Większość biskupów uznała podobno, że eksplozja poparcia dla Palikota to
katastrofa dla Kościoła. Nic podobnego. To dla niego wielka szansa.
Ponad 20 lat tkwił on w błogostanie i w letargu uśpiony zbyt łatwymi
triumfami. Dostawał niemal wszystko, co chciał, od kogo chciał i kiedy
chciał. Często nie musiał nawet prosić, bo państwo, niezależnie od
różnych politycznych barw kolejnych ekip rządzących, samo odgadywało
pragnienia Kościoła i je spełniało. Lewica, bo chciała uzyskać
rozgrzeszenie za dawne grzechy, prawica, bo chciała uzyskać
błogosławieństwo dla swej ekspansji.
REKLAMA
Ta era właśnie się skończyła.
Przez 16 lat po 1989 r. polski Kościół chował się pod papieskimi
szatami. Jego prawdziwe oblicze było trudno dostrzegalne, bo patrzono na
Kościół przez podwójne okno – to w papieskiej komnacie i to na
Franciszkańskiej 3 w Krakowie. Zamiast obrazu kościelnej rzeczywistości
mieliśmy więc iluzję dosłodzoną wadowicką kremówką. Zamiast trzeźwej
oceny Kościoła mieliśmy sentymentalną składankę wspomnień i wzruszeń. Ta
epoka skończyła się sześć lat temu. Prawda wyszła na jaw, Kościół
zaczął płacić rachunki. Na początek wizerunkowe. Na razie.
Dlaczego
biskupi mieliby dziękować Palikotowi? Bo budzenie jest donośne, ale
nastąpiło w momencie, gdy siły Palikota są zdolne obudzić Kościół, ale
nie są w stanie go zdemolować. Byłoby dobrze dla Kościoła, gdyby się
obudził, bo za chwilę może być dla niego za późno, a za cztery lata
zapateryzm przeniesie się nad Wisłę. Madryt w Warszawie jest dziś bowiem
o wiele bardziej prawdopodobny niż Budapeszt w Warszawie.
Dla
swojego dobra, tak, także dla ocalenia dużej części swych wpływów,
biskupi muszą wyjść na spotkanie z realną Polską, szczególnie z tym, co
im się w realnej Polsce nie podoba i czego nie akceptują. Owej realnej
Polsce muszą zaproponować rozmowę, a nie kazanie. Muszą pokazać jej nie
grożący palec, ale wyciągniętą na szczere powitanie rękę. Jak to zrobić?
Choćby tak jak miesiąc temu papież Benedykt w czasie wystąpienia w
Bundestagu. Przeciw jego wystąpieniu w niemieckim parlamencie najgoręcej
protestowali Zieloni. Ale papież nie tylko nie wszedł z nimi w zwarcie,
lecz także docenił to, co wnieśli do niemieckiej polityki i do
wyobrażenia Niemców o istocie natury. Przy czym wcale nie schlebiał
wrogom. Nie odchodząc na milimetr od nauki Kościoła, zademonstrował, że
umie wyjść na spotkanie z odmiennością. Polski Kościół musi się z całą
Polską i całą istniejącą w Polsce różnorodnością pogodzić. Jeśli tego
nie zrobi, sam zepchnie się na margines, a swą grupę wsparcia znajdzie
jedynie w elektoracie 60+. I nie Palikot to uczyni, ale sam Kościół w
akcie samobójczej autodestrukcji.
Najkrócej mówiąc, Kościół musi
wyjść z Kościoła traktującego siebie jak otoczoną przez wrogów oblężoną
twierdzę. Przez 20 lat tego nie uczynił. Więcej, zapadał się w sobie i
podkopywał fundamenty, na których stał. Wszelkie głosy krytyczne, choćby
umiarkowane, traktował jako akty skrajnej wrogości. Gdy tworzył zespół
duszpasterskiej troski o Radio Maryja, wiadomo było, że wykazuje
wyłącznie troskę o bezkarność ojca dyrektora. A w ostatnich latach
większość biskupów i księży wpadła jeszcze w objęcia PiS. Kościół
sprawiał wrażenie, jakby wybrał nie tylko swoją partię, ale także
bardziej odpowiadającą mu część wiernych. Zachowywał się przez ostatnie
dwa dziesięciolecia jak wielkie imperium kolonialne, pozornie
wszechmocne, ale psute łatwością kolejnych podbojów. Próżnię po JP II
ktoś musiał wypełnić. Częściowo uczynił to właśnie Palikot – JP III.
Jasne, mówimy Kościół, a przecież nie ma jednego Kościoła; mówimy
księża, a przecież są różni księża. Faktem jest jednak, że w Kościele
instytucjonalnym niemal wszystko, co jest w nim otwarte, śmiałe,
progresywne i tolerancyjne, było spychane na margines. Doświadczył tego
ksiądz Tischner. Doświadczył tego arcybiskup Życiński. Doświadczył tego
ojciec Ludwik Wiśniewski.
Nikogo nie powinno dziwić, że większość
Polaków jest przeciw zdejmowaniu krzyża z sejmowej sali i z sal
szpitalnych. To naturalne, bo większość Polaków to ludzie umiarkowani,
którzy wojny religijnej sobie nie życzą. Co nie znaczy, że akceptują
mariaż ołtarza i tronu, zamazywanie różnic między tym, co religijne, a
tym, co świeckie, także radykalizm Kościoła odrzucającego i
potępiającego to, co inne, odmienne i choćby teoretycznie nieprzyjazne.
Dlatego Kościół nie powinien wracać do stanu samouspokojenia.
Przeciwnie, powinien pielęgnować w sobie twórczy niepokój i zabrać się
do roboty. Oczywiście pamiętając, że jego narzędziami bardziej niż
kadzidło i taca powinno być słowo – boże i ludzkie.
Odpowiedź
na pytanie, komu bije dzwon, jest w tym wypadku prosta. Podobnie jak
odpowiedź na pytanie, gdzie bije. Bije w kościele. Kościołowi.