Magdalena Rigamonti:
Chodzą słuchy,
że pisze pani książkę o Wiesławie Dymnym. Prawda to?
Anna dymna: Od wielu lat Jurek Illg z wydawnictwa Znak, który
wydał mi
książkę „Warto mimo wszystko", wywiad rzekę, namawia mnie, żebym
napisała o Dymnym.
A pani nie chce?
Chcę,
nawet bardzo. Zresztą napisałam ją już wiele razy. Teraz znów
zaczęłam…
Od
jakich słów?
Nie powiem pani. Wydaje mi się, że takich ludzi jak Wiesio już nie ma i
jeszcze długo się ktoś taki nie urodzi. Pierwszy raz go zobaczyłam,
kiedy miałam 18 lat… Byłam wtedy w zasadzie dzieckiem niewinnym,
nieśmiałym. I bałam się go na początku. Taki opuchnięty, patrzył na mnie
dziwnie. To było na planie mojego pierwszego filmu „150 km na
godzinę".
A potem przyszedł film „Pięć i pół bladego Józka”… I ten
strach
przemienił się w coś dziwnego. Nie da się o tym mówić, bo przecież pani
wie… Nagle otwiera się niebo i człowiek jest bezradny.
Kiedy patrzę na zdjęcie pani i Dymnego…
To widzi pani, że byliśmy do siebie bardzo podobni.
Niektórzy myśleli
nawet, że jesteśmy rodzeństwem. Jednak ja o nim wiem tyle, ile mi
powiedział.
Przeżyła pani z
Dymnym osiem lat.
Sześć lat byliśmy małżeństwem. Ale kiedy
usiłowałam opisać naszą
znajomość, to poległam. Uznałam, że nie można jej ująć w konkrety, bo
różne dramaty, różne sytuacje połączone były z ludźmi, którzy wtedy, w
latach 70., się wokół nas kłębili. Proszę pamiętać, że czasy były wtedy
potworne… I tak naprawdę sama nie wiem do końca, dlaczego Wiesiu nie
żyje. Wie pani, sama też nie chcę się w tym babrać.
I o tym w książce nie będzie?
Impresje tylko. Opowiem coś pani. Trzy miesiące przed Wiesia śmiercią
spaliło się nam mieszkanie. Zostały szczątki różnych rzeczy. Kiedy
Wiesiu umarł, zaczęłam te szczątki przebierać, szukać strzępów,
zeszytów, które się uratowały. Są ludzie, którzy napiszą dwa zdania i
oprawiają je w ramkę. A Wiesiu pisał wszędzie: na kartkach, karteczkach,
gazetach. W jakimś koszu na strychu znalazłam mnóstwo jego obrazków. I,
pamiętam, kupiłam wielką skrzynię, do której wkładałam te uratowane
rzeczy.
I pani książka będzie
taką skrzynią ze skrawkami, strzępami. Dobrze
myślę?
Dobrze. Tylko ja mogę to zrobić. Pamiętam, że kiedy
wychodziłam za
Wiesia za mąż, to ustaliliśmy, że zmienię nazwisko i będziemy pracowali
na jedno Dymne. Nie wiedziałam, że mnie tak nagle zostawi z tą pracą.
Pamiętam wiele zdań, które do mnie mówił. Ba, wiem, gdzie wtedy byliśmy,
jaka była pogoda…
Był od
pani 15 lat starszy. Ta różnica wieku nie przeszkadzała?
A skąd. Był dokładnie tak samo skonstruowany jak moi rodzice. On mnie w
pewnym sensie edukował, oczywiście na innym poziomie niż rodzice, ale
tymi samymi metodami. Widziałam w nim człowieka niezłomnego, wierzącego
w coś bardzo głęboko. Uważał, że rzeczywistość można zmienić własnymi
rękoma. Tak sobie ją wymalować, wyrzeźbić, opisać, a to zrobić buty, a
to futro albo torebkę. Minęły 34 lata od jego śmierci, a ja mam
wrażenie, że Wiesiek cały czas jest. „Miłość to wielka siła, miłość
zwycięża śmierć" – mówię takie zdanie w „Iluzjach”,
sztuce Iwana
Wyrypajewa, która będzie za chwilę miała premierę w krakowskim Starym
Teatrze.
Myśli pani, że to prawdziwe zdanie?
Można mówić, że to są jakieś gadania mistyków, jakieś filozofie. A ja
wiem, że miłość zwycięża śmierć. Przecież Wieśka już tyle lat nie ma, a
ja wiem, że on mi pomaga.
To jest
miłość?
Och, proszę pani. Od wielu lat żyję z innym
mężczyzną i jestem
szczęśliwa, ale przecież gdyby nie Dymny, to takiej mnie by w ogóle nie
było. Po nim zostało światło, które kiedyś obudzone, nie gaśnie.
Oczywiście życie z Wieśkiem było też przerażająco trudne. Teraz myślę,
że musiałam być straszliwie zakochana, skoro to wszystko zniosłam.
Co przede wszystkim?
Zna pani ludzi, którzy piją? To choroba, którą trudno akceptować. Choć
zdarzało się, że całe miesiące nie tknął alkoholu. Byłam wtedy
młodziutka. Teraz się mądrzę, bo prowadziłam kilka programów o
alkoholizmie. Ale i tak myślę, że on nigdy by się nie poddał żadnemu
leczeniu. Był niezwykłym człowiekiem, który strasznie się miotał. A
miotał się, bo w coś wierzył. Miał swoje wielkie przekonania, ideały,
marzenia. Nosił maskę człowieka nieprzystępnego, agresywnego. A w środku
był dzieckiem…
Tylko przy
pani tę maskę zdejmował?
Tego nie wiem. Przy mnie zdejmował
na pewno. Miał wszystko pomieszane,
ale też wszystko prawdziwe. Kiedy pisał, to dzień i noc, dzień i noc. I
pił bardzo dużo herbaty.
Kiedy pisał, to wódki nie pił?
Nie pił. Choć jak biorę pod uwagę, że on pół życia przepił, to zaczynam
się zastanawiać, kiedy to wszystko napisał, namalował, zrobił,
wyrzeźbił, sfotografował… Ale potrafił też wkręcić sobie białą kartkę do
maszyny i chodzić wokół niej trzy miesiące. I bał się tej małej białej
kartki. Któregoś dnia powiedział: „Muszę Wajdzie napisać scenariusz
filmu ?Gargantua i Pantagruel?". Zaczął od tego, że zrobił trzy półki,
krzesło. Starą maszynę Remingtona rozkręcił, wyczyścił, skręcił,
naoliwił i wkręcił tę kartkę… I patrzył. A obok, na karteczkach różnych
małych coś pisał. Pytałam: „Wiesiu, piszesz?”. A kartka w maszynie
nieruszona… Jeszcze pokój wymalował. Tak sobie musiał wszystko
przygotować, tak się nastroić… Wreszcie na tej kartce napisał jeden
krótki poemat „Gargantolec i Pantagrówniarz”. Na karteczkach obok
natomiast „Polski szynkwas żydowski”, operę obsceniczną. I to był
cały
Wiesiu. Bolało go to życie okropnie i może dlatego pił tyle. Może i ja
bym na jego miejscu też piła?
Jak to?
Nie mógł znieść
świata bez wartości. Dla niego szacunek człowieka do
człowieka to była podstawa. Widać to także w listach do mnie.
Znajdą się w książce?
Fragmenty. Mało tych listów, bo staraliśmy się nie rozstawać. Jednak
kiedy w 1976 r. został internowany, tzn. skierowany na szkolenie
wojskowe, zresztą razem z Adamem Zagajewskim i Stanisławem Stabrą, to
pisał do mnie codziennie. W tych listach jest dużo przemyśleń nad
życiem, wartościami, Polską.
Mówiła pani, że bywał agresywny.
Wtedy, gdy ktoś się
zachowywał jak tchórz albo coś kombinował czy robił
jakąś lewiznę. Poza tym życie z nim było piękne, bo zajmowaliśmy się
fantastycznymi rzeczami. Nigdy się nie plotkowało, nie gadało o
pieniądzach, bo to były sprawy nieistotne. Jak dziś słyszę: „Aniczka, a
jakbyśmy zrobili tak: kupilibyśmy materiał, kilkanaście metrów. Do tego
listewki. I wytapetowali tym materiałem ścianę…". I tapetowaliśmy.
Albo
Wiesiu zaczynał fotografować. Zamieniliśmy mieszkanie w atelier i kiedy
wracałam wieczorem z teatru, to całe noce Wiesiu robił zdjęcia. Niektóre
zostały. Niektóre spłonęły podczas pożaru. Niektóre klisze od ciepła się
zdeformowały, więc po zrobieniu odbitek okazywało się, że mam bardzo
dziwne zdjęcia… Albo szyliśmy. Całymi tygodniami szyliśmy. Cały czas coś
było do roboty. To był człowiek, który się spieszył żyć. Napisał kiedyś
monolog o koniu, który tak pędzi, pędzi, pędzi i nie może się zatrzymać,
bo jakby się zatrzymał, toby mu serce pękło. Sztuka pomagała mu przeżyć.
Powiedziała pani, że długo ktoś taki
się nie urodzi. Ktoś tak
multiutalentowany?
Również to miałam na myśli. Choć on nie
potrafił tworzyć na zamówienie.
Pamiętam, jak z cenzury przychodziły informacje, że to, co napisał, jest
bardzo dobre, ale na razie niech sobie to schowa i napisze o Porcie
Północnym albo o budowie Huty Katowice.
Pisał? Łamał się?
Nigdy. Ale jemu to nie dawało siły, by robić coś przeciw. Na pochody
pierwszomajowe chodziliśmy razem. Zawsze mówił tekst o pochodzie idącym
pod prąd głównemu pochodowi. Z pięknymi sztandarami… Mówił, ale nigdy
nie napisał. Tyle tych wspomnień, opowieści. Rozmawiamy i cały czas
myślę o tym, jaka ta książka powinna być. Chyba o wartościach, o
namiętnościach, o człowieku, który był czysty w środku i nie pasował do
tego świata.
W obecnym świecie by sobie
poradził?
Trudno gdybać. Choć myślę, że jemu ten współczesny świat dałby ogromne
możliwości. Przecież on pisał tyle rzeczy… Scenariusze, pioseneczki,
dialogi, obrazeczki – 80 proc. tej książki to będą słowa Wieśka.
Jego teksty nie straciły na aktualności?
Nie, bo opowiadają o człowieku, który chce być wolny. Mam
wrażenie, że
to jest teraz jeszcze bardziej aktualne. Wtedy, w latach 70., oazą
wolności była Piwnica pod Baranami. Różne rzeczy tam się działy, ale
chodziłam tam, choć czułam się czasem jak taka czarna owca, trzeźwa jak
świnia (śmiech). Zawsze przy Wiesiu. Mam taki list od Wiesia: „Aniczka,
ty zrozum, że Piwnica jest dla mnie jak papieros, narkotyk. Muszę tam
pójść, choć wiem, że to jedno wyjście może mi zabrać cały tydzień…".
On
bez Piwnicy nie mógł żyć. Ilu cudownych ludzi wtedy poznałam. Pamiętam
początek stanu wojennego i Piotra Skrzyneckiego, który mówi: „Co, nie
zrobimy sylwestra? Niech sobie nie myślą, że naród pognębili!”. I to był
cudowny sylwester! Dla Wiesia Piwnica była miejscem, w którym jego
sztuka mogła zaistnieć. Gdzie indziej z wolnością był kłopot,np. cenzura
wycięła w zasadzie jedną trzecią scenariusza filmu „Pięć i pół bladego
Józka”. Dymny denerwował cenzurę, denerwował tych wszystkich ubeków. Już
teraz nie wiem, ile razy był przez nich spałowany i rzucony pod drzwi
mieszkania. Miał takiego pana Jasia, który za nim chodził i co rusz brał
na przesłuchania. Nie wiem, czy warto mówić o tamtych czasach.
Dorosło pokolenie, dla którego to czasy tak
samo odległe jak II wojna
światowa.
I myśli pani, że trzeba uświadamiać, jak się w
Polsce żyło, w sumie nie
tak dawno temu? Może racja. Chciałabym za to, żeby ta książka było
opowieścią o człowieku z krwi i kości. Przecież on w tym PRL był tak
naprawdę człowiekiem renesansu – plastykiem, pisarzem, scenarzystą,
kostiumografem i… kucharzem. Bo gotował świetnie. Jemu się robota w
rękach paliła. „Aniczka, zrobić ci wózeczek do roweru?" –
pytał i już
robił. On mnie nauczył murować. Do tej pory umiem zrobić zaprawę i
wymurować ścianę… Meble też robiliśmy sami. Teraz wszystko się kupuje i
się cieszy, i się siedzi przed telewizorem… On galopował. Razem żeśmy
galopowali. Wtedy wchodziłam w zawód, robiłam film za filmem, grałam w
teatrze. Pamiętam, jak moje koleżanki gadały: jaka biedna ta Ania,
młodziutka, śliczna, zdolna i ma tego pijoka wstrętnego. Ale
zazdrościły, że w jakimkolwiek był stanie, zawsze stał pod teatrem i
czekał na mnie. Siedział czasem w kabinie u akustyka i patrzył.
Recenzował?
Kiedy widziałam, że jest blady, to było wiadomo, że wzruszony i się nie
będzie odzywał. Kiedy ze Stanów, gdzie kręciłam „Kochaj albo rzuć",
przywiozłam mu laubzegę i inne narzędzia Black & Deckera, to się trzy
dni do mnie nie odzywał.
Ze
wzruszenia?
Tak. Tak bardzo był wzruszony. Do tego przywiozłam mu garnitur dżinsowy.
On reagował jak dziecko. Kiedy wyjeżdżałam, to się z nim źle działo. A
kiedy byłam, to było dobrze.
Bo pani była ostoją?
Jego
trzeba się by było spytać.
Nie mam jak.
Ja też. On mi
dawał odwagę i wiedziałam, że zawsze będzie mnie wspierał,
bronił. Ba, że gotów zabić tego, kto robi mi krzywdę.
A pani go zawsze znajdzie, uratuje.
Byliśmy przyjaciółmi, partnerami. Wszystko robiliśmy razem. Oprócz
jednej rzeczy – picia wódki. Chociaż… Raz już nie miałam siły.
Przyszedł
pijany i powiedziałam, że ja też będę pić. Nalałam szklankę wódki,
popiłam szklanką mleka i znowu szklanką wódki, i… obudziłam się, a nade
mną stał Wiesiu zatroskany i robił mi okład z mokrego ręcznika. Po tym
zdarzeniu wiele miesięcy nie pił. Wiem jednak, że to nie była dobra
metoda walki z alkoholizmem. Koledzy wspominają, że kiedy szliśmy razem,
to wyglądaliśmy jak uśmiechnięty promyczek i potwór, który tylko
patrzył, komu przypieprzyć. On mi dał takie poczucie, że jak coś się
kocha i w coś się wierzy, to trzeba za to oddawać życie. On miał taki
stosunek do życia i być może teraz również dzięki niemu mam tyle siły i
determinacji. Mówię również, bo mam poczucie, że nad kształtowaniem mnie
pracowały tabuny ludzi. Miałam fantastycznych nauczycieli Konrada
Swinarskiego, Lidię Zamkow…
Teraz pani uczy studentów…
I sama czuję się jak studentka. Pracując z Iwanem Wyrypajewem nad
„Iluzjami", mam poczucie, że wszystkiego się dopiero uczę. Mnie
próby
oczyszczają i to jest rozkosz wynikająca z bycia aktorem. Ta praca ma na
mnie terapeutyczny wpływ. Fascynujący zawód. I z jednej strony obracam
się wśród artystów, elit, wzniosłych idei, a z drugiej wśród ludzi
chorych, bardzo chorych, umierających, często zdegenerowanych. Mówię
głośno, że człowiek chory nie może być samotny, pozostawiony samemu
sobie i oczywiście wiem, że to są dla wielu nieznośne slogany. Słyszę
czasami: Moralizatorka! Ale pieprzy! Bogata, zdrowa! Nie wiedzą, że
czasem się ledwo ruszam i jestem po wielu operacjach. Ale gram Hajduczka
w „Trylogii” w reżyserii Jana Klaty i wtedy nie obchodzi mnie, ile
mam
lat. Kiedy tak leżę na scenie pod łóżkiem w kałuży potu od nerwów i
wysiłku, to myślę sobie: Boże, a jak ja kiedyś tu umrę… Nawet już sobie
zaczęłam nekrolog układać.