„Kler” rządzi!

„Kler” rządzi!

Plakat filmu "Kler"
Plakat filmu "Kler" / Źródło: mat. prasowe
Od lat nie było na gdyńskim festiwalu takiej owacji jak po projekcji filmu Wojciecha Smarzowskiego. Widzowie go docenili i dali sygnał, że mają już dość arogancji Kościoła.

Zimna wojna”, „Zabawa, zabawa”, „Fuga”, „Kamerdyner”, właśnie „Kler” i jeszcze kilka innych filmów – polskie kino nie jest w ruinie. Przeciwnie, staliśmy się pełnoprawnymi uczestnikami europejskiej dyskusji o współczesnych, niełatwych czasach. Wśród 16 filmów tegorocznego konkursu znalazły się propozycje, które triumfowały już na najważniejszych imprezach kulturalnych: wyróżniona berlińskim Srebrnym Niedźwiedziem „Twarz” Małgorzaty Szumowskiej, nagrodzona za reżyserię na festiwalu w Cannes „Zimna wojna” Pawła Pawlikowskiego, prezentowana w prestiżowym canneńskim Tygodniu Krytyki „Fuga” Agnieszki Smoczyńskiej. Stworzyliśmy profesjonalną kinematografię, w której dokonuje się zmiana pokoleniowa i krystalizuje nowy reżyserski panteon. Na kolana rzucają: poziom aktorstwa (niemal każdy, nawet słabszy film przynosi wybitne kreacje) i, oczywiście, nasze spécialité de la maison – praca operatorów. Przede wszystkim jednak dopiero w Gdyni widać było, z jak wielką wrażliwością filmowcy obserwują naszą rzeczywistość. Dotykają problemów, które bolą najbardziej. Rejestrują skazy naszej mentalności. Bo, jak mówiła mi Małgorzata Szumowska: „Dobrze być w Berlinie, Wenecji czy Cannes. Ale czasem trzeba grać na własnym podwórku”.

Bolączki współczesności

Reżyserzy to robią. Najważniejsze filmy tegorocznego konkursu układają się w remanent naszych grzechów głównych. Jest w nich strach i niepokój wywoływane przez niewyleczone choroby przeszłości: zaściankowość, brak rozdziału Kościoła od państwa, wszechobecna, wisząca w powietrzu przemoc, bierność wobec fali skrajnych nastrojów i nacjonalizmu. Wspólnym mianownikiem polskiego kina ostatniego roku stała się niezgoda na klaustrofobiczną atmosferę w kraju, która sprawia, że coraz trudniej oddychać swobodnie. Od lat chyba nie było w gdyńskim Teatrze Muzycznym takiej owacji jak po „Klerze”. Widzowie docenili pełen niuansów, ale i bardzo mocny film.

Ich oklaski stały się sygnałem, że mają już dość arogancji Kościoła rozdającego karty w dobie rządów prawicy. Wojciech Smarzowski pokazał go jak włoską mafię. Niezależną od państwa, wyjętą spod prawa strukturę, która czasem czyni dobro, opiekując się słabszymi, ale jednocześnie zbyt często nad wszystko inne przedkłada własne interesy. A siłą napędową, która gwarantuje instytucji niezależność i potęgę, pozostają, oczywiście, pieniądze. W Gdyni Wojciech Smarzowski został zasypany gradem pytań. „Nigdy nie byłem molestowany”, „Nie opowiadam tylko o pedofilii” – odpowiadał lakonicznie. Prawicowa prasa pisze już, oczywiście, o „ataku na Kościół”. W portrecie trzech księży reżyser formułuje akt oskarżenia hierarchów o pazerność, hipokryzję, pijaństwo. O tuszowanie skandali i zamiatanie problemów pod dywan. Ale w „Klerze” nic nie jest jednoznaczne. Sprawca przestępstwa okazuje się także ofiarą, która przekazuje traumę kolejnym pokoleniem. Właściwie wszyscy bohaterowie filmu próbują wyrwać się z klinczu i wznieść ponad patologiczny system. Ale on jest jak bagno. Każdy ruch sprawia, że wsiąka się mocniej. To bolesny zapis cierpienia. Świat „Kleru” nie istniałby, gdyby nie lata zaniedbań. Kolejne wybory wywołują dyskusje publicystów, kto zawiódł.

Społeczeństwo? Intelektualiści? Państwo? Małgorzata Szumowska w „Twarzy” odpowiada: po prostu ludzie z ich słabościami. Reżyserka opowiada o naszym stosunku do obcości. O nieumiejętności zrozumienia „innego”, dopóki nie wydarzy się coś, co nie pozostawi nam wyboru. W jej filmie chłopak z niewielkiej miejscowości jest nieodrodnym synem wspólnoty, którą łączą m.in. alkohol, nienawiść do Żydów, muzułmanów i gejów. Ale kiedy podczas budowy figury Jezusa Chrystusa ulega wypadkowi, sam staje się odmieńcem. Po przeszczepie twarzy, zdeformowany, po raz pierwszy spojrzy na swoje życie z boku. I na własnej skórze poczuje wszystko to, przed czym w kinie ostrzegają zarówno Smarzowski, jak i Szumowska. Choć też zmieni swoją wieś. Zbliży się do stojącej za nim murem siostry i wzbudzi jej wiarę, że inne życie jest możliwe.

Chora psychika

– Nie robiłam tego filmu z nienawiści – tłumaczy reżyserka. – Przeciwnie, nawet w satyrze chciałam zachować czułość i ciepło dla ludzi. Tyle że otoczenie łamie słabe osoby. Świat uniwersalnej, choć mocno zakorzenionej w realiach polskiego małego miasta, baśni Małgorzaty Szumowskiej odbija się też w „Fudze” Agnieszki Smoczyńskiej. Punktem wyjścia dla Gabrieli Muskały, autorki scenariusza i odtwórczyni głównej roli, stała się prawdziwa historia. Artystka obejrzała program, w którym szukano bliskich cierpiącej na fugę dysocjacyjną kobiety, która straciła pamięć i żyje w obcym miejscu, nie wiedząc, co ją tam zaprowadziło, i nie znając swojej tożsamości. Do telewizyjnego studia zadzwonił wtedy widz: „To żona mojego sąsiada”. Analogiczna sytuacja znalazła się w filmie. Bohaterka, odnaleziona przez rodzinę po długim czasie, wraca do domu. Ale też – jak bohater „Twarzy” – patrzy na swoje dawne życie z dystansu. Próbuje zrozumieć, co sprawiło, że jej psychika się wyłączyła. – Filmowa Kinga – komentuje reżyserka – założyła rodzinę, urodziła dziecko, niczego jej nie brakowało. Nie umiała sobie wytłumaczyć, dlaczego miałaby czuć się ze swoim życiem źle. „Fuga” jest filmem o kosztach naszego emocjonalnego zamknięcia. To rzeczywistość, w której nie mówi się o uczuciach i potrzebach. Gdzie z marszu przyjmuje się scenariusz na życie napisany przez tradycję i pcha ten wózek, wchodząc w małżeństwa, wychowując dzieci i milcząc przy kolacji.

– Poza miastem dominują tradycyjne wzorce, ugruntowane przez kulturę, religię – mówi Smoczyńska. – Rodzina jest w nich najwyższą wartością. A przecież, jeśli panują w niej toksyczne relacje, staje się więzieniem. Psychika kobiety z „Fugi” nie wytrzymała nagłej traumy i popadła w fugę dysocjacyjną. W „7 uczuciach”, jak zwykle u Marka Koterskiego, też wszystko pachnie nerwicą i kompulsjami. Desperackimi próbami ochronienia swojej psychiki przed agresywną rzeczywistością, próbami odnalezienia poczucia bezpieczeństwa w rutynie nawyków i rytuałów. Nawet samo robienie filmów staje się dla twórcy obsesją: – Myślę o różnych rzeczach, potem zaczyna mnie nurtować jeden temat, aż w pewnym momencie rozumiem, że mu się nie wymknę – tłumaczył na festiwalu. – Muszę się nim zająć, choć wiem, że to będzie droga krzyżowa. Scenariusz „7 uczuć” pisałem rok. Odłożyłem, zrobiłem „Baby są jakieś inne”, ale przywołał mnie z powrotem. Siadłem nad nim na kolejne dwa czy trzy lata. Powstał wyjątkowy film. Reżyser wrócił w nim do korzeni – do momentów, które wywołały jego rozedrganie i tkwią w nim jak drzazgi. Opowiedział o upokorzeniu, jakim bywa dzieciństwo. Kiedy wciąż nie rozumie się otaczającego świata, ale już zaraża się jego agresją, niespełnieniami i bólem. Koterski bada zranioną psychikę, ale też, jak zawsze, bez taryfy ulgowej rozbiera na czynniki pierwsze polskość. Te wszystkie „imieniny u ciotki”, które zmieniają się w celebrację prymitywizmu i przaśnych dowcipów przy „ajerkoniaczku”. Stają się spektaklem zwietrzałej wizji męskości, toksycznych relacji i ignorancji.

Bez wyjścia

Nerwice u Koterskiego, fuga dysocjacyjna u Smoczyńskiej. Inną strategię radzenia (czy nieradzenia) sobie ze światem przyjmują trzy bohaterki filmu Kingi Dębskiej „Zabawa, zabawa”. To współczesny „Żółty szalik” w wydaniu kobiecym. Studentka pracująca w korporacji nie wytrzymuje presji. Musi odreagować, znaleźć wytchnienie w wersji instant. Pije wino, zatraca się w imprezach. Ceniona prokuratorka, żona posła przestaje panować nad liczbą kieliszków, po które sięga na rautach. Razem z partnerem próbuje zatuszować swoje pijackie wybryki. Zasłużona profesor pediatrii i ordynatorka szpitalnego oddziału idzie w cug. Otoczenie przymyka oko.

„Lekarze mają ciężki zawód, to piją” – mówi tu policjant, a współpracownicy lekarki zastanawiają się tylko „jak forma szefowej”. Ale ta kiepska forma może kosztować czyjeś zdrowie lub nawet życie, gdy lekarka staje nietrzeźwa przy stole operacyjnym. Kinga Dębska portretuje „dobrze funkcjonujące” alkoholiczki w chwili, gdy przestają dobrze funkcjonować. Kiedy kroplówka z rana przestaje wystarczać, żeby zachowywać pozory, gdy picie ma coraz poważniejsze konsekwencje. Gdy rozpadają się ich kariery, związki, plany na przyszłość. Reżyserzy przypominają, że pielęgnowanie tych wszystkich bolączek ma swoją cenę. O tej cenie opowiada też Andrzej Jakimowski w pisanym przerażeniem rzeczywistością „Pewnego razu w listopadzie”. To najbardziej niedoceniony film ostatniego roku. Historia bezdomnej inteligentki, której mieszkanie odebrał handlarz roszczeń. Nauczycielka ze swoimi humanistycznymi wartościami nie pasuje do nowej rzeczywistości. Film wieńczy wspaniała, mocna dokumentalna sekwencja zmontowana z materiałów kilku operatorów. Faszyści i kibole atakują warszawski squat. Po prawie 30 latach nauki demokracji nastały nowe czasy. Do głosu doszła brutalna siła.

Spojrzenie wstecz

A przecież jest jeszcze „Zimna wojna” Pawła Pawlikowskiego. Czarno-biały film, który rozgrywa się na przełomie lat 50. i 60., ale wszystko w nim pachnie współczesnością. Emocje, nadzieje bohaterów, emigracyjne losy. Polityka wdzierająca się w życie. Wreszcie postać partyjnego kacyka, „miernego, ale wiernego”, który jest śmieszny, póki nie staje się straszny. „Zimna wojna” wpisała się także w inny nurt festiwalu. Intymnych rozliczeń z przeszłością. W pięknym filmie „Jak pies z kotem” Janusz Kondratiuk opowiedział o opiece nad bratem po udarze. O łapaniu chwil, w których wraca jego świadomość, i o bólu, gdy znów odpływa we własną rzeczywistość. O bliskości, która mimo długiej rozłąki pozostaje ważna. Jan Jakub Kolski zaś powrócił do niezrealizowanego marzenia własnej babci, która chciała godnie pochować swojego syna – żołnierza wyklętego. To podróż do historii rodziny reżysera, ale i powojenny rozdział polskiej historii. Ideowa zawierucha lat 40. i mieszanka postaw wobec rzeczywistości. Bo jak mówi niemiecki arystokrata w „Kamerdynerze” Filipa Bajona: „Pamiętaj, że to są Polacy. Cała ich historia to fantazje i burdy”. Kino coraz częściej składa hołd narodom i grupom etnicznym, których historia potraktowała okrutnie. Amerykanie swoim rdzennym mieszkańcom, Australijczycy Aborygenom, Rosjanie Kabardyjczykom. A w Polsce Krzysztof Krauze i Joanna Kos-Krauze w „Papuszy” – Romom, Wojciech Smarzowski w „Róży” – Mazurom. W „Kamerdynerze” Filip Bajon w epickim, rozgrywającym się na przestrzeni 40 lat fresku historycznym przywraca pamięć bolesnym losom Kaszubów.

A postscriptum, najbardziej osobny rozdział festiwalu, dopisał Bartosz Konopka. Jego „Krew Boga” rozgrywa się w bliżej nieokreślonym, jakby wyjętym z legend albo wręcz kina fantasy średniowieczu. Dwóch misjonarzy trafia tu w odległe od cywilizacji góry zamieszkane przez tubylcze plemię. Pragną chrystianizować ludzi, wyrywając ich z własnego świata, narzucając własny język, ograbiając z naturalnego odbioru świata. Konopka nawiązuje tu do stylu Nicolasa Windinga Refna z „Valhalli. Mrocznego wojownika”. Ale proponuje głębszą opowieść. O wierze, ale też o spotkaniu kultur. Ich naturalnym mieszaniu się, ale i zderzeniu, wręcz starciu. O przemocy, jaka się rodzi, gdy ktoś czuje, że jego tożsamość, świat, wartości są nadrzędne wobec przekonań innych. I trudno również tej średniowiecznej matrycy mądrej legendy Konopki nie przyłożyć do współczesności. Jednak w tym gorzkim obrazie rzeczywistości jest także miejsce na nadzieję. Bo przecież bez niej te filmy by nie powstały. Niezależnie, czy artyści szukają wzorców w przeszłości, czy tworzą ostrą wiwisekcję dzisiejszej Polski, zawsze stają w obronie skrzywdzonych bohaterów i znajdują w nich czyste emocje, które chcą ocalić. Właśnie dlatego zmuszają widzów do konfrontacji z brudem rzeczywistości. Może to bolesny proces. Ale przecież konieczny, żeby zrobić krok naprzód. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

WIĘCEJ O „KAMERDYNERZE” NA S. 138.

Okładka tygodnika WPROST: 39/2018
Więcej możesz przeczytać w 39/2018 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0