Raz kij, raz marchewka

Raz kij, raz marchewka

Biografia Zbigniewa Herberta
Biografia Zbigniewa Herberta
Iwaszkiewicz, Andrzejewski, Gombrowicz, teraz Herbert – moda na biografie, zwłaszcza pisarzy, uświadamia, jak dziwne i złożone było życie w czasach PRL.

Sześć opasłych tomów, jakie upycham na domowym regale, to wydane w ciągu ostatnich kilku miesięcy biografie wybitnych polskich pisarzy. Ukazał się bowiem drugi tom biografii Jarosława Iwaszkiewicza – „Inne życie” Radosława Romaniuka, opisujący okres od 1939 r. do śmierci pisarza w 1980 r. Romaniuka bardzo chwalono kilka lat temu, gdy wydał tom pierwszy, teraz otrzymujemy potwierdzenie tego, że słusznie. Ukazała się też książka o Jerzym Andrzejewskim, która jest właściwie „połową” biografii – obejmuje wprawdzie całe życie pisarza, ale tylko w jego prywatnej części, bez wchodzenia w analizę twórczości literackiej. Jej autorka Anna Synoradzka-Demadre skrupulatnie prześledziła sprawy rodzinne Andrzejewskiego oraz jego uwikłania uczuciowe, a tym samym stworzyła materiał wyjściowy dla innych badaczy, którzy przeanalizują to, jak sprawy prywatne oddziaływały na twórczość autora „Miazgi”. Cztery pozostałe księgi w mojej biblioteczce to znakomite (i dwutomowe!) prace „Gombrowicz. Ja, geniusz” Klementyny Suchanow i „Herbert. Biografia” Andrzeja Franaszka.

Tabloid dla inteligenta

Biografii pisarzy przybywa i można odnieść wrażenie, że systematycznie dochodzimy do stanu, gdy wydaje się biografie pisarzy, a nie ich utwory. Może to wrażenie mylne, bo wokół nowej biografii znanego pisarza narasta zawsze medialny szum, a utwory wznawia się po cichu. Ale nie da się nie dostrzec, że osoba interesuje dzisiaj czytelników bardziej niż to, co miała do powiedzenia, że gdzieś za tą falą biograficznych książek po prostu skrywa się plotkarskie zainteresowanie prywatnością postaci znanych, że tworzy się jakaś forma snobistycznego tabloidu. Szykowniej pokazać się z książką o Iwaszkiewiczu czy Herbercie pod pachą, niż z „Faktem” czy „Super Expressem”, ale motywacja lektury może być podobna. Nie ma nic dziwnego w tym, że prywatne życie pisarza interesuje literaturoznawców, którzy badają subtelności prozy czy poezji i szukają ich genezy w zawiłościach biografii. Ale czy tak naprawdę do zachwytu nad powieścią potrzebna jest nam wiedza o życiu jej autora? Zajmująca się kilka lat temu tym tematem prof. Anna Nasiłowska porównała sytuację polskiej literatury do anglosaskiej, gdzie zainteresowanie biografiami pisarzy jest piśmienniczą codziennością i uznała odcinanie dzieła od życia twórcy za stanowisko przestarzałe. Nazwała tę postawę antybiografizmem i doszła do – jak się teraz okazuje – słusznego wniosku, że „zwrot biograficzny” musi i u nas nastąpić. I nastąpił, bo – jak pisała – „wymusza go rynek, gdyż ujęcia biograficzne mogą liczyć na zainteresowanie czytelników, a gust polskiej publiczności nie różni się od zachodniego”. A i „sami pisarze, konstruując mity dotyczące własnej osoby, dokonując autokreacji, udostępniając świadectwa i dokumenty osobiste, nas do tego zachęcają”. No i mamy w księgarniach całą falę biografii pisarzy– takich książek doczekali się m.in. Lem, Konwicki, Tyrmand, Stachura, Iredyński, Głowacki, Pilch czy Kapuściński. W przypadku tego ostatniego doszło nawet do skandalu, który spowodował, że biografię pióra Artura Domosławskiego sprzedawano spod lady niczym w czasach PRL.

Strategie przetrwania

Złośliwie należałoby w tym miejscu wrzucić kamyczek do tego pięknego ogródka i wspomnieć, że prawdopodobnie ta fala interesujących biografii wkrótce osłabnie, czy wręcz wygaśnie, bo lista „literackich celebrytów” jest u nas o wiele krótsza niż u Anglosasów, u których sztuka pisania biografii rozkwitła i już nawet na uniwersyteckich studiach twórczego pisania funkcjonują seminaria poświęcone nauce tworzenia tej formy. No i trzeba jeszcze jeden kamyczek wrzucić do ogródka nas wszystkich – potencjalnych czytelników. Otóż elementarna logika podpowiada, że wzrost zainteresowania biografiami pisarzy jest efektem rosnącego w siłę zainteresowania literaturą, a tymczasem do znudzenia przywoływane badania wskazują, że czytelnictwo i sprzedaż książek spadają. Płynie więc z tego wniosek raczej smętny: literatura przegrywa z coraz bogatszą ofertą rozrywek, jaką podsuwa nam dzisiejszy świat, a biografie, jeśli zaciekawiają, to dlatego, że stwarzają okazję, by zajrzeć komuś znanemu do alkowy. I przekonać się, że niby taki zdolny, mądry, wybitny, a ulega tym samym słabościom co wszyscy inni, czyli my. Na razie cieszmy się, że te biografie są. I że każda z czterech wymienionych książek jest utworem wybitnym, z gatunku tych, które przez wiele lat będą obecne w naszej literaturze. Ich autorzy snują ciekawe opowieści o życiu ciekawych ludzi, ale też zestawione razem – przypadkowo, przez bliskość daty wydania – układają się w ciekawy obraz różnych życiowych strategii w opozycji do PRL-owskich opresji. Wiadomo, na przełomie lat 40. i 50. władza próbowała podporządkować literaturę (nie tylko ją) importowanemu z ZSRR realizmowi socjalistycznemu.

Formy presji były z jednej strony miłe – to metaforyczna marchewka, bo władza próbowała skorumpować pisarzy wysokimi nakładami słusznych utworów, a tym samym wysokimi zarobkami i rozmaitymi zaszczytami, ale też trudno osiągalnymi w tamtych czasach dobrami materialnymi, jak mieszkania czy talony na samochody. Z drugiej strony był jednak kij na niepokornych – im na ręce uważnie patrzyła cenzura, która mogła wykreślić zdanie, ale też zatrzymać cały utwór, a nawet ustanowić zapis na niepokornego pisarza, czyli zablokować publikacje wszystkiego, co kiedykolwiek napisał i doprowadzić do tego, że nawet jego nazwisko nie mogło być nigdzie wymienione. W tych warunkach najtrudniejszą metodę przeżycia wybrał Iwaszkiewicz, światowiec wielokrotnie powtarzający, że nie potrafi tworzyć oderwany od Polski. Strategię miał prostą: być sobą! Literatura była dla niego najważniejsza, a warunki, w jakich ją tworzył, zmieniły się za jego życia w pierwszej połowie XX w. kilka razy i w zasadzie nie miały istotnego wpływu na jego pisarstwo. Można powiedzieć, że i on, i ono byli ponad codziennością. Jasne, tak mu się życie ułożyło, że nie musiał zabiegać o dobra materialne, miał posiadłość pod Warszawą wniesioną w wianie przez żonę, wojny oczywiście doświadczył, ale przetrwał ją ze stosunkowo małymi stratami, wykazał się zresztą w jej czasie szlachetnością, pomagając wielu ludziom przetrwać i biorąc udział w podziemnej akcji pomocy dla ludzi kultury. W powojenną rzeczywistość wchodził z opinią pisarza wybitnego, ale osobnego, więc jako apolityczny światowiec został przez nową władzę oceniony jako możliwy do wykorzystania. On sam zdawał sobie z tego sprawę, ale wiedział, że są rzeczy ważniejsze niż doraźna szarpanina, że ważna jest trwałość tradycji kulturalnej i w marę godne życie. Wiedział, że musi iść na jakieś kompromisy z władzą, ale też nie chciał się z nią bliżej wiązać, bo wiedział, że nie można jej ufać. Pisał w stałym rytmie i po upadku stalinizmu okazało się, że jego szuflady były pełne gotowych do wydania utworów. Z kolei sytuacja Gombrowicza była jednoznaczna. W latach 30. wydał dwie książki i zdobył pewien rozgłos, raczej niszowy, ale był dość znanym pisarzem. Przypadek sprawił, że na 10 dni przed wybuchem wojny wylądował w Buenos Aires i tam przebiedował wiele lat, konsekwentnie stronił od polityki, ale ciekaw był, co się dzieje w kraju i już od 1945 r. był w kontakcie z Iwaszkiewiczem, który go zresztą namawiał do powrotu. Tu trzeba przypomnieć, że żadnej perfidii w tym nie było, bo przez dwa-trzy lata po zakończeniu wojny panowała w literaturze względna swoboda, zakończona dopiero proklamowaniem realizmu socjalistycznego. Na szczęście autor „Ferdydurke” nie uległ namowom do powrotu, choć rozumiał, że jego literatura musi docierać do krajowego czytelnika. Postanowił więc przetrwać, imając się doraźnych zajęć i podejmując pracę w banku. To, że nie odciął się zdecydowanie od kraju, który utknął pod butem ZSRR, naraziło go na ataki emigracyjnych działaczy i literatów, zresztą wykpił to środowisko w powieści „Trans-Atlantyk”. Gombrowicz bowiem, choć źle mu się wiodło, wśród ataków i polemik rozkwitał.

Andrzejewski debiutował w XX-leciu jako pisarz katolicki, ale w czasie wojny stracił wiarę. Był to człowiek naznaczony jakąś wewnętrzną skazą – może była to słabość, która przekładała się na konieczność przynależności do czegoś „większego”, co mogło nadać kierunek jego życiu? W każdym razie im mocniejsza była władza komunistyczna, tym Andrzejewski zdawał się do niej silniej przywierać. To on przecież napisał powieść „Popiół i diament”, ale też kilka utworów w sposób o wiele wyraźniejszy agitacyjnych. Władza mu się odpłacała, a on coraz wyraźniej widział, że wszedł w ślepą uliczkę, z której zaczął się wycofywać, gdy tylko stało się to możliwe – napisał kilka utworów aluzyjnie ją obnażających. Z kolei Herbert, najmłodszy z tej czwórki, czasy stalinizmu przetrwał na marginesie, niejako w przyczajeniu, określając się jako „antystalinista sceptyk” i w 1951 r. wystąpił ze Związku Literatów Polskich, ale nie wykonywał przy tym gestów politycznych – powoływał się na zły stan zdrowia i zmianę miejsca zamieszkania. Była to oczywiście jak na tamte czasy decyzja radykalna i niosąca za sobą spore konsekwencje, bo przynależność do ZLP wiązała się z przywilejami. Ale w niedalekiej przyszłości nieźle się poecie przysłużyła, choć on sam nie mógł tego przewidzieć. Po upadku stalinizmu nie musiał się „oczyszczać” i mógł np. zostać dyrektorem biura Związku Kompozytorów Polskich.

Przełomy jako próba

Tak się składa, że bohaterowie tych biografii przeżyli dwie ważne w historii Polski daty: 1956 i 1968 r. Ta pierwsza najmniej dotknęła Gombrowicza, który śledził wydarzenia zza oceanu i wiązał z nimi przede wszystkim nadzieje – jak się później okazało, słuszne – na możliwość druku w kraju. Fakt, ukazały się po październiku ’56, ale krótko po tym znów władza zablokowała obecność pisarza w krajowym obiegu, bo przecież współpracował z paryską „Kulturą”. Podobnie apolityczny Herbert – trzymał się od politycznego zamieszania z daleka, ale też szybko po zawiązaniu się nowego układu władzy postanowił wykorzystać formujące się warunki do wystąpienia o zagraniczne stypendium i zaczął się w jego życiu okres quasi-emigracji: stypendialne wyjazdy przerywane powrotami do kraju.

Jednak na całkowite zerwanie więzi z nim nie zdecydował się, mimo że na Zachodzie budował sobie coraz mocniejszą pozycję. Z kolei Andrzejewski też przetrwał 1956 r. na marginesie, przede wszystkim dlatego, że był uwikłany w swoje uczucie do Marka Hłaski. Nie zrezygnował jednak z aktywnego uczestnictwa w życiu literackim i zaangażował się w tworzenie nowego pisma, które ostatecznie nie powstało. Najsilniej zaangażował się w wydarzenia 1956 r. Iwaszkiewicz. Może dlatego, że jako najstarszy z tej czwórki zdawał sobie sprawę, że w geopolitycznej sytuacji Polski nie ma co żywić nadmiernych nadziei i liczyć na radykalny przełom – trzeba się cieszyć tym, co możliwe do osiągnięcia. Został więc redaktorem naczelnym „Twórczości”, wydobył z szuflady niepublikowane utwory i, mimo że się do tego nie palił, został wybrany na prezesa Związku Literatów Polskich, jako osoba najmniej konfliktowa i najłatwiejsza do zaakceptowania, zarówno przez władze PRL, jak i przez zrewoltowanych pisarzy. Raczej wspierał władzę, choć zachowując dystans, co zresztą ściągnęło na niego ostracyzm ze strony radykalnie wówczas nastawionej części środowiska, nierzadko mającej na sumieniu aktywny udział w budowaniu stalinowskiego systemu kultury. Przetrwał to, bo oceniał sytuację na chłodno: „Moja polityka jest obliczona na bardzo daleką metę, a przede wszystkim na zapewnienie wpływów polskiej literaturze (…) – i to można osiągnąć tylko za pomocą zgody, zgody z partią”. Nieco inaczej było w 1968 r. – w marcu Iwaszkiewicza nie było w kraju, nie uczestniczył więc w burzliwych zebraniach twórców kultury, ale zaraz po powrocie włączył się do działania, zajmując pozycję – jak zwykle! – między stronami konfliktu: działaczami partyjnymi i partyjnymi pisarzami a resztą wzburzonych m.in. zdjęciem „Dziadów” pisarzy, bo uznał, że jego misją jest ratowanie ZLP przed rozwiązaniem. To mu się udało. Ba, tym razem jego postawa została doceniona i na zjeździe ZLP w 1969 r. Iwaszkiewicz jednogłośnie został wybrany na prezesa na następną kadencję. Gombrowicz natomiast, już wówczas mieszkający we Francji, gdzie wydarzenia 1968 r. były szczególnie burzliwe, obserwował je uważnie, ale za pośrednictwem telewizji. Ironizował z de Gaulle’a, też z Che Guevary, ale narastającą w Polsce falę antysemityzmu traktował bardzo poważnie, podobnie jak Praską Wiosnę. Był już wtedy mocno udręczony przez astmę, głowę zaprzątały mu też plotki na temat kandydatów do literackiego Nobla, wśród których był wymieniany i to – jak uznawano – z wielkimi szansami.

Wśród kandydatów do Nobla pojawiało się też w latach 60. nazwisko Andrzejewskiego, ale w 1964 r. podpisał słynny List 34, którego sygnatariusze domagali się „zmiany polskiej polityki kulturalnej w duchu praw zagwarantowanych przez konstytucję państwa polskiego i zgodnych z dobrem narodu”. Utracił poparcie polskich władz, więc siła jego kandydatury osłabła. „Spiskował” przeciwko władzy, politykował, zmagał się z alkoholizmem i pisaniem swojej największej powieści „Miazga”. Herbert, 15 lat młodszy od Andrzejewskiego, też nie był w najlepszej kondycji – wiosną 1967 r. ujawniła się u niego depresja. Ale pod koniec marca 1968 r. ożenił się w Paryżu i w następnym miesiącu wyjechał na stypendium do Berlina. Proszę sobie to wyobrazić, w lutym policja brutalnie rozpędza demonstrację, Paryż wrze, studenci protestują i zakładają Ruch 22 marca, w maju rozpęta się tu piekło. A w środku tego, w polskim konsulacie, wybitny poeta zaczyna nowy okres życia. I tak to jest: historia szaleje, lecz ludzie budują swoje życie niezależnie od wszystkiego. A pisarze muszą jeszcze kombinować, jak przenieść swoją sztukę przez te wszystkie burze – jedni schodząc na margines, inni wskakując w największy wir, bo wierzą, że w jego środku panuje spokój. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 21/2018
Więcej możesz przeczytać w 21/2018 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także