Vancouver – Kanada pachnąca sukcesem

Vancouver – Kanada pachnąca sukcesem

Dodano:   /  Zmieniono: 
Jeszcze 30 lat temu Vancouver nie kojarzył się absolutnie z niczym. Dziś to najlepsze miasto do życia według prestiżowego brytyjskiego magazynu „The Economist”. To także obowiązkowy punkt wycieczek po Kanadzie, przykład najbardziej udanej rewitalizacji w Ameryce Północnej i wreszcie organizator Zimowych Igrzysk Olimpijskich 2010.
Vancouver, otoczony z trzech stron wodami Oceanu Spokojnego i rzeki Fraser, harmonijnie się wtapia w panoramę dominujących nad miastem Gór Nadmorskich. To urzekające połączenie dzikiej przyrody i nowoczesnej technologii, a jednocześnie ucieleśnienie American (a raczej Canadian) Dream. Jak to się stało, że to brzydkie kaczątko przekształciło się w łabędzia, który urzeka tysiące odwiedzających z całego świata?

Na początku było Expo ’86, czyli wystawa światowa, na której zaprezentowano najnowocześniejsze w owym czasie rozwiązania z dziedziny komunikacji i transportu. To właśnie wtedy powstał powielany obecnie na milionach pocztówek terminal dla promów Canada Place. Jego białe strzeliste dachy mają imitować żagle statków, które przed laty dobijały do tego miejsca. I chociaż nie dorównuje on architektonicznej maestrii podobnemu w kształcie Sydney Opera House, to z pewnością ten niezwykły port stał się iskrą, która zapoczątkowała rozwój tutejszego Downtown. Finansowe centrum Vancouver pełne jest stalowo-szklanych drapaczy chmur. Ale nie przytłaczają one i nie duszą przechodnia. Może dzieje się tak za sprawą zachowanych drewnianych willi ukrytych między siedzibami wielkich korporacji albo gór, które sprawiają, że natura niepostrzeżenie wkrada się w miejskie życie?

Wystarczy jednak przejść przez most w kierunku Granville Island, aby się znaleźć w zupełnie innym świecie, jakże odległym od dzielnicy finansjery. Kiedyś była to typowa dzielnica przemysłowa, pełna dymiących kominów, brudnych zaułków oraz rdzewiejących fabrycznych maszyn. Dzisiaj po tym industrialnym pustkowiu nie ma śladu. W latach 70. podjęto decyzję o rewitalizacji tego obszaru i pokazano światu, jak należy przeprowadzać tego typu projekty. W Granville XXI wieku robotników zastąpili artyści, a ponure fabryki zamieniły się w galerie sztuki i niewielkie warsztaty rzemieślnicze.

Sercem tej artystycznej dzielnicy jest Public Market – ogromny rynek, na którym przez cały rok sprzedawane są przysmaki, wśród których poczesne miejsce zajmują owoce morza prosto z Pacyfiku. Nie brakuje tu najbardziej charakterystycznego elementu tej wyspy, czyli ulicznych artystów. Muzykanci, mimowie, niewielkie trupy teatralne królują na uliczkach Granville, tworząc kalejdoskop wirujących barw i dźwięków. Ta wyspa pośrodku metropolii to rejon, po którym można się włóczyć godzinami, co chwila odkrywając kolejne niezwykłe studio malarskie albo malutką manufakturę.

Pośród tej artystycznej mieszanki ciągle kryją się ślady minionych czasów. Emily Carr University of Art and Design, czyli prestiżowa szkoła plastyczna, mieści się w dawnej fabryce obok czynnej cementowni. Ale zdaniem wykładowców to właśnie przemysłowa przeszłość inspiruje studentów do poszukiwania nowatorskich form wyrazu. Granville Island to efektowny przykład efektywnego wykorzystania industrialnego potencjału poprzedniej epoki dzięki przemianie zakładów przemysłowych w turystyczną atrakcję. Ważna lekcja szczególnie dla nas, Polaków, bo sami przecież próbujemy się zmierzyć z postprzemysłowym krajobrazem rodzimych aglomeracji.

Vancouver od dawna słynie z wielokulturowości, która najpełniejszy wymiar znajduje w tutejszym Chinatown. Ta trzecia co do wielkości chińska dzielnica w Ameryce Północnej powstała w drugiej połowie XIX wieku, kiedy tysiące mieszkańców Państwa Środka przybyło tu, aby pracować przy budowie kolei transkanadyjskiej. W ramach tej gigantycznej inwestycji powstała linia kolejowa łącząca Atlantyk z Pacyfikiem, a główną siłę roboczą stanowili właśnie Chińczycy, pracujący za symbolicznego dolara. Dzisiejsze Chinatown to miasto w mieście, jakby żywcem przeniesione z dawnych Chin, pełne smoków, różnokolorowych lampionów i sklepów z chińskimi medykamentami.

Miłośnicy epoki dzieci kwiatów mogą zaryzykować wycieczkę do SoMa, czyli South Main. Ta dzielnica jeszcze na początku lat 90. była uznawana za siedlisko wyrzutków społecznych. Choć teraz mieszkają w niej raczej outsiderzy kapitaliści, nie brakuje tu offowych galerii, indyjskich sklepów i atmosfery pokoleniowego buntu, który jednak dawno utracił walor autentyczności. Bo przeciwko czemu się buntować, żyjąc w najbardziej przyjaznym mieście na ziemi?

I wreszcie ostatni element idealnego miasta, czyli wszechobecna przyroda. I nie chodzi tutaj tylko o otaczające Vancouver górskie szczyty. Zieleń króluje także w przestrzeni miejskiej, wdzierając się między wieżowce i drogi wielopasmowe. Najlepszym przykładem tej harmonii natury i cywilizacji są Stanley Park oraz Uniwersytet Kolumbii Brytyjskiej. Pierwszy z nich to ogromny zespół parkowy graniczący z Downtown, w którym majestatyczne cedry sąsiadują z nowoczesnym oceanarium i ogrodami tematycznymi. Natomiast uniwersytecki kampus to nic innego jak las w mieście – na klifach można odnaleźć tu orle gniazda.

W dobie mody na ekologię Vancouver był naturalnym kandydatem na gospodarza zimowych igrzysk. Specjalnie na potrzeby imprezy unowocześniono i rozbudowano położony w centrum BC Place Stadium, gdzie odbędzie się ceremonia otwarcia oraz zakończenia igrzysk. Zmodernizowano też inne obiekty, takie jak Pacific Coliseum oraz Hillcrest Curling Centre. Część zawodów (m.in. narciarstwo alpejskie) odbędzie się w położonym 100 km od Vancouver kurorcie Whistler, a zatem miłośnicy białego szaleństwa będą mogli również odkryć uroki dziewiczej przyrody Gór Nadmorskich. Zalety Vancouver można mnożyć w nieskończoność. Nie bez przyczyny króluje on w rankingu najlepszych miast do życia „The Economist".

Czytaj także

 0

Czytaj także