Pop-powstanie

Pop-powstanie

Dodano:   /  Zmieniono: 1
Im więcej czasu mija od roku 1944, im więcej wiemy o powstaniu warszawskim, im więcej znamy relacji z tamtych dni, tym trudniej jest nam bronić decyzji o rozpoczęciu walk w stolicy. Ci, którzy takiej obrony się mimo wszystko podejmują, mówią o honorze Polaków i o tym, że powstanie i tak by wybuchło, ponieważ młodzi Polacy mieli dość stania z bronią u nogi. Ale czy honor wart był ofiary z niemal 200 tysięcy mieszkańców stolicy oraz zrównania z ziemią miasta, które w przeszłości nazywane było Paryżem północy?
W dyskusji o powstaniu często używa się argumentu, że gdyby warszawiacy nie podjęli walki, wówczas ZSRR jeszcze bardziej zdominowałby powojenną Polskę. Czy aby na pewno? A może gdyby 20 tysięcy żołnierzy AK, rekrutujących się zazwyczaj spośród przedwojennej inteligencji, nie poległo w straceńczej walce, Polska szybciej wylizałaby się z wojennych ran? Winę za klęskę powstania usiłuje się też zrzucić na aliantów, którzy nie pomogli walczącej stolicy. Ale przecież polskie dowództwo na Zachodzie przestrzegało przed godziną „W", że działania alianckie są już rozpisane do końca wojny i nie ma w nich miejsca na nieuzgodnione inicjatywy. Z kolei Rosjan wini się za to, że nie przekroczyli linii Wisły i nie pomogli Polakom – ale czy naprawdę można było tego od nich oczekiwać? Józef Stalin doskonale zdawał sobie sprawę, że powstanie warszawskie jest politycznie skierowane przeciwko niemu.  Nieprzypadkowo już w 1944 roku general Władysław Anders stwierdził, że: "stolica pomimo bezprzykładnego w historii bohaterstwa z góry skazana jest na zagładę. Wywołanie powstania uważamy za ciężką zbrodnię i pytamy się, kto ponosi za to odpowiedzialność”.

Powstanie było nieprzygotowane, wywołane bez porozumienia z polskim rządem emigracyjnym i aliantami, skierowane nie tyle przeciwko Niemcom, co przeciwko stojącej na przedpolach stolicy Armii Czerwonej. To był akt polityczny – a nie militarny. W lipcu 1944 roku generał Leopold Okulicki na naradzie Komendy Głównej AK oświadczył: „W Warszawie mury będą się walić i krew poleje się strumieniami, aż opinia światowa wymusi na rządach trzech mocarstw zmianę decyzji z Teheranu". Decyzja nie została podjęta na postawie realnych przesłanek, ale na podstawie kilku informacji o zwiadzie sowieckim na prawym brzegu Wisły. Tymczasem jeszcze w połowie lipca 1944 roku dowództwo Armii Krajowej kategorycznie stwierdzało, że walka w Warszawie jest niemożliwa.

Odpowiedzialność za klęskę powstania i śmierć setek tysięcy ludzi spoczywa na dowódcach. Już po tygodniu walk wiadomo było, że zarówno cele wojskowe, jak i polityczne, nie zostaną spełnione. Powstanie powinno się zakończyć już w połowie sierpnia. To że walki toczyły się aż do października obciąża takich ludzi, jak dowódca powstania, gen. Tadeusz Bór–Komorowski, czy gen. Antoni Chruściel „Monter". Bohaterami byli ci, którzy polegli – szeregowi żołnierze. Za śmierć warszawiaków odpowiadają Niemcy, ale za stworzenie im ku temu warunków odpowiedzialność ponosi dowództwo Armii Krajowej.

Nie widzę konieczności rozpatrywania powstania w kategoriach romantyzmu, patriotyzmu, mitologii polskiej. Historia powstania była zawsze manipulowana - zarówno za czasów PRL, jak i teraz. Powstanie warszawskie zostało wprzęgnięte w tak zwaną „politykę historyczną", doraźną walkę polityczną, w oparciu o hekatombę usiłuje się budować nową mitologię polską i tworzyć nową tożsamość narodową. Jako przykład do naśladowania wskazuje się Szoah, w oparciu o który wykształciła się tożsamość współczesnych Żydów. Nie bierze się jednak pod uwagę tego, że po Holokauście powstał Izrael, natomiast po powstaniu warszawskim pozostały nam tylko ruiny stolicy.

Coroczne obchody rocznicy wybuchu walk w Warszawie przybierają formę pop-powstania. Szokująca była dla mnie wypowiedź dyrektora Muzeum Powstania Warszawskiego Jana Ołdakowskiego, który dwa lata temu stwierdził, że rocznica jest dobrą okazją do wspólnego, rodzinnego, radosnego (sic!) przeżywania rocznicy. W rezultacie obchody rocznicy tragedii powoli zaczynają przypominać piknik: obserwujemy barwne inscenizacje, śpiewy, zabawy na barykadach. Tak - powstanie trzeba pokazywać, uczyć o nim, przypominać je – ale nie można przy tym zakłamywać historii.
 1

Czytaj także