Pięć lat
później 18-letni maturzysta Richter przepłynął kanał Teltow, uciekając z NRD do
Berlina Zachodniego.
61-letni dziś berlińczyk jest jednym z kilku tysięcy ludzi,
którym powiodła się "ucieczka z republiki" (Republikflucht), czyli nielegalne
przekroczenie granicy d. NRD. Niektórzy dokonywali tego brawurowo, tak jak Peter
Strelzyk, który w 1979 r. przeleciał z żoną i zaprzyjaźnionym małżeństwem nad
umocnieniami granicznymi w Turyngii balonem własnej roboty.
REKLAMA
Wielu zostało
przeszmuglowanych, np. w bagażnikach samochodów czy na podstawie fałszywych
dokumentów. Uciekali z różnych powodów: do bliskich na Zachodzie, w nadziei na
lepsze życie czy od reżimu, którego nie akceptowali
WPŁAW DO BERLINA
ZACHODNIEGO
"Szybko zrozumiałem, że ja nie będę w stanie żyć w tym kraju" -
wspomina Hartmut Richter w rozmowie z PAP. W chwili rozpoczęcia budowy muru
berlińskiego był 13-letnim uczniem. "Nauczyciele mówili nam o jakiejś barierze
antyfaszystowskiej. Trudno było to pojąć, moja rodzina miała wielu krewnych na
zachodzie, których nagle nie było nam wolno odwiedzać" - mówi.
Odmówił
zadenuncjowania kolegów, którzy mieli oglądać zachodnią telewizję. Nie wstąpił też
do Wolnej Niemieckiej Młodzieży (FDJ), młodzieżówki rządzącej w NRD Niemieckiej
Socjalistycznej Partii Jedności (SED).
Pierwsza próba ucieczki, w styczniu 1966
r. pociągiem przez Austrię, nie powiodła się. Został zatrzymany w Czechosłowacji.
"Wyciągnęli mnie z wagonu, gdy widziałem już światła na austriackiej granicy" -
mówi. Richter spędził w więzieniu jedynie trzy miesiące. "Napisałem pełen skruchy
list do rodziców. Wiedziałem, że prokurator to przeczyta - wspomina. - Ale trzy
miesiące wystarczyły mi, by do reszty znienawidzić reżim. Musiałem
uciekać".
Jeszcze tego samego roku sierpniowej nocy zanurkował w kanale Teltow w
okolicach Dreilinden, na południowym krańcu Berlina. Bez przeszkód znalazł się na
drugim brzegu - w Berlinie Zachodnim. "To miejsce zdradził mi człowiek, z którym
siedziałem w więzieniu. Poza miastem granica była słabiej ufortyfikowana" -
relacjonuje. Wiele jednak ryzykował; NRD-owska straż graniczna miała rozkaz
strzelania do uciekinierów. "Musiałem postawić wszystko na jedną kartę" -
dodaje.
Hartmut Richter został pozbawiony obywatelstwa NRD. Dopiero, gdy w 1972
r. został objęty amnestią generalną we wschodnioniemieckim państwie i po
porozumieniu tranzytowym między dwoma państwami niemieckimi, mógł podróżować na
wschód jako obywatel Republiki Federalnej Niemiec. Wówczas zdecydował się na pomoc
tym, którzy chcą uciec. W bagażniku samochodu przeszmuglował 33 osoby, głównie
znajomych.
"Nie bałem się, że zostanę zatrzymany. Ale w końcu stało się. Na
przejściu granicznym Drewitz kazali mi zjechać na bok. W bagażniku była moja
młodsza siostra, Elke" - mówi. Stało się to w nocy z 3 na 4 marca 1975 r. Oboje
trafili do więzienia Stasi w Poczdamie.
Wyrok: 15 lat więzienia za "wrogi państwu
handel żywym towarem w celu wyrządzenia szkody NRD". Po pięciu latach i siedmiu
miesiącach spędzonych w więzieniu Bautzen II został wykupiony przez
RFN.
KOSZTOWNA WOLNOŚĆ
Pomagając uciekinierom Hartmut Richter - jak mówi -
działał z pobudek ideowych, tak jak studenci, którzy w latach 60. kopali tunele pod
murem berlińskim i szmuglowali całe grupy ludzi. Ale z czasem powstały też
profesjonalne grupy, które za przemycenie uciekiniera brały nawet kilkanaście
tysięcy marek.
"Za swoją ucieczkę zapłaciłem 8,8 tysiąca marek - mówi Klaus
Hoffmann, który w 1966 r. nielegalnie przekroczył granicę NRD ukryty w bagażniku
samochodu. - Potem stawki wzrosły do 12-15 tysięcy". W Berlinie Zachodnim Hoffmann
przyłączył się do grupy o nazwie "X-10", która organizowała ucieczki z Berlina
Wschodniego. Zajmował się logistyką i werbował do współpracy dyplomatów oraz
amerykańskich żołnierzy, których nie kontrolowano na punktach
granicznych.
Hoffmann zapewnia: "W moim przypadku działalność ta wynikała z
idealizmu". Wysokie stawki za pomoc w ucieczkach były - jego zdaniem -
proporcjonalne do ponoszonego ryzyka oraz kosztów organizacyjnych, w tym honorariów
dla zwerbowanych dyplomatów.
Wschodnioniemiecka propaganda uznawała pomoc w
ucieczkach za "handel żywym towarem". Także władze FRN i media nie były zbyt
przychylne tej działalności.
Jednym z najlepszych przykładów komercjalizacji
pomocy w ucieczkach z NRD była działalność Szwajcara Hansa-Ulricha Lenzlingera,
szefa organizacji Aramco AG. Twierdził on, że przeszmuglował z NRD około 400 osób.
Według Hartmuta Richtera klientami Lenzlingera byli ludzie zamożni, szczególnie
lekarze. W lutym 1979 r. Szwajcar został zastrzelony w swej willi w Zurychu.
Przypuszcza się, że zabójstwo zleciła NRD-owska bezpieka Stasi.
Historyczka
Marion Detjen, autorka książki "Ein Loch in der Mauer" ("Dziura w murze"), ocenia,
że w latach 1973-1976 blisko połowa osób uciekających z NRD miała pomocników na
Zachodzie. Dopiero w połowie lat 80. liczba ta spadła poniżej 20 proc.
EKSPRES
MOSKWA-PARYŻ
Od lat 70. "ucieczki z republiki" były jedną z centralnych trosk
Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwa NRD (Stasi). Z prowadzonych przez nie statystyk
wynika, że do 1987 r. liczba nieudanych prób nielegalnego opuszczenia NRD była
zdecydowanie większa niż udanych ucieczek. Wiele skończyło się tragicznie;
poczdamskie Centrum Badań nad Historią Współczesną udokumentowało co najmniej 98
przypadków śmierci podczas próby przedostania się przez mur berliński.
Szok
światowej opinii publicznej wywołała śmierć 18-letniego Petera Fechtera, który 17
sierpnia 1962 r. wykrwawił się w strefie granicznej, postrzelony przez strażnika
muru. Zachodni operator rejestrował tę scenę przez prawie godzinę, aż strażnicy
NRD-owscy zabrali ciało.
O krok od śmierci był Karl-Heinz "Kalle" Richter. W
styczniową noc 1964 r. 17-latek zamierzał uciec z NRD drogą, którą wcześniej do
Berlina Zachodniego przedostało się już kilkunastu ich kolegów. Na wiadukcie przy
dworcu Friedrichstrasse należało wskoczyć do międzynarodowego pociągu. "To był
ekspres Paryż-Moskwa, który jechał przez Berlin Zachodni. Mój przyjaciel odkrył
miejsce, skąd można było wskoczyć do pociągu, tak by nie widzieli tego strażnicy.
Całkiem niebezpieczna sprawa" - wspomina 63-letni Karl-Heinz Richter w rozmowie z
PAP.
Do ucieczki szykował się razem z kolegą. "Frank wskoczył, ja już nie dałem
rady. Widziałem jak machał mi z ostatniego wagonu. To było straszne dla nas obu. Do
dziś nie możemy o tym rozmawiać" - dodał. Chcąc wydostać się z wiaduktu, w panice
zeskoczył z wysokości siedmiu metrów. Złamał obie nogi i rękę, ale mimo tych obrażeń
zdołał dotrzeć do odległego o ponad trzy kilometry domu rodziców. "Czysta
adrenalina. Tylko dzięki niej dałem radę" - mówi. W domu opuściły go siły. Na drugi
dzień trafił do szpitala. Matka skłamała, że spadł ze schodów.
Dopiero po
tygodniu został aresztowany. "Wśród nas była wtyczka. Taki jeden ze szkoły, który
już wtedy zgłosił się do Stasi jako tajny współpracownik. Zostałem wydany" - mówi
Richter.
Przesłuchanie w więzieniu na Pankow w Berlinie trwało 20 godzin, lecz
"Kalle" nie wyjawił sposobu ucieczki. "Jeszcze tego samego dnia, gdy mnie
aresztowali, w nocy uciekło dwóch kolejnych chłopców. W sumie udało się siedemnastu,
co było dość spektakularnym osiągnięciem. Szef Stasi Erich Mielke nie mógł tego
ścierpieć. Dlatego byłem jego +ulubionym+ przypadkiem" - opowiada. Karl-Heinz
Richter spędził w celi sześć miesięcy, pozbawiony opieki lekarskiej pomimo ciężkich
obrażeń.
Po wyjściu na wolność żył we wschodnim Berlinie jeszcze przez 10 lat -
jak mówi - pod stała obserwacją i szykanami ze strony Stasi. "Raz zamknęli moją żonę
na pół roku, bez żadnych wyjaśnień" - mówił. Z szuflady w swoim mieszkaniu na Pankow
wyciąga grubą teczkę dokumentów - 1600 stron akt Stasi na jego temat.
Dopiero w
1975 r. rodzina dostała zgodę na wyjazd na Zachód. Jak przyznaje mężczyzna, dzień, w
którym padł mur berliński - 9 listopada 1989 r., był najszczęśliwszy w jego życiu.
"Byliśmy na ulicach do 4.00 rano" - wspomina.
Dziś trudno mu się pogodzić z tym,
że tak wielu mieszkańców dawnej NRD chwali sobie życie w dawnym systemie. "W
Berlinie i Brandenburgii współrządzi partia Lewica, spadkobiercy SED, wśród których
pełno dawnych agentów Stasi. Dla mnie to katastrofa" - przyznaje. Dlatego dziś - tak
jak Hartmut Richter - pracuje jako przewodnik w muzeum, utworzonym w dawnym
więzieniu Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwa w Berlinie-Hohenschoenhausen. "Trzeba
jeszcze ze dwóch pokoleń, by wreszcie znikł mur w ludzkich głowach między wschodem a
zachodem" - ocenia.
pap, keb
Wspomnienia uciekinierów
2009-11-05 13:39
Pięć lat
później 18-letni maturzysta Richter przepłynął kanał Teltow, uciekając z NRD
do
Berlina Zachodniego.
61-letni dziś berlińczyk jest jednym z kilku tysięcy ludzi,
którym powiodła się "ucieczka z republiki" (Republikflucht), czyli
nielegalne
przekroczenie granicy d. NRD. Niektórzy dokonywali tego brawurowo, tak jak
Peter
Strelzyk, który w 1979 r. przeleciał z żoną i zaprzyjaźnionym małżeństwem nad
umocnieniami granicznymi w Turyngii balonem własnej roboty.
Wielu zostało
przeszmuglowanych, np. w bagażnikach samochodów czy na podstawie fałszywych
dokumentów. Uciekali z różnych powodów: do bliskich na Zachodzie, w nadziei na
lepsze życie czy od reżimu, którego nie akceptowali
WPŁAW DO BERLINA
ZACHODNIEGO
"Szybko zrozumiałem, że ja nie będę w stanie żyć w tym kraju"
-
wspomina Hartmut Richter w rozmowie z PAP. W chwili rozpoczęcia budowy muru
berlińskiego był 13-letnim uczniem. "Nauczyciele mówili nam o jakiejś
barierze
antyfaszystowskiej. Trudno było to pojąć, moja rodzina miała wielu krewnych na
zachodzie, których nagle nie było nam wolno odwiedzać" - mówi.
Odmówił
zadenuncjowania kolegów, którzy mieli oglądać zachodnią telewizję. Nie wstąpił
też
do Wolnej Niemieckiej Młodzieży (FDJ), młodzieżówki rządzącej w NRD
Niemieckiej
Socjalistycznej Partii Jedności (SED).
Pierwsza próba ucieczki, w styczniu 1966
r. pociągiem przez Austrię, nie powiodła się. Został zatrzymany w
Czechosłowacji.
"Wyciągnęli mnie z wagonu, gdy widziałem już światła na austriackiej
granicy" -
mówi. Richter spędził w więzieniu jedynie trzy miesiące. "Napisałem pełen
skruchy
list do rodziców. Wiedziałem, że prokurator to przeczyta - wspomina. - Ale
trzy
miesiące wystarczyły mi, by do reszty znienawidzić reżim. Musiałem
uciekać".
Jeszcze tego samego roku sierpniowej nocy zanurkował w kanale Teltow w
okolicach Dreilinden, na południowym krańcu Berlina. Bez przeszkód znalazł się
na
drugim brzegu - w Berlinie Zachodnim. "To miejsce zdradził mi człowiek, z
którym
siedziałem w więzieniu. Poza miastem granica była słabiej ufortyfikowana"
-
relacjonuje. Wiele jednak ryzykował; NRD-owska straż graniczna miała rozkaz
strzelania do uciekinierów. "Musiałem postawić wszystko na jedną
kartę" -
dodaje.
Hartmut Richter został pozbawiony obywatelstwa NRD. Dopiero, gdy w 1972
r. został objęty amnestią generalną we wschodnioniemieckim państwie i po
porozumieniu tranzytowym między dwoma państwami niemieckimi, mógł podróżować
na
wschód jako obywatel Republiki Federalnej Niemiec. Wówczas zdecydował się na
pomoc
tym, którzy chcą uciec. W bagażniku samochodu przeszmuglował 33 osoby, głównie
znajomych.
"Nie bałem się, że zostanę zatrzymany. Ale w końcu stało się. Na
przejściu granicznym Drewitz kazali mi zjechać na bok. W bagażniku była moja
młodsza siostra, Elke" - mówi. Stało się to w nocy z 3 na 4 marca 1975 r.
Oboje
trafili do więzienia Stasi w Poczdamie.
Wyrok: 15 lat więzienia za "wrogi państwu
handel żywym towarem w celu wyrządzenia szkody NRD". Po pięciu latach i
siedmiu
miesiącach spędzonych w więzieniu Bautzen II został wykupiony przez
RFN.
KOSZTOWNA WOLNOŚĆ
Pomagając uciekinierom Hartmut Richter - jak mówi -
działał z pobudek ideowych, tak jak studenci, którzy w latach 60. kopali tunele
pod
murem berlińskim i szmuglowali całe grupy ludzi. Ale z czasem powstały też
profesjonalne grupy, które za przemycenie uciekiniera brały nawet kilkanaście
tysięcy marek.
"Za swoją ucieczkę zapłaciłem 8,8 tysiąca marek - mówi Klaus
Hoffmann, który w 1966 r. nielegalnie przekroczył granicę NRD ukryty w
bagażniku
samochodu. - Potem stawki wzrosły do 12-15 tysięcy". W Berlinie Zachodnim
Hoffmann
przyłączył się do grupy o nazwie "X-10", która organizowała ucieczki
z Berlina
Wschodniego. Zajmował się logistyką i werbował do współpracy dyplomatów oraz
amerykańskich żołnierzy, których nie kontrolowano na punktach
granicznych.
Hoffmann zapewnia: "W moim przypadku działalność ta wynikała z
idealizmu". Wysokie stawki za pomoc w ucieczkach były - jego zdaniem -
proporcjonalne do ponoszonego ryzyka oraz kosztów organizacyjnych, w tym
honorariów
dla zwerbowanych dyplomatów.
Wschodnioniemiecka propaganda uznawała pomoc w
ucieczkach za "handel żywym towarem". Także władze FRN i media nie
były zbyt
przychylne tej działalności.
Jednym z najlepszych przykładów komercjalizacji
pomocy w ucieczkach z NRD była działalność Szwajcara Hansa-Ulricha
Lenzlingera,
szefa organizacji Aramco AG. Twierdził on, że przeszmuglował z NRD około 400
osób.
Według Hartmuta Richtera klientami Lenzlingera byli ludzie zamożni,
szczególnie
lekarze. W lutym 1979 r. Szwajcar został zastrzelony w swej willi w Zurychu.
Przypuszcza się, że zabójstwo zleciła NRD-owska bezpieka Stasi.
Historyczka
Marion Detjen, autorka książki "Ein Loch in der Mauer" ("Dziura
w murze"), ocenia,
że w latach 1973-1976 blisko połowa osób uciekających z NRD miała pomocników
na
Zachodzie. Dopiero w połowie lat 80. liczba ta spadła poniżej 20 proc.
EKSPRES
MOSKWA-PARYŻ
Od lat 70. "ucieczki z republiki" były jedną z centralnych
trosk
Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwa NRD (Stasi). Z prowadzonych przez nie
statystyk
wynika, że do 1987 r. liczba nieudanych prób nielegalnego opuszczenia NRD była
zdecydowanie większa niż udanych ucieczek. Wiele skończyło się tragicznie;
poczdamskie Centrum Badań nad Historią Współczesną udokumentowało co najmniej
98
przypadków śmierci podczas próby przedostania się przez mur berliński.
Szok
światowej opinii publicznej wywołała śmierć 18-letniego Petera Fechtera, który
17
sierpnia 1962 r. wykrwawił się w strefie granicznej, postrzelony przez
strażnika
muru. Zachodni operator rejestrował tę scenę przez prawie godzinę, aż
strażnicy
NRD-owscy zabrali ciało.
O krok od śmierci był Karl-Heinz "Kalle" Richter. W
styczniową noc 1964 r. 17-latek zamierzał uciec z NRD drogą, którą wcześniej
do
Berlina Zachodniego przedostało się już kilkunastu ich kolegów. Na wiadukcie
przy
dworcu Friedrichstrasse należało wskoczyć do międzynarodowego pociągu. "To
był
ekspres Paryż-Moskwa, który jechał przez Berlin Zachodni. Mój przyjaciel
odkrył
miejsce, skąd można było wskoczyć do pociągu, tak by nie widzieli tego
strażnicy.
Całkiem niebezpieczna sprawa" - wspomina 63-letni Karl-Heinz Richter w
rozmowie z
PAP.
Do ucieczki szykował się razem z kolegą. "Frank wskoczył, ja już
nie dałem
rady. Widziałem jak machał mi z ostatniego wagonu. To było straszne dla nas
obu. Do
dziś nie możemy o tym rozmawiać" - dodał. Chcąc wydostać się z wiaduktu, w
panice
zeskoczył z wysokości siedmiu metrów. Złamał obie nogi i rękę, ale mimo tych
obrażeń
zdołał dotrzeć do odległego o ponad trzy kilometry domu rodziców. "Czysta
adrenalina. Tylko dzięki niej dałem radę" - mówi. W domu opuściły go siły.
Na drugi
dzień trafił do szpitala. Matka skłamała, że spadł ze schodów.
Dopiero po
tygodniu został aresztowany. "Wśród nas była wtyczka. Taki jeden ze
szkoły, który
już wtedy zgłosił się do Stasi jako tajny współpracownik. Zostałem wydany"
- mówi
Richter.
Przesłuchanie w więzieniu na Pankow w Berlinie trwało 20 godzin, lecz
"Kalle" nie wyjawił sposobu ucieczki. "Jeszcze tego samego dnia,
gdy mnie
aresztowali, w nocy uciekło dwóch kolejnych chłopców. W sumie udało się
siedemnastu,
co było dość spektakularnym osiągnięciem. Szef Stasi Erich Mielke nie mógł
tego
ścierpieć. Dlatego byłem jego +ulubionym+ przypadkiem" - opowiada.
Karl-Heinz
Richter spędził w celi sześć miesięcy, pozbawiony opieki lekarskiej pomimo
ciężkich
obrażeń.
Po wyjściu na wolność żył we wschodnim Berlinie jeszcze przez 10 lat -
jak mówi - pod stała obserwacją i szykanami ze strony Stasi. "Raz zamknęli
moją żonę
na pół roku, bez żadnych wyjaśnień" - mówił. Z szuflady w swoim mieszkaniu
na Pankow
wyciąga grubą teczkę dokumentów - 1600 stron akt Stasi na jego temat.
Dopiero w
1975 r. rodzina dostała zgodę na wyjazd na Zachód. Jak przyznaje mężczyzna,
dzień, w
którym padł mur berliński - 9 listopada 1989 r., był najszczęśliwszy w jego
życiu.
"Byliśmy na ulicach do 4.00 rano" - wspomina.
Dziś trudno mu się pogodzić z tym,
że tak wielu mieszkańców dawnej NRD chwali sobie życie w dawnym systemie.
"W
Berlinie i Brandenburgii współrządzi partia Lewica, spadkobiercy SED, wśród
których
pełno dawnych agentów Stasi. Dla mnie to katastrofa" - przyznaje. Dlatego
dziś - tak
jak Hartmut Richter - pracuje jako przewodnik w muzeum, utworzonym w dawnym
więzieniu Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwa w Berlinie-Hohenschoenhausen.
"Trzeba
jeszcze ze dwóch pokoleń, by wreszcie znikł mur w ludzkich głowach między
wschodem a
zachodem" - ocenia.
pap, keb