Al Gore, czy George W. Bush? Giełdy na całym świecie zatrzymały się w oczekiwaniu na wyniki wyborów. Kto zostanie nowym prezydentem świata?
W USA rok 2000 upływał pod znakiem wyborów prezydenckich. Szczególnie, że nie obyło się bez kontrowersji. Do ostatniej chwili nie było wiadomo, kto zostanie nowym prezydentem Stanów Zjednoczonych – demokrata Al Gore czy republikanin George W. Bush.
Spór w sprawie wyników miał rozstrzygnąć sąd. Walka trwała o niemałą stawkę. Wygrany miał zostać żandarmem pokoju, przywódcą świata. Gdy we wszystkich krajach wstrzymywano oddech, w USA przyjęto tę powyborczą walkę o fotel prezydencki ze spokojem. W końcu to nie był to pierwszy raz. Dokładnie 40 lat wcześniej w walce pomiędzy Richardem Nixonem a Johnem Kennedy’m doszło do jeszcze większych nieprawidłowości. Chciano nawet ponownie liczyć głosy w całym kraju, nie tylko na Florydzie, czego domagał się Gore.
"Siłę amerykańskiej prezydentury tak naprawdę widać dopiero wtedy, gdy system zaczyna szwankować. Nazajutrz po falstarcie wyborczym dziennik «Austin American-Statesman» wielkimi literami wybił na pierwszej stronie: «Historia stanęła w miejscu»" - pisze Wprost. Tak naprawdę stanęła w miejscu nie tylko historia, ale czas na całym świecie. Kursy na światowych giełdach zaczeły spadać. Korea Północna zawiesiła rozmowy z Południową a światowe telewizje, wszystkie wydarzenia niezwiązane z wyborami zepchnęły na drugi plan. "Tylko Amerykanie z dziwnym spokojem albo wręcz rozbawieniem przyjęli wojnę o najwyższy urząd w kraju. Prezydenta USA nie wybrano, ale wybrano nowy Kongres i tysiące pomniejszych urzędników - od stanowych parlamentów przez sędziów, szeryfów po władze municypalne" - opisuje sytuację w Stanach Zjednoczonych Wprost.
Napięcie, jakie towarzyszyło oczekiwaniu na wyniki, "Wprost" zobrazował publikując lustrzaną okładkę, która przedstawia dwóch kontrkandydatów na stanowisko prezydenta USA z podpisem „Prezydent świata".
W 2000 roku prezydenta wybiera również inne światowe mocarstwo - Rosja. "Czy silny prezydent wystarczy, by odbudować silną Rosję?" - pyta Wprost w numerze z 2 kwietnia.
"Władimir Putin był skazany na wyborczy sukces między innymi dlatego, że w Rosji wciąż jeszcze łatwo jest wykreować władcę, jeśli jego «stwórcą» jest poprzedni władca, a w każdym razie siła realnie rządząca krajem" - czytamy w tygodniku. "Putin może się stać twórcą ekonomicznego odrodzenia Rosji i zainwestowane przez nas tutaj pieniądze nareszcie zaczną przynosić dywidendy. Ale też państwo, które zbuduje Putin, nie zostanie wzniesione na fundamentach społeczeństwa otwartego. (...) Ono będzie dążyło do ustanowienia władzy państwa nad życiem prywatnym i podejmie próbę odrodzenia rosyjskiej mocarstwowości. To będzie państwo autorytarne i nacjonalistyczne" - ocenia tygodnik.
Spór w sprawie wyników miał rozstrzygnąć sąd. Walka trwała o niemałą stawkę. Wygrany miał zostać żandarmem pokoju, przywódcą świata. Gdy we wszystkich krajach wstrzymywano oddech, w USA przyjęto tę powyborczą walkę o fotel prezydencki ze spokojem. W końcu to nie był to pierwszy raz. Dokładnie 40 lat wcześniej w walce pomiędzy Richardem Nixonem a Johnem Kennedy’m doszło do jeszcze większych nieprawidłowości. Chciano nawet ponownie liczyć głosy w całym kraju, nie tylko na Florydzie, czego domagał się Gore.
"Siłę amerykańskiej prezydentury tak naprawdę widać dopiero wtedy, gdy system zaczyna szwankować. Nazajutrz po falstarcie wyborczym dziennik «Austin American-Statesman» wielkimi literami wybił na pierwszej stronie: «Historia stanęła w miejscu»" - pisze Wprost. Tak naprawdę stanęła w miejscu nie tylko historia, ale czas na całym świecie. Kursy na światowych giełdach zaczeły spadać. Korea Północna zawiesiła rozmowy z Południową a światowe telewizje, wszystkie wydarzenia niezwiązane z wyborami zepchnęły na drugi plan. "Tylko Amerykanie z dziwnym spokojem albo wręcz rozbawieniem przyjęli wojnę o najwyższy urząd w kraju. Prezydenta USA nie wybrano, ale wybrano nowy Kongres i tysiące pomniejszych urzędników - od stanowych parlamentów przez sędziów, szeryfów po władze municypalne" - opisuje sytuację w Stanach Zjednoczonych Wprost.
Napięcie, jakie towarzyszyło oczekiwaniu na wyniki, "Wprost" zobrazował publikując lustrzaną okładkę, która przedstawia dwóch kontrkandydatów na stanowisko prezydenta USA z podpisem „Prezydent świata".
W 2000 roku prezydenta wybiera również inne światowe mocarstwo - Rosja. "Czy silny prezydent wystarczy, by odbudować silną Rosję?" - pyta Wprost w numerze z 2 kwietnia.
"Władimir Putin był skazany na wyborczy sukces między innymi dlatego, że w Rosji wciąż jeszcze łatwo jest wykreować władcę, jeśli jego «stwórcą» jest poprzedni władca, a w każdym razie siła realnie rządząca krajem" - czytamy w tygodniku. "Putin może się stać twórcą ekonomicznego odrodzenia Rosji i zainwestowane przez nas tutaj pieniądze nareszcie zaczną przynosić dywidendy. Ale też państwo, które zbuduje Putin, nie zostanie wzniesione na fundamentach społeczeństwa otwartego. (...) Ono będzie dążyło do ustanowienia władzy państwa nad życiem prywatnym i podejmie próbę odrodzenia rosyjskiej mocarstwowości. To będzie państwo autorytarne i nacjonalistyczne" - ocenia tygodnik.