Jak twierdzą posłowie Lewicy, jedną z cech obecnej minister pracy, która mocno działa na premiera, jest jej styl zarządzania. Zwrócili uwagę na towarzyszących jej 7 osób z resortu podczas ostatniej debaty sejmowej odnośnie Państwowej Inspekcji Pracy.
Dziemianowicz-Bąk budzi emocje. Z Tuskiem się nie dogaduje?
— Ona to uwielbia. To ją chyba kręci najmocniej — komentował jeden z ministrów. — Idzie po schodach kancelarii premiera, a obok troje asystentów: jeden dźwiga segregatory, drugi niesie teczkę Agnieszki, a trzeci podtyka dokumenty do podpisania. Wtedy ona naprawdę czuje, że jest ministrem. Sam widziałem, jak Tuska zamurowało, kiedy to zobaczył – wspominał.
Z materiału „Newsweeka” dowiadujemy się, że nawet w samej Lewicy Dziemianowicz-Bąk nie u wszystkich cieszy się sympatią. „Wkur***ca prymuska” – pada w tekście z ust jednego z polityków. — Ale to prawda! — broniła koleżanki Katarzyna Kotula. — Potrafi po godzinnej dyskusji wyciągnąć z teczki gotowy projekt, który odpowiada na wątpliwości, jakie wysuwaliśmy. Po prostu przewiduje, co może się wydarzyć — wyjaśniała.
— Wiem, że to dla wielu może być trudne, ale Agnieszka ma plan. Kompletnie nie interesuje jej władza dla władzy czy prestiżu. Chce po sobie coś zostawić i dlatego tak ciśnie — tłumaczyła. „Jesteś tak samo wkur***ca jak ja” – miał stwierdzić Donald Tusk, po długiej dyskusji ze swoją minister. Szefowi rządu miało nie podobać się m.in. to, że Dziemianowicz-Bąk zabierała głos na każdy temat na posiedzeniach rządu, nie tylko w sprawach swojego resortu.
– Tusk wielokrotnie pytał Czarzastego: „Jak ty z nią wytrzymujesz”, ale jakimś cudem sam też wytrzymuje – komentował polityk lewicy. Momentami pozycja minister pracy bywała jednak zagrożona. — Totalnie przegięła, przynosząc do Tuska turbolewicowy projekt i jeszcze go postraszyła, że jak stracimy 11 mld z KPO, to będzie jego wina i odpowiedzialność. Tak się nie da rozmawiać – oceniała jedna z osób z jej partii.
Minister pracy zależy na wzmocnieniu PIP
Jak swój upór w sprawie Państwowej Inspekcji Pracy tłumaczy sama minister? — Pracowałam na studiach w barze, w pizzerii. Zawsze na śmieciówkach, a kiedy już podpisałam pierwszą umowę o pracę, to nie dostałam pensji i skończyło się to w sądzie. A jak poszłam do inspektora pracy, to mi poradził wziąć prawnika i ostatnie oszczędności wydałam na mecenasa. Doskonale wiem, w jakiej sytuacji są młodzi ludzie wykorzystywani przez rynek pracy – mówiła.
— To doświadczenie było bardzo trudne, bo jestem lewicowym ministrem pracy w liberalnym rządzie. To nie jest obelga, tylko opis. Największa partia koalicji to liberałowie, w drugiej są chadecy, kolejna to coś pomiędzy liberałami a chadecją. A ja mam resort w środku tego klasowego sporu. Przyjęłam więc założenie, które czasem kosztuje mnie sporo emocji, że jak się walczy, to się przegrywa czasami, ale jak się nie walczy, to się przegrywa zawsze – dodawała.
Czytaj też:
Jan Maria Jackowski: Prezydent może podjąć decyzję, która wszystkich zaskoczyCzytaj też:
Bezrobocie w Polsce rośnie. Ministra wskazała przyczyny
