napiszę przed śmiercią książkę. W tym miejscu rzuciła, że jestem pisarsko uzdolniony. Ucieszyła się (lub udała zaskoczoną), kiedy na pożegnanie od tłumacza usłyszała, gdzie pracuję.

Jak to w końcu jest z tymi aurami?

Przed wyjściem miałem jeszcze okazję porozmawiać z kręcącymi się w okolicy osobami. Łamaną angielszczyzną wymienialiśmy się swoimi odczuciami i odniosłem wrażenie, że wszyscy wokół są pod dużym wrażeniem zdolności aurystki i tego, jak trafnie wskazywała niektóre osoby i fakty z ich życia. Może to tylko ze mną nie trafiła. Może pewnych rzeczy nie dało się idealnie przetłumaczyć. A może jako Polak mam nieco trudniejszą do odczytania aurę, czy po prostu inny background i trudniej się w niego wstrzelić.

Ja miałem poczucie, że słyszałem sporo rzeczy bardzo ogólnych, a próby tego konkretnego strzału, który miałby mną wstrząsnąć, okazywały się mocno nietrafione. Podobało mi się na pewno, że nie było żadnego kadzidełka, udawanych czarów i „aury mistycyzmu”. Choć z drugiej strony, może w dzisiejszych czasach na ludzi lepiej działa pokazanie im ekranu komputera z trójwymiarową siatką wokół szarej postaci?

Wydaje mi się, że ktoś „chętny i gotowy, by uwierzyć”, mógłby na moim miejscu dać się oczarować aurystce. Stateczna starsza pani w żaden sposób nie próbowała mnie dodatkowo angażować, nie szukała przesadnie kontaktu wzrokowego. Była uprzejma i skupiona na swoim „rzemiośle”, a do tego mówiła rzeczy, o których w gabinetach terapeutycznych usłyszymy dopiero po wielu wizytach. Dawała niewyrażoną obietnicę błyskawicznego dotarcia do rzekomego źródła problemu. Znam wielu ludzi, którzy daliby wszystko za tego typu „rozwiązanie” i nie zamierzam ich tutaj oceniać.

Oczywiście jako ktoś, kto nie wierzy w duchy, aury i aurystki, zalecam wszystkim czytającym tradycyjne gabinety psychologiczne. Może i wydacie w nich fortunę, może i terapia zajmie lata, ale po wszystkim będziecie mieli szansę na realne poznanie siebie i realną zmianę w swoim życiu. Zalecam też kontrolne badania w prawdziwych gabinetach prawdziwych lekarzy. Wizyty u wróżek niech najlepiej pozostaną ciekawostką, o której będzie można poopowiadać na spotkaniach towarzyskich.

No chyba, że za dwa lata znajdę żonę gdzieś na północny-wschód od Warszawy, dowiem się o skrywanej rodzinnej tajemnicy ze sporną nieruchomością w tle, a przed śmiercią napiszę tę książkę, do której obecnie nie mam motywacji. Wtedy odszczekam swoje słowa i skruszony udam się w pielgrzymkę do Mongolii. Obym tylko zdążył, zanim padnę na serce.

Czytaj też:
Niepozorna gra podbiła moje serce. Jak tekstowy RPG sprawił, że odstawiłem Hogwart's Legacy
Czytaj też:
Muzyczne battle royale z gołębiami w rolach głównych. Powtórzy sukces Fall Guys?

Źródło: WPROST.pl