Koniec Samoobrony

Koniec Samoobrony

Partię Andrzeja Leppera czeka po wyborach masowy odpływ działaczy
Panie Andrzeju, stoję pod drzwiami, naciskam domofon numer pięć i nikt mnie nie chce wpuścić!" – w ten sposób na pocztę głosową Andrzeja Leppera nagrał się były premier Józef Oleksy. Nagranie wykradli współpracownicy szefa Samoobrony i rozsyłają je e-mailem, śmiejąc się do rozpuku.

Autorytet na bruku
Z nagrań na poczcie głosowej wynika, że znajomymi Leppera – oprócz Oleksego – są m.in. Andrzej Kalwas, minister sprawiedliwości w rządzie Marka Belki (są z Lepperem na „ty"), i prof. Antoni Jarosz, rektor Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Jarosławiu (spędził prawie rok w areszcie pod zarzutem korupcji). To, że bliscy współpracownicy dworują sobie ze swego dawnego guru, jest bardziej znaczące niż informacje o jego wątpliwych znajomościach. Ten elementarny brak dyscypliny wśród członków partii świadczy o tym, że Samoobrona pęka. Upokarzające wyrzucenie z rządu, posądzenia o korupcyjne kontakty z biznesmenami, w końcu seksafera – wszystko to powoduje, że niekwestionowany do niedawna autorytet Leppera jest w Samoobronie niemal zerowy.
Milczące dotychczas otoczenie byłego wicepremiera zaczyna ujawniać coraz bardziej kompromitujące fakty z życia partii i jej szefa. – Wielu członków Samoobrony to ludzie o kontrowersyjnych życiorysach. Wiedzieli, że jeśli chcą zrobić karierę polityczną, to tu będzie im najłatwiej. Godzili się więc na zagrywki Leppera – uważa prof. Edmund Wnuk-‑Lipiński, socjolog. – Od jakiegoś czasu trwają jednak w partii ruchy odśrodkowe i pytanie tylko, kiedy osiągną masę krytyczną – dodaje prof. Wnuk-Lipiński.

Poborca Maksymiuk
Czy masą krytyczną okaże się rozbudowany do niebotycznych rozmiarów, a starannie do tej pory ukrywany system kupowania miejsc na listach wyborczych? Jak ustalił „Wprost", w trakcie tegorocznej kampanii wyborczej w każdym okręgu kandydaci musieli uzbierać i wpłacić na konto Samoobrony w sumie 50 tys. zł. Dotarliśmy do listu z 17 września podpisanego przez wiceszefa Samoobrony Janusza Maksymiuka, w którym do dodatkowych opłat zobowiązuje on pragnących ubiegać się o reelekcję posłów. „Stosownie do wcześniejszych ustaleń podtrzymana zostaje zasada, że warunkiem umieszczenia na liście wyborczej (…) jest dokonanie wpłaty w wysokości 14 tys. zł na konto funduszu wyborczego oraz 14 tys. zł na konto partii" − czytamy w piśmie. W rozmowie z „Wprost” Janusz Maksymiuk potwierdza, że taki list wysłał. - Wpłaty mają jednak charakter dobrowolny - broni się Maksymiuk.
Inaczej twierdzą działacze, którzy przypominają, że różnej wysokości opłaty wymagane były przy okazji wcześniejszych wyborów. Za umieszczenie swojego nazwiska na pierwszym miejscu listy kierownictwo partii miało żądać nawet 100 tys. zł. Wpłaty tak wysokiej sumy na konto partii zabrania prawo, więc na kandydata składały się całe rodziny. – To nic innego jak wielkie oszustwo. W poprzedniej kampanii ludzie wpłacali pieniądze, a nawet nie znaleźli się na listach. Potem po kilkanaście razy dopominali się zwrotu – mówi posłanka Maria Zbyrowska, do niedawna szefowa podkarpackich struktur partii, która ostatnio poparła PSL.

Zrzutka na Filipka
Zbuntowani przeciw Lepperowi działacze twierdzą, że wespół z nieformalnym skarbnikiem partii Januszem Maksymiukiem przewodniczący do perfekcji opanował umiejętność zmuszania działaczy do nieregulaminowych opłat. Na kampanię parlamentarną w 2005 r. część kandydatów musiała wyłożyć dodatkowy tysiąc złotych. Kierownictwo partii zobowiązało ich bowiem do zakupu stu egzemplarzy, każdy w cenie 10 zł, jednego z numerów pisma „Forum Psychologiczne", w którym znajdował się obszerny artykuł poświęcony Andrzejowi Lepperowi. To nie pierwszy wypadek obowiązkowego upowszechniania wśród członków Samoobrony poprawnych z punktu widzenia przewodniczącego publikacji. W 2002 r. nałożono na działaczy obowiązek zakupu kilku książek, m.in. „Każdy kij ma dwa końce" autorstwa Andrzeja Leppera i „Atlasu drogowego Samoobrony”. Z racji posiadania legitymacji partyjnej nie przysługiwały im żadne upusty. Za wart 80 zł atlas posłowie płacili nawet 300 zł. – Lepper kazał nam wpuszczać sobie atlasy w koszty prowadzenia biura. Do dziś gdzieś te książki się walają – mówi były poseł Samoobrony Józef Cepil.
Największe koszty ponosili ci działacze, którym udało się dostać do parlamentu. − Musieliśmy wpłacać co miesiąc od 800 do 1000 zł – twierdzi Maria Zbyrowska. Gdy Samoobrona wstąpiła do koalicji, przed działaczami otworzyły się perspektywy objęcia stanowisk w agencjach rządowych i inisterstwach. Za to jednak też trzeba było płacić: większą sumę na wstępie, a potem każdego miesiąca od 5 do 10 proc. pensji. − Lepper z Maksymiukiem przekształcili Samoobronę w swój prywatny folwark. Wiadomo, że konto partii, funduszu wyborczego i związku zawodowego to jedna kasa, na której obaj trzymają łapę − mówi „Wprost" były poseł Samoobrony Alfred Budner. Jego zdaniem, najbardziej żenujące były ciągle przeprowadzane wśród posłów składki. − A to na imieniny dla wodza, a to na „życiowy start" dla wiceprzewodniczącego Krzysztofa Filipka, który się powtórnie ożenił. Jak ktoś nie dał dwóch czy pięciu stów, to się krzywo patrzyli − opowiada Budner.
Zasilana ciągłymi wpłatami Samoobrona wcale jednak nie wydawała pieniędzy. Wręcz przeciwnie – kierownictwo partii wciąż szukało oszczędności. Ocierało się przy tym o absurd. Posłowie ze zgrozą wspominają, jak to dostali kiedyś polecenie organizowania w całym kraju badań ankietowych. Kazano im wysłać pracowników biur poselskich w teren, by ci, chodząc od drzwi do drzwi, wypytywali ludzi o poparcie dla partii. Mieli przedstawiać się jako ankieterzy nieistniejącego w rzeczywistości Centrum Analiz Wyborczych. Potwierdza to Józef Cepil. Po przeprowadzeniu ankiet karty w zamkniętych urnach trafiały do centrali w Warszawie. Andrzej Lepper przedstawiał później wyniki jako dane niezależnej pracowni badania opinii publicznej.

Spadochroniarze niezgody
Desperację członków Samoobrony wzbudził sposób układania list wyborczych. W wielu okręgach na pierwszych miejscach wylądowali „spadochroniarze" dotychczas nie związani z formacją: w Warszawie były lider Polskiej Partii Socjalistycznej Piotr Ikonowicz, w Łodzi były premier Leszek Miller, w Rzeszowie szef Narodowego Kongresu Polski Zygmunt Wrzodak. Ten ostatni przeforsował w całej Polsce kandydatury swoich ludzi, a w stolicy Podkarpacia dostał nawet przywilej układania listy. − To było dla nas, zasłużonych działaczy, jak policzek − mówi posłanka Maria Zbyrowska. − Po ostatnich decyzjach Leppera Samoobrony na Podkarpaciu praktycznie już nie ma. Całe struktury powiatowe masowo występują z partii − dodaje Zbyrowska. Do mniej lub bardziej ostrego sprzeciwu dochodzi też w innych regionach. − Działacze zepchnięci na dalsze miejsca na listach wyborczych organizują tzw. strajk włoski, czyli celowo nie angażują się w kampanię − twierdzi były europoseł Samoobrony Ryszard Czarnecki.
Zdaniem posłów Samoobrony, z którymi rozmawialiśmy, po spodziewanej klęsce w wyborach parlamentarnych w partii może dojść do otwartego buntu. Przy Lepperze zostanie tylko najwierniejsza gwardia: Renata Beger, Krzysztof Sikora, Danuta Hojarska, Krzysztof Filipek i Genowefa Wiśniowska. − Posłowie z tzw. rodziny Leppera raczej się nie zbuntują − uważa Alfred Budner. − Od dłuższego czasu Maksymiuk zajmował się głównie zbieraniem na nich haków. Boją się, że on ich wszystkich ponagrywał − dodaje Budner.
Po wyborach Lepper musi się liczyć z rozpadem lokalnych struktur i masowym opuszczeniem partii przez byłych drugoplanowych posłów, którzy będą mieli w perspektywie zbliżające się wybory do parlamentu europejskiego i samorządowe. 
Okładka tygodnika WPROST: 41/2007
Więcej możesz przeczytać w 41/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także