Wyobraźcie sobie polskiego nastolatka, który stara się o przyjęcie do swojej wymarzonej szkoły średniej, ale odmawia złożenia świadectwa ukończenia gimnazjum. Rodzice załamują ręce, koledzy pytają: "co ty u licha robisz?", a tymczasem nastolatek upiera się, że świadectwa nie pokaże - i już. W tym samym czasie w banku dobrze sytuowana młoda para z marzeniami o własnych czterech kątach stara się o kredyt. Nie zdradza jednak informacji o swoim zatrudnieniu i wysokości zarobków. Młodzi dostaną kredyt? A skąd. W tym samym banku piętro wyżej młody absolwent ekonomicznej uczelni stara się o pracę. Elegancko ubrany, z odpowiednimi manierami robi dobre wrażenie na potencjalnych pracodawcach. Ale milczy, pytany o swoje kompetencje. Pracy nie dostanie.
Zdawałoby się, że takich scenariuszy życie nie pisze. Tymczasem wcale nie za siedmioma rzekami i siedmioma górami, w rzeczywistości, w której obowiązują zupełnie inne prawa fizyki niż u nas, lecz właśnie na naszym łez padole właściciel stacji telewizyjnej stara się o umieszczenie swojej telewizji na cyfrowym multipleksie. Miejsc na multipleksie jest niewiele, ale wymagania zainteresowany - jak sam twierdzi - spełnia. Tyle że - w przeciwieństwie do wszystkich innych chętnych - nie ma zamiaru finansowej stabilności swojego przedsięwzięcia udowodnić. Dokumenty trzyma z dala od wścibskich oczu KRRiT, a proszony o ich przedstawienie wzrusza tylko ramionami i przemawia do swoich zwolenników: "Nie chcieli nas. To totalitaryzm". Na te słowa dziesiątki tysięcy oburzonych wychodzą na ulice.
Chciałbym napisać, że to podręcznikowy przykład prymitywnej manipulacji. Ale nie mogę. W żadnym podręczniku populizmu nie znaleźlibyśmy przykładu tak banalnie skonstruowanego i absurdalnego. A jednak życie było w stanie napisać ten nierealny scenariusz. Stało się tak dlatego, ponieważ wyznawcy pewnego zakonnika z Torunia nie silą się na ledwie dwuminutową delibarację nad "racjami" swojego idola i - ślepo ufając o. Tadeuszowi Rydzykowi, o którym tu mowa - wietrzą rządowy spisek przeciwko katolikom spod znaku IV RP. Sprawa decyzji Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji o nieumieszczeniu TV Trwam na cyfrowym multipleksie ciągnie się już od kilku tygodni - i wszyscy wiedzą już o niej wszystko (z zastrzeżeniem - wszystko co chcą wiedzieć). Wielu fachowców, ekspertów i komentatorów próbowało wyjaśnić zwolennikom o. Rydzyka, dlaczego uparty zakonnik nie dostał koncesji, zwracając przy tym uwagę na fakt, że toruńska stacja nie potrzebuje multipleksu, by docierać do swoich widzów (którzy - nota bene - częściej maszerują po ulicach miast niż oglądają swoją ukochaną telewizję - vide wyniki oglądalności TV Trwam), bo nadaje swój sygnał drogą satelitarną.
Eksperci swoje, a Rydzyk swoje - ostatnio nie ma dnia, żeby zakonnik, albo któryś z wiernych mu polityków, nie dorzucił do sprawy kolejnych trzech groszy. - Nasza ojczyzna jest likwidowana. Ludzie są przerażeni. To jest totalitaryzm w innej formie, niż komunistyczny, ale równie groźny - stwierdził niedawno redemptorysta. Rozwińmy tę błyskotliwą myśl. Pamiętacie jak się skończył totalitaryzm komunistyczny w Polsce? Tak, tak - skończył się rewolucją "Solidarności". Czy więc o. Rydzykowi marzy się kolejna rewolucja w Polsce? Skoro każdego dnia słyszymy o "zdradzonych o świcie", o końcu demokracji, o kondominiach, obcych siłach, prześladowaniu Polaków-patriotów i "potrzebie odnowy moralnej" - to chyba czas stawiać kosy na sztorc. Ba, kosy być może są już odpowiednio przygotowane - wszak już dziś wielotysięczne radiomaryjne tłumy maszerują z wściekłymi okrzykami polskimi ulicami. A spiritus movens całej tej sytuacji wie, że demonstracje w obronie TV Trwam mogłyby jej bronić co najwyżej przed nim i jego fundacją, gdyż - w praktyce - to sam właściciel nie przyznał swojej stacji koncesji na cyfrowe nadawanie nie przedstawiając wymaganych dokumentów. Czemu więc służą demonstracje? To proste - wyprowadzanie ludzi na ulice to testowanie wiernych przez o. Rydzyka. Wynik testu już znamy - o. Rydzyk potrafi wysłać armię oddanych mu słuchaczy na ulicę bez logicznie uargumentowanego powodu. Teraz pozostaje pytanie - co zakonnik zamierza z tą władzą zrobić.
Czy Rydzykowi marzy się rewolucja?
2012-04-27 08:44
Zdawałoby się, że takich scenariuszy życie nie pisze.
Tymczasem wcale nie za siedmioma rzekami i siedmioma górami, w rzeczywistości, w
której obowiązują zupełnie inne prawa fizyki niż u nas, lecz właśnie na naszym
łez padole właściciel stacji telewizyjnej stara się o umieszczenie swojej
telewizji na cyfrowym multipleksie. Miejsc na multipleksie jest niewiele, ale
wymagania zainteresowany - jak sam twierdzi - spełnia. Tyle że - w
przeciwieństwie do wszystkich innych chętnych - nie ma zamiaru finansowej
stabilności swojego przedsięwzięcia udowodnić. Dokumenty trzyma z dala od
wścibskich oczu KRRiT, a proszony o ich przedstawienie wzrusza tylko ramionami i
przemawia do swoich zwolenników: "Nie chcieli nas. To totalitaryzm".
Na te słowa dziesiątki tysięcy oburzonych wychodzą na ulice.
Chciałbym napisać, że to podręcznikowy przykład prymitywnej manipulacji. Ale
nie mogę. W żadnym podręczniku populizmu nie znaleźlibyśmy przykładu tak
banalnie skonstruowanego i absurdalnego. A jednak życie było w stanie napisać
ten nierealny scenariusz. Stało się tak dlatego, ponieważ wyznawcy pewnego
zakonnika z Torunia nie silą się na ledwie dwuminutową delibarację nad
"racjami" swojego idola i - ślepo ufając o. Tadeuszowi Rydzykowi, o
którym tu mowa - wietrzą rządowy spisek przeciwko katolikom spod znaku IV RP.
Sprawa decyzji Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji o nieumieszczeniu TV Trwam
na cyfrowym multipleksie ciągnie się już od kilku tygodni - i wszyscy wiedzą już
o niej wszystko (z zastrzeżeniem - wszystko co chcą wiedzieć). Wielu fachowców,
ekspertów i komentatorów próbowało wyjaśnić zwolennikom o. Rydzyka, dlaczego
uparty zakonnik nie dostał koncesji, zwracając przy tym uwagę na fakt, że
toruńska stacja nie potrzebuje multipleksu, by docierać do swoich widzów (którzy
- nota bene - częściej maszerują po ulicach miast niż oglądają swoją ukochaną
telewizję - vide wyniki oglądalności TV Trwam), bo nadaje swój sygnał drogą
satelitarną.
Eksperci swoje, a Rydzyk swoje - ostatnio nie ma dnia,
żeby zakonnik, albo któryś z wiernych mu polityków, nie dorzucił do sprawy
kolejnych trzech groszy. - Nasza ojczyzna jest likwidowana. Ludzie są
przerażeni. To jest totalitaryzm w innej formie, niż komunistyczny, ale równie
groźny - stwierdził niedawno redemptorysta. Rozwińmy tę błyskotliwą myśl.
Pamiętacie jak się skończył totalitaryzm komunistyczny w Polsce? Tak, tak -
skończył się rewolucją "Solidarności". Czy więc o. Rydzykowi marzy się
kolejna rewolucja w Polsce? Skoro każdego dnia słyszymy o "zdradzonych o
świcie", o końcu demokracji, o kondominiach, obcych siłach, prześladowaniu
Polaków-patriotów i "potrzebie odnowy moralnej" - to chyba czas
stawiać kosy na sztorc. Ba, kosy być może są już odpowiednio przygotowane -
wszak już dziś wielotysięczne radiomaryjne tłumy maszerują z wściekłymi
okrzykami polskimi ulicami. A spiritus movens całej tej sytuacji wie, że
demonstracje w obronie TV Trwam mogłyby jej bronić co najwyżej przed nim i jego
fundacją, gdyż - w praktyce - to sam właściciel nie przyznał swojej stacji
koncesji na cyfrowe nadawanie nie przedstawiając wymaganych dokumentów. Czemu
więc służą demonstracje? To proste - wyprowadzanie ludzi na ulice to testowanie
wiernych przez o. Rydzyka. Wynik testu już znamy - o. Rydzyk potrafi wysłać
armię oddanych mu słuchaczy na ulicę bez logicznie uargumentowanego powodu.
Teraz pozostaje pytanie - co zakonnik zamierza z tą władzą zrobić.
Komentowany tekst: