Francuski dziennik podkreśla, że wszyscy reporterzy w Iraku znaleźli się "w sercu brudnej wojny", przypominającej konflikty w Algierii, Wietnamie i Afganistanie. W takiej wojnie nie ma linii frontu, wróg pozostaje w ukryciu i nigdy nie można ocenić skali niebezpieczeństwa.
Dziennikarze w Iraku nie mogą wykorzystać swego statusu świadka, bo oznaczenia prasowe nie chronią ich przed atakami. "Dla bojowników islamskich, często zupełnie nieświadomych roli prasy w demokracji, dziennikarze są najpierw celem, jak moneta przetargowa w szantażach, albo gorzej - jak przyszli skazani na karę śmierci" - pisze "Le Figaro".
Narodowość także nie jest już ochroną. O ile na początku Francuzi, Niemcy i reporterzy przybywający z krajów przeciwnych polityce prezydenta George'a W. Busha mogli liczyć na pewną nietykalność, teraz to się skończyło. "Dla islamistów nie ma +dobrych+ ludzi Zachodu, krytykujących politykę USA, ani złych, sprzymierzonych z armią amerykańską. Są tylko niewierni" - ostrzega dziennik.
Przy tym dziennikarze, z braku znajomości języka arabskiego, są "więźniami" swych lokalnych tłumaczy. Nigdy nie wiadomo, jakie są poglądy danego tłumacza, czy okaże się oddanym asystentem, czy też ukrytym wrogiem.
"Le Figaro" przypomina, że w poniedziałek wieczorem upływa termin ultimatum, jaki postawili porywacze Georgesa Malbrunota z "Le Figaro" i Christiana Chesnota z Radia France Internationale, żądając, by Francja wycofała się z wprowadzenia zakazu noszenia chust islamskich przez muzułmanki w szkołach.
Zamieszcza też wywiad z przewodniczącym Związku Organizacji Islamskich we Francji, Lhajem Thami Breze, który nazywa porywaczy wrogami islamu. "Presja wymierzona we Francję, kraj przyjazny Irakowi i Arabom, jest niedopuszczalna. Porywacze są wrogami islamu. Ich nieracjonalne zachowanie ściąga osąd na całą społeczność muzułmańską. Dzisiaj wszyscy muzułmanie we Francji zostali zakładnikami" - ocenił Breze.
sg, pap