Magdalena Rigamonti:
Spada panu.
Szymon Majewski: Spada. Ale całej
telewizji spada.
Ale panu
najbardziej. Mówią nawet, że się pan kończy.
Też słyszałem.
Wie pani, o mnie to mówią różne rzeczy. Ja jestem
grzeczny chłopak, więc trudno o mnie coś ciekawego powiedzieć. Trzeba
wymyślać.
Dlaczego?
Bo pomiędzy moim życiem prywatnym a zawodowym jest wielki rozziew i
jeśli ktoś chce skandali z moim udziałem, to pisze, że poszedłem po wodę
oligoceńską w ciemnych okularach i nerwowo się rozglądałem.
A ja czytałam inne: że pan trzy miliony biednym
emerytom wyrwał…
Ukradł nawet.
I dlatego nerwowo się pan rozglądał.
Stałem się w końcu ciekawym obiektem. Kiedy się okazało, że zrobiłem
zamach na budżet naszego kraju, zamach na emerytów, bo wziąłem udział w
reklamie, to nastąpiło tąpnięcie na moim grzecznym wizerunku. Bo jak
wiadomo, ja tylko udaję normalne życie, bo przecież wodę kupuję w
Peweksie. Albo nie, lepiej, wodę mam od Prady. Butelkowaną po 200 ml, 60
dolarów za sztukę. Jak Robert Kozyra. Wie pani, stopa mi się podniosła...
Wziął pan
udział w reklamie państwowego banku, za którą dostał pan,
bagatela, trzy miliony złotych.
I dlatego teraz chodzę na
boks.
Trenuje pan, żeby…
Żeby bić. Pierwszy dostanie w ryj ten, który powiedział, że
zarobiłem
trzy miliony.
Kto puścił tę plotkę?
Nie
wiem. Szukam. Sprawa jest w sądzie nawet. I powiem pani, że bardzo
to wszystko przeżyłem. Jestem człowiekiem dosyć skromnym.
Niech pan nie kokietuje.
Nie
kokietuję. Ludzie się ode mnie odwrócili po tych finansowych
rewelacjach. A mnie się nie chce udowadniać, że nie jestem słoniem.
Chyba wielbłądem?
Właśnie, wielbłądem. Nie znam tych wszystkich obiegowych powiedzeń. I
teraz muszę się tramwajem przejechać, przejść po ulicy w podartych
spodniach albo w czapce za 15 zł z H&M.
Po co?
Społeczeństwu całemu, żeby
pokazać, że jestem po tej samej stronie
barykady. A nie farbowanym, jak Palikot, który udaje lewicowość, będąc
wielkim kapitalistą.
Słyszę, że się pan przejął.
Pani też się chyba mną przejęła, skoro pani ze mną rozmawia. Kiedy
myślę, że mogę stracić pracę i przestać bawić ludzi, to mi smutno.
Zwłaszcza kiedy wszyscy zaczynają to powtarzać. Nawet żona zapytała, czy
ja wiem, że mi spada i co w związku z tym ze mną będzie.
No i co z panem będzie?
Od
siedmiu lat robię ten program w TVN i raz spada, a raz nie.
Co pan opowiada? Przecież jesienią nawet panu ten
program zdjęli.
To była taka trochę kara. Chyba za tę
reklamę, za ten niedobry szum
wokół mnie. Są tacy, którzy twierdzą, że ludzie mnie nie cierpią za tę
reklamę i że jakbym wyszedł przed wielką widownię, to wszyscy by
gwizdali…
A pan się tego
boi?
No pewnie, bo ja mam taką naturę, że chciałbym, żeby
wszyscy mnie lubili.
1 czerwca
skończy pan 45 lat…
Do niedawna myślałem, że 44. Tak jestem zatracony, że gdzieś uciekł mi
rok. Ale zgoliłem brodę, obciąłem włosy i sprawdzam, czy podskoczę,
przebiegnę, poboksuję.
Ten boks
to też antidotum na kryzys wieku średniego?
Boksuję, żeby
nie tłumić agresji. Ona była przyczyną moich różnych
psychoruchowych stanów i pocenia się rąk. Wyglądam na radosnego
człowieka, ale taki radosny do końca nie jestem. Do boksu doszedłem w
prostej linii od medytacji. Rok temu byłem i codziennie do 10 rano nic
mówiłem. Nawet chciałem pojechać na trzydniowe warsztaty milczenia na
Mazury. Ale moja córka powiedziała, że w nocy w poduszkę będę mówił, z
tłumikiem jakby i umrę, bo się słowami uduszę, więc nie pojechałem.
Teraz wiem, że boks to kapitalna sprawa. Bo nic tak nie pomaga
celebrycie, jak dostanie w ryja.
Każdemu celebrycie?
Nie wiem. Mnie pomaga. Innym
pewnie też by się przydało.
Pan
kiedyś dostał?
W podstawówce dostałem. Jak miałem
dwadzieścia parę lat, to sam komuś
wycelowałem fangę. Od tamtej pory spokój. Dopiero jak stanąłem w ringu i
miałem pierwszy sparing na treningu u Łukasza Landowskiego na Fortach
Bema, gdzie czuć pot i skarpety, to zrozumiałem, jak to oczyszcza.
Ostatnio nawet, jak tak porządnie dostałem w pysk, to miałem kilkudniowy
moment refleksji. Bolała mnie głowa i szczęka. I nawet bunt jakiś
poczułem – jak to, biją mnie, Szymona Majewskiego? Jest tam taki Romek,
co to był ostatnim obrońcą KDT (Kupieckie Domy Towarowe), który mówi:
Szymek, kurwa, nie poddawaj się. Walcz, kurwa, do końca. Byk straszny.
Nie pozwala mi się poddawać, więc się nie poddaję. Ale kiedy z nim
walczę, to Roman może się tylko bronić. Bo jakby wyprowadził cios, to
pewnie byłby to ostatni cios w moim życiu.
Galoty bokserskie pan sobie kupił, rękawice?
Mam wszystko. Zastanawiam się tylko, czy nie zacząć w tym
kasku na
głowie chodzić.
Na co dzień?
Nie, na
treningach.
No, na razie głową pan zarabia.
Właśnie, a te sparingi są coraz ostrzejsze. Kilka razy zaliczyłem już w
czapę.
Ma pan talent do tego? Tak
wypytuję, bo jak straci pan pracę w
telewizji, to ten boks będzie jak znalazł.
Ruchliwy jestem
raczej. Jak tak się wyładuję, to inaczej na świat
patrzę. Przecież ja w tej mojej robocie jestem samowarem, muszę być
asertywny, muszę powiedzieć nie, dokonywać wyborów, rządzić trochę…
Z ludzi się naśmiewać, z kolegów
celebrytów.
Mój zawód polega na tym, że biorę sobie kogoś na cel. Prywatnie może i
temu komuś podałbym rękę. Ale w programie się naśmiewam.
Nie zawahał się pan oszukać Macieja Dowbora,
podstawiając do jego
programu na żywo fałszywą Agnieszkę Radwańską.
Ale mnie tam
nie było. Zresztą, nie sądziłem, że Dowbor się nabierze.
Żal mi Maćka. Dzwoniłem do niego, chciałem go zaprosić do swojego
programu, ale on jest bardzo zgaszony.
Przez pana?
No, przeze mnie. Tam u niego w redakcji
były nawet jakieś reperkusje,
ludzi pozwalniano. Dziewczyna, która zagrała Radwańską, poszła tydzień
później z naszym redakcyjnym Murzynem na konferencję Mike’a Tysona i ten
Murzyn krzyczał, że Tyson powinien pobić Kubę Wojewódzkiego za
rasistowskie żarty, a ekipa Dowbora zajęła się podrabianą Isią. Ludzie
nie rozumieją, że ja powietrze z tego celebryckiego balona spuszczam.
I na YouTube to potem oglądają.
Jesteśmy jak takie zające na prerii zelektryzowane popularnością w
internecie, ale nie wiemy, czy ten internet nam coś daje, czy wręcz
przeciwnie.
A panu?
Z jednej strony jestem dumny, że moje kawałki się tam dostają i są
oglądane. Z drugiej, dla mojej stacji telewizyjnej widz internetowy jest
bezwartościowy. Kasa jest wtedy, kiedy widz usiądzie w poniedziałek o
21.30 przed telewizorem i obejrzy „Szymona Majewskiego na żywo".
Ale nie siada, bo woli oglądać w tym
samym czasie „M jak miłość" i
„Tomasza Lisa na żywo".
Różnie to bywa. Czasem
Tomasz ze mną przegrywa.
Widziałam
badania, że wygrywa.
On po prostu prezentuje takie badania,
w których wygrywa. Jego oglądają
starsi ludzie, a młodzi mnie i oni są ważniejsi dla reklamodawców. Cała
telewizja się zastanawia, co zrobić z tym internetem. Może będę musiał
się przebierać za Baśkę M., za jakąś blogerkę, kląć będę musiał, bo bez
przeklinania na pewno nie zyskam sławy. I jakieś mięsne jeże robić,
nagrywać, jak to mi mąż na wiosce wpadł na grill, wprost na kiełbaski.
Miliony będą oglądać.
No i zaczął
pan ubolewać.
Nie ubolewam. Nie chcę być starym mistrzem,
który narzeka. Takich
mistrzów już mamy: Jan Pietrzak, Janusz Rewiński. Ostatnio Wojciech Mann
też zaczął narzekać na to, że się zmieniają czasy, że panienek głupich w
telewizji pełno, kretynów jakichś… Przypomina mi się, jak wiele lat temu
Wojciech Mann chciał, żebym wymyślał dla niego żarty. A ja wiedziałem,
że chcę pracować na własne konto. Kiedy czytam wywiady z tymi starszymi
panami, to mówię do mojej żony: Magda, jak to zrobić, żeby nie być takim
starym, zgorzkniałym, który kiedyś porywał tłumy, a teraz połowę talentu
trawi na narzekanie.
Pietrzak i
Rewiński talent trawią w polityce, stanęli po prawej
stronie sceny...
No i według mnie tak nie można. Satyryk,
dziennikarz, celebryta nie może
się opowiadać po jakiejś politycznej stronie.
Kuba Wojewódzki twierdzi, że może, i jasno
wspiera PO.
I ja mam ostry spór z Wojewódzkim w tej kwestii. Nawet przez kilka
miesięcy była między nami cisza.
Przecież pan z Wojewódzkim konkuruje.
Trochę
konkurujemy, trochę się kumplujemy. Ja go cenię za odwagę, choć
tej odwagi nie pochwalam.
A on
pana za co?
Za powstanie warszawskie, za to, że tradycję
pielęgnuję. W życiu bym nie
powiedział publicznie, jak to zrobił Kuba: nie głosujcie na PiS.
Zarzucają mi, że nie po równo się naśmiewam. Oczywiście, częściej zdarza
mi się śmiać z konserwatywnych polityków, bo oni są łatwiejszym celem,
są bardziej napięci. Ale śmieję się też z Tuska, Millera i różnych
innych. Wiem też, że jeślibym wspierał jedną opcję, to wziąłbym pewien
kredyt, który trzeba by było spłacić.
„Waza zbiła się etruska, wina Tuska" – tym wierszem
Wojciech
Młynarski ewidentnie opowiedział się po stronie PO. Takich
satyryków i dziennikarzy jasno precyzujących swoje poglądy jest więcej,
a pan mi tu coś o kredytach, spłatach. Niech mi się pan tu jasno
określi.
Próbuję być obiektywny. Mam swoje sympatie, ale
przez gardło mi nie
przejdzie, że np. Lech Kaczyński był do bani prezydentem. Bo moim
zdaniem nie był. Zrobił kilka wartościowych rzeczy.
Jakich?
Na przykład Muzeum
Powstania Warszawskiego. Moja żona mówi, że już
jestem bardzo konserwatywny.
(Podchodzi do nas współpracownik Szymona Majewskiego) Mamy rekord.
Ostatni program to 20 proc. udziału w rynku.
No i widzi
pani, już mi nie spada, tylko wzrasta. Wszystko się zmienia z
tygodnia na tydzień.
Czyli już
panu Edward Miszczak (szef programowy TVN) nie powie, że
jest pan zagrożony, że może jakiś inny program pan zrobi, jakiś
„HDw3D"…
„HDw3D" to była
beznadzieja. Ja mam taką konstrukcję, że bardzo się pocę
z powodu swojej odpowiedzialności. Marzyłem o tym, żeby śmiać się z
innych ludzi, ale tak jakoś bezkrwawo. W Radiu Zet byłem przekonany, że
wszyscy są zachwyceni Szymonkiem. Do czasu, kiedy nie dostałem listu, w
którym było, żebym się zgłosił do gazu… Teraz wiem, że nawet żart może
kogoś zranić. Ludzie w redakcji mi mówią, że można pojechać ostrzej, a
ja chodzę, zastanawiam się, czy nie przegnę.
Z Jana Pawła II nigdy się pan nie śmiał, z powstania
warszawskiego
też nie. Nie słyszałam również żadnych pana żartów na temat katastrofy
smoleńskiej.
Bo tam, gdzie giną ludzie, to dla mnie nie ma
żartów. I w TVN o tym
wiedzą. Może dlatego wpuszczają mnie w poniedziałek o 21.30 na żywo, a
Kuba swój program musi nagrywać. A dobrze wiem, że też chciał na żywo.
Co innego ta Polska posmoleńska. Przecież są już dwie lewice i trzy
prawice. I wszyscy się po ryjach leją.
Pan się sam cenzuruje, bo się pan boi, że
straci posadę?
Mnie już chyba w TVN odpuszczono grzechy.
Chyba dlatego że Kuba też
zrobił reklamę. Czasami jednak muszę iść na ustępstwa.
I dlatego już z Euro 2012 nie będzie się pan
wyśmiewał?
Nie będę, bo jeszcze chwila i w ryja dostanę. A
co będzie, jak nasi
wygrają? Będę musiał wszystko odszczekać. Lecz teraz robię na żywo, więc
muszę być aktualny. Aktualniejszy od Lisa. Bo jeśli Lis zaprasza Cichopek,
to ja dla równowagi muszę Palikota. On idzie w komerchę, a ja w politykę.
Podobno chciał pan zmniejszać piersi
pomnikowi Dody, który pan
postawił w Ciechanowie.
To pomówienia. Choć Dodzie się ten
pomnik nie podobał. SMS-a dostaliśmy
od jej asystentki. Palikot u mnie powiedział, że to cudowna postać matki
karmiącej, a ja uważam, że to Polka mammografka. Pomnik stał tylko przez
chwilę, ale część ludzi myślała, że to wszystko prawda. Dziwili się,
dlaczego biskup bierze udział w czymś takim. Nabrali podejrzeń w
momencie, kiedy przyjechał prezydent Komorowski i powiedział, że wita
Ciechocinek i słynne tężnie. I dodał: po co nam przedszkola, skoro
dzieci i tak podrosną za trzy, cztery lata. Lepiej mieć pomniki.
A pod krzyż na Krakowskie Przedmieście
pan poszedł?
Córka chciała, więc poszliśmy w nocy. Stałem z
boku. A Kuba pod samym
krzyżem. On lubi konfrontacje. A ja, wie pani, nawet jak była ta cała
dyskusja o pochówku pary prezydenckiej na Wawelu, to myślałem sobie, co
czuje ta dziewczyna, ta córka Kaczyńskich.
Po dwóch latach w rocznicę śmierci swoich rodziców
śpiewała „Sto lat,
sto lat" swojemu stryjowi na Krakowskim Przedmieściu…
No i widzi pani, ludzi się nie da jednostronnie ocenić. Kiedyś była
punkówą, nosiła glany. Tak jak ja. A część odłamu krakowskiego PiS…
Przecież to byli kolesie, m.in poseł Kuchciński, którzy kiedyś
hipisowali. Czasem się zdarza, że tacy ludzie na starość stają się
radykałami.
Kiedy tak pana słucham, to się zastanawiam,
czy panu to nie grozi.
Może zmiana poglądów świadczy o
rozwoju człowieka i za pięć lat, 10
kwietnia na Krakowskim Przedmieściu będę obok Pietrzaka walił
bogoojczyźniane monologi?
Tylko
czekać, aż Jarosław Kaczyński będzie pana gościem.
Na razie
chodzą słuchy, że Zbyszek Ziobro do mnie przyjdzie. Ja go lubię
na swój sposób. Chciałbym też, żeby prezes się pojawił. Ale pewnie nie
będzie chciał.
I słusznie, bo
wariata by pan z niego zrobił.
Z każdego robię wariata.
Problem w tym, że on czuje, że nim jest.
Pan jest prawdziwym Polakiem?
Tak. Choć niektórzy myślą, że nie, bo mam na imię Szymon. Majewski –
wiadomo, przechrzczony w maju. Pojawiłem się nawet na liście, że nie
jestem prawdziwym Polakiem. Ale na tej liście, jako nowość, są także
Edyta Herbuś i Piotr Adamczyk. Nowość jest na czerwono i pulsuje.