Wygłosił on swoje oświadczenie w Sejmie po spotkaniu z kandydatem
PO na premiera Donaldem Tuskiem. Boni był wymieniany jako kandydat
na ministra pracy w gabinecie Tuska. Po jego oświadczeniu szef PO
zadeklarował, że podtrzymuje wcześniejszą wolę współpracy z Bonim
w rządzie.
REKLAMA
Boni powiedział, że odbywał z funkcjonariuszami kilkuminutowe
rozmowy. "Rozmawiałem na tematy ogólne i nigdy w żaden sposób nie
rozmawiałem o swojej realnej działalności podziemnej" - podkreślił.
"Jest mi wstyd i żałuję (...) Przepraszam i proszę o wybaczenie" -
mówił Boni, który pod koniec wystąpienia miał łzy w oczach.
"Z pokorą myślę, że będę mógł i sobie, i innym teraz - po tym
wyznaniu - spojrzeć w twarz" - zaznaczył.
Boni poinformował, że "otrzymał propozycję współpracy od pana
przewodniczącego Donalda Tuska - w sprawach programowych i udziału
w gabinecie". Dziennikarzom powiedział, że Tusk złożył mu tę
propozycję i przed, i po tym, jak poinformował go o podpisaniu
przez siebie deklaracji współpracy z SB.
"Pod koniec sierpnia 1985 roku do mieszkania mojej przyszłej
żony, rano, weszła Służba Bezpieczeństwa. I było to związane z jej
działalnością kolporterską dla Niezależnej Oficyny Wydawniczej" -
mówił Boni.
I kontynuował: "po wielogodzinnej rewizji i przedstawieniu
zagrożenia, że trzyletnia dziewczynka zostanie przekazana do
milicyjnej izby dziecka. A ja, ponieważ byłem wtedy w innym
formalnym związku, będę narażony na plotki i informacje o zdradzie
małżeńskiej. Po rozwiezieniu nas w różne miejsca, przy szantażu,
podjąłem decyzję, bojąc się, podpisania deklaracji współpracy ze
Służbą Bezpieczeństwa".
"Miałem świadomość, że podpisuję, uciekając przed strachem, ale
także z myślą o bliskich i nie traktowałem tego zobowiązania jako
czegoś poważnego" - powiedział.
Jak dodał, podpisał tę deklarację, mimo że zatrzymanie nie
dotyczyło prowadzonej wówczas przez niego działalności podziemnej.
Boni wyjaśnił, że był wtedy, od 1983 roku, szefem podziemnego
pisma "Wola", członkiem Międzyzakładowego Komitetu
Koordynacyjnego, a miesiąc wcześniej przeprowadził wywiad ze
Zbigniewem Bujakiem.
"Błąd, jaki popełniłem polega na tym, że po wypuszczeniu z
aresztu nie poinformowałem swoich kolegów ze struktur podziemnych
o podpisaniu tej deklaracji" - przyznał.
Jak tłumaczył, ani nie podjął współpracy, ani nikt do niego się w
tych sprawach się z SB nie zgłaszał aż do później jesieni 1987 roku.
"Kiedy rozpoczęło się nagabywanie, pewnego dnia, przy Katedrze
Kultury Polskiej na Uniwersytecie, gdzie wtedy pracowałem, pojawił
się mężczyzna, mówiąc o tym, żebym pamiętał, iż podpisałem
deklarację współpracy" - opowiadał.
"Rozmawiałem z nim w pobliskiej kawiarni. Rozmawiałem na tematy
ogólne i nigdy w żaden sposób nie rozmawiałem o swojej realnej
działalności podziemnej. Te nagabywania pojawiały się od końca
1987 roku, przez cały 1988 rok, jeszcze na początku 1989" - mówił.
Boni zapewnił, że ani razu nikogo nie naraził na żadne
niebezpieczeństwo. "Uciekając w tych przypadkowych często
rozmowach od mówienia czegokolwiek, co byłoby istotne. Nie zmienia
to faktu, że bałem się i te kilka razy, kiedy podchodzili do mnie
funkcjonariusze, w cywilu oczywiście, strasząc mnie, że mają moją
deklarację współpracy, odbywałem kilkuminutowe rozmowy" -
relacjonował Boni.
Jak twierdzi, SB nigdy nie pytała go o obszar jego działalności
konspiracyjnej.
"Pytano mnie o to, czy np. przypuszczam, że rozwijanie się takich
ruchów, jak duszpasterstwa ludzi pracy będzie powodowało, iż
+Solidarność+ będzie przenosiła się w stronę działań na terenie
Kościoła. Mówiłem, że każde pole działania dla wolności jest
dobrem. To były takie odpowiedzi jak najkrótsze, jak najszybsze.
Co oczywiście nie usprawiedliwia samego podjęcia rozmów" - mówił
Boni.
Zasugerował dziennikarzom przeczytanie rozdziału poświęconego "S"
na Woli w książce historyka Andrzeja Friszkego "Solidarność
podziemna 1981-1989".
Dodał, że w tamtym okresie oprócz prowadzenia działalności
podziemnej był też aktywnym działaczem Duszpasterstwa Ludzi Pracy
Wola, które zakładał. Był też - jak mówił - członkiem, a później
przewodniczącym Komisji Zakładowej "Solidarności", co było wiadome
po jej ujawnieniu się. Oprócz tego współdziałał w Klubie
Inteligencji Katolickiej z Ruchem Samorządów Pracowniczych. A
także, we wrześniu 1988 roku, zakładał klub imienia Janka
Strzeleckiego na Uniwersytecie.
"Prowadziłem dalej swoją działalność konspiracyjną aż do września
1989 roku. Myślę, że mam swoją kartę w podziemnej +Solidarności+" -
mówił Boni.
Kontynuował: "Ale jest mi wstyd i żałuję. Przez wiele lat żyłem z
presją tego upokorzenia i lęku przed utratą twarzy. W końcu jednak
uznałem i to trwało ileś ostatnich miesięcy, że od strachu,
upokorzenia, poczucia błędów, ważniejsza jest pokora, którą można
zwalczyć upokorzenie i wypieranie tego co było złe, słabości. Z tą
pokorą myślę, że będę mógł i sobie i innym teraz po tym wyznaniu
spojrzeć w twarz".
Poinformował, że w 1992 roku, po ujawnieniu tzw. listy
Macierewicza, poprosił mecenasa Jacka Taylora o sprawdzenie jego
teczki. "Wedle informacji od mec. Taylora w dokumentach na mój
temat znajdował się wpis: +ktw+ (kandydat na tajnego
współpracownika) ze skreśleniem ołówkiem literki +k+, co miało
oznaczać, iż zostałem tajnym współpracownikiem (w +Dzienniku
Rejestracyjnym+ ten wpis ma datę 6 lutego 1989)" - czytamy w
załączniku do pisemnej wersji oświadczenia.
"Nie czytałem swojej teczki, nie czytałem materiałów i nie wiem,
co SB o mnie pisało. Mimo to chcę się zderzyć z tą trudną prawdą.
Przepraszam" - tak zakończył swoje oświadczenie Boni.
Pytany przez dziennikarzy, co mógłby robić w rządzie,
odpowiedział: "ja myślę, że to zależy od Donalda Tuska.
Przedstawiłem mu oświadczenie na piśmie i zobaczymy, jak to będzie
wyglądało. Sprawy są w toku, jak powszechnie wiadomo".
"Propozycja (udziału w rządzie) była i przed, i po
poinformowaniu" - dodał.
Boni zapytany, czy jego przeszłość może przekreślić jego bycie w
rządzie, odparł: "ja myślę, że moja przeszłość, a teraz to
przyznanie się, nie przekreśla mnie samego i to jest chyba
najważniejsze".
Zapytany, dlaczego dopiero teraz ujawnił swoje kłopoty z SB,
mówił: "uznałem, że teraz, po wyborach, jest taki klimat, w którym
można to powiedzieć. Kiedyś na pewno trzeba takie rzeczy mówić i
ja się cieszę, mimo tego, że część z państwa będzie śmiała się,
drwiła, pogardzała. Cieszę się, że sam uporządkowałem swoje sprawy".
Tusk: podtrzymuję wolę współpracy z Bonim
Szef PO, zarazem kandydat tej partii na
premiera Donald Tusk, zadeklarował, że podtrzymuje
wcześniejszą wolę współpracy z Michałem Bonim.
"W najbliższych dniach zaproponuję Boniemu poważną współpracę w
przyszłym rządzie" - powiedział Tusk dziennikarzom. Dodał, że nie
zmienia swojej bardzo dobrej oceny Boniego jako człowieka i
specjalisty.
"Chciałbym tylko po tym jego (Boniego) oświadczeniu
podtrzymać moją wolę współpracy" - powiedział Tusk.
Jak podkreślił, "woli współpracować z człowiekiem, którego stać
na taką decyzję, jaką dzisiaj pokazał, człowiekiem w dodatku
mądrym". "Będę o tym myślał, w jaki sposób będziemy współpracować"
- dodał Tusk.
Szef PO mówił, że jest poruszony i pod wrażeniem oświadczenia
Boniego. "Wystąpienie publiczne to nie to samo co moja rozmowa z
nim w cztery oczy" - podkreślił. Dodał, że Boni uprzedził go, że
"musi rozliczyć się z tymi faktami publicznie".
Zdaniem Tuska, pokazuje to "jak ważna jest jawność w życiu
publicznym". "Po oświadczeniu Michała Boniego jeszcze bardziej
widzę, że dla ludzi, którzy zrobili tak poważny błąd, jawność i
przejrzystość jest jedynym wyjściem" - mówił lider Platformy.
Jak zaznaczył, uważa Boniego za człowieka "o wybitnym umyśle" i
jednego z najwybitniejszych specjalistów. "Bardzo chciałbym, by
odpracował także ten błąd i pomógł. W jakiej roli - zobaczymy" -
stwierdził Tusk.
W jego ocenie, zakres wiedzy Boniego predysponuje go do roli
człowieka, który - jak mówił - "mógłby i powinien odpowiadać za
politykę społeczną, za negocjacje, za dialog społeczny". Zaznaczył
jednak, że umówił się z prezesem PSL Waldemarem Pawlakiem, że jest
to dziedzina, w której "on także chciałby mieć dużo do powiedzenia
i decydujący głos w ramach przyszłego rządu".
"Będę także o tym zdarzeniu rozmawiał z prezesem Pawlakiem.
Jestem ciekawy jego opinii. Jak znam prezesa Pawlaka sądzę, że
jest tak samo pozytywnie poruszony tym czego byliśmy świadkami" -
dodał Tusk.
"Chciałbym, aby Michał Boni ciężko popracował także dlatego, że
efekty jego pracy mogą być dobrym darem. Wszyscy, którzy go znają
wiedzą, że to uczciwy i bardzo mądry człowiek" - uważa szef PO.
Zastrzegł, że nie stawiał Boniemu żadnych warunków. Jak zauważył,
"to publiczne oświadczenie to nie jest warunek awansu, a wręcz
przeciwnie, w wielu przypadkach kończy karierę polityczną".
"Jeśli proponowałem Boniemu współpracę, to ze względu na jego
przymioty umysłu i charakteru" - dodał Tusk.
Frasyniuk: wiedzieliśmy, że coś podpisał
Władysław Frasyniuk, legenda
podziemnej "Solidarności", powiedział, że o "przygodzie Michała
Boniego" dowiedział się w latach 80., ale nigdy nie traktował
tego serio, podobnie jak inni ludzie podziemia. "Nikt z nas nie
podejrzewał Michała, że mógłby donosić, pisać jakieś raporty. I
dlatego też Michał przez cały czas funkcjonował w naszym
środowisku" - dodał.
Według Frasyniuka, na wyznanie Boniego trzeba patrzeć chłodno i z
dystansem, bo - jak mówił - niewiele osób rozumie czym był tak
naprawdę system totalitarny, choć wszyscy twierdzą, że to wiedzą.
"Byli tacy, którzy nigdy nie ulegli, mimo że byli więzieni,
szantażowani, bici. Byli tacy, którzy się wystraszyli, dali
złamać. Ale najwięcej jest takich, którym nigdy nie dano szansy,
żeby się sprawdzili, bo nikt nigdy nawet nie próbował ich
zwerbować. I ci ostatni krzyczą najgłośniej, mówią o lustracji,
nakładają togi sędziów i rozprawiają o moralności" - mówił
Frasyniuk.
Jego zdaniem, Boni byłby świetnym ministrem pracy, bo
doskonale zna się na polityce społecznej. "On jest doskonałym
fachowcem. Mogę go nawet porównać w tej dziedzinie do Jacka
Kuronia i cieszyłbym się jakby został ministrem" - podkreślił. Dodał, że cieszy go propozycja lidera PO Donalda Tuska złożona
Boniemu, ale w przeciwieństwie do Tuska nie uważa, aby Boni musiał
cokolwiek odpracowywać. "On się w podziemiu i później napracował. Wszystko już dawno
odpracował" - ocenił Frasyniuk.
Boni, który urodził się w 1954 roku w Poznaniu, po 1989 r. był
ministrem pracy i polityki socjalnej w rządzie Jana Krzysztofa
Bieleckiego. Był też posłem Kongresu Liberalno-Demokratycznego w
Sejmie I kadencji w latach 1991-1993. Był współtwórcą programu
wyborczego PO przed ostatnimi wyborami.
pap, ss, em