Michał Śmielak: Zło nie bierze się znikąd. Najczęściej krzywdzą nas ludzie z najbliższego otoczenia
Artykuł sponsorowany

Michał Śmielak: Zło nie bierze się znikąd. Najczęściej krzywdzą nas ludzie z najbliższego otoczenia

„Czarne Morze” Michał Śmielak
„Czarne Morze” Michał Śmielak Źródło: Wydawnictwo Czarna Owca
Kryminał od lat najbardziej przyciąga czytelników, pokazując nie „potwory”, lecz zwykłych ludzi i ich codzienność. To właśnie w zwyczajności, relacjach i pozornie uporządkowanym życiu kryje się największy niepokój. O tym, gdzie rodzi się zło i dlaczego tak często jest bliżej, niż chcemy przyznać, rozmawiamy z Michałem Śmielakiem. Bestsellerowy autor wraca z nową powieścią „Czarne Morze”, której akcja rozgrywa się w Zagłębiu, gdzie grasuje seryjny morderca. Z okazji premiery z sandomierskim pisarzem rozmawiamy o źródłach zła i fascynacji zbrodnią.

Od lat niezmiennie kryminały cieszą się wśród czytelników największą popularnością. Co Twoim zdaniem sprawia, że wciąż tak bardzo potrzebujemy historii o zbrodni?

Mamy to w genach. Już jako dzieci uwielbiamy słuchać tych najstraszniejszych opowieści. Gdy byłem dzieckiem, telewizor w domu był luksusem, więc chodziłem za dziadkiem i babcią, zamęczając ich prośbami o historie o duchach. Tych z sąsiedztwa. Bałem się po nich, chowałem pod kołdrą, idąc do szkoły, spoglądałem ze strachem na ogród, w którym powiesił się sąsiad, ale wciąż chciałem tego słuchać. Te opowieści są dla nas, jako ludzi, ważne, bo uczymy się zagrożeń, przestrzegamy się nawzajem przed sytuacjami, w których możemy stracić życie. Dziś rolę dziadków snujących powieści przy ciepłym piecu przejęli pisarze.

Przyzwyczaiłeś czytelników, że tworzysz mocne, trzymające w napięciu historie. Skąd czerpiesz pomysły do swoich powieści? Ile prawdziwych historii trzeba „przefiltrować”, żeby powstał wiarygodny kryminał?

Sam nie wiem, jak bardzo prawdziwe historie wpływają na moje książki. Myślę, że najwięcej czerpię z tego, jak dana zbrodnia działa na społeczność, na ten element zagrożenia, strachu, zaskoczenia, czyli to słynne „to taki dobry chłopak był”. Sam mieszkam w małej społeczności i wiem, w jaki sposób zbrodnia rezonuje, co zmienia w naszym poczuciu bezpieczeństwa. Uwielbiam to odmieniać przez wszystkie przypadki i chyba właśnie te emocje pożyczam z prawdziwych zbrodni.

Co do pomysłów, to widzę w tym ten element mistycyzmu w procesie twórczym. Czasem po prostu z pozoru błaha, codzienna sytuacja wyzwoli coś, co zamienia się w pomysł na książkę. Jednak nie mogę tutaj nie wspomnieć o fakcie, że pisanie to obecnie moje zajęcie i już na wszystko patrzę przez pryzmat autora powieści. Gdy dochodzi do sytuacji, która jest dla mnie niekomfortowa, przykładowo badania lekarskie, to powtarzam sobie: „Michał, traktuj to jako research, może przydać się w książce”. Ostatnio zgłaszałem na policji fakt uszkodzenia mojego samochodu przez nieznanego sprawcę i zadałem policjantce tyle pytań o jej pracę, że w końcu musiałem się przyznać, że piszę książki i po prostu ciekawi mnie nawet wygląd pomieszczenia, w którym przyjmuje zgłoszenie.

Jak wygląda „pierwszy impuls” do rozpoczęcia pracy nad książką?

Świadomość, że jestem gotowy dowieźć projekt do końca. Pomysłów mam wiele, gdy tylko wpadnie mi jakiś do głowy, natychmiast siadam do komputera i piszę pierwszy rozdział, albo chociaż wstęp, żeby zachować emocje, które temu momentowi towarzyszą. Takich pomysłów mam (właśnie policzyłem) dokładnie trzydzieści siedem. Ile z nich przerodzi się w pełnoprawne powieści? Podejrzewam, że zaledwie kilka. Ten „pierwszy impuls”, o który pytasz, to właśnie myśl, że mam już nie tylko pomysł na samą książkę, ale też koncepcję na kompletną historię, miejsce akcji, bohaterów, finał, tło społeczne i takie ogólne przekonanie, o czym ja właściwie chcę opowiedzieć. Wtedy siadam do pisania. Ale bywa, że w połowie książka wraca do lodówki, bo nie mam przekonania, że mnie satysfakcjonuje. Bywa też, że w trakcie pisania inny pomysł „wybuchnie” i muszę do niego usiąść. Nigdy nie lekceważę takiego momentu, bo jest chyba najprzyjemniejszy w całym procesie tworzenia.

Czym w Twoich powieściach jest zło: czy bierze się z zewnątrz, czy raczej jest czymś, co rodzi się w zwykłych, codziennych decyzjach?

Zło nigdy nie bierze się z powietrza. To zawsze jest ciąg pewnych decyzji, niestety często podjętych przez innych ludzi, chociażby rodziców. Historie seryjnych morderców pokazują, że stają się potworami, a nie rodzą nimi. Mnie jednak najbardziej porusza to zło z sąsiedztwa, zza płotu, często z sąsiedniego pokoju. Statystycznie, jeśli ma nas ktoś zabić, to najpewniej będzie to ktoś z naszego otoczenia, z dużą dozą prawdopodobieństwa współmałżonek. Ktoś, kto nas kochał, przyrzekał wierność, miłość i że nie opuści nas aż do śmierci. Do czego musiało dojść po drodze, że potraktował koniec tej przysięgi w taki sposób i dlaczego po prostu nie wniósł o rozwód? To jest zło bliskie, ocieramy się o nie każdego dnia i o nim najbardziej lubię opowiadać.

Twoje książki często mają bardzo wyraziste, mroczne miejsca akcji. Nie inaczej jest w przypadku Zagłębia z powieści „Czarne Morze” – naznaczonego przemysłową przeszłością i surowym krajobrazem. Jak ważne jest dla Ciebie miejsce w budowaniu napięcia?

Miejsce akcji definiuje opowieść. Dla mnie wchodzi w skład takiej trójki, bez której nie zasiadam do pisania nowej książki: dobry bohater, ten zły, miejsce akcji. Ten ostatni punkt ma chyba największy wpływ, bo na co innego można pozwolić sobie w Bieszczadach, a znowuż inaczej opowiemy historię z Sosnowca. W przypadku „Czarnego Morza” zacząłem właśnie od lokalizacji i tego złego, który będzie wykorzystywał chociażby opuszczone biedaszyby, a dopiero na końcu pojawił się komisarz Paweł Hardy. To musiał być nowy bohater, bo żaden z poprzednich nie pasował mi do tej historii.

Gdy planowałem książkę z Sosnowcem w roli głównej, to od razu widziałem właśnie deszczową opowieść, brudną od błota, szarą. Celowo umieściłem wydarzenia w pięknej części tego miasta, zielonej, rekreacyjnej wręcz, aby stanąć w kontrze do wizerunku Zagłębia jako bardzo przemysłowego, takiego górniczego regionu.

W Twoich książkach często pojawiają się małe społeczności lub zamknięte środowiska. Czy Twoim zdaniem w takich przestrzeniach łatwiej pokazać „prawdziwą naturę” ludzi?

Robię to, bo żyję w takiej społeczności. Sandomierz to małe miasto, ma niespełna dwadzieścia tysięcy mieszkańców. Wszyscy się tu znamy, spotykamy podczas codziennej rutyny, kończyliśmy te same szkoły, chodziliśmy do tych samych knajp na piwo. Postępuję zgodnie z zasadą, że pisarz powinien pisać o tym, na czym się zna i umieszczać akcję w miejscach, które są mu bliskie. Co za tym idzie, mnie samemu łatwiej to wszystko opisać tak, aby było wiarygodne dla Czytelnika.

Zdradź nam kulisy pracy nad książką. Masz wszystko zaplanowane od A do Z, czy zdarza się, że historia zaczyna żyć własnym rytmem i nie zawsze chce iść w kierunku, który pierwotnie dla niej wymyśliłeś?

Nigdy nie piszę zgodnie z planem. Mam pomysł na początek, wiem, o czym chcę opowiedzieć, zazwyczaj mam przemyślany finał, jednak pozwalam historii biec własnym torem. Bywa, że pojawiają się nowi bohaterowie, czasem zmieniam zakończenie, akcja zaskakuje mnie samego. W poprzedniej książce postanowiłem opisać jakieś wydarzenie z przeszłości z zamysłem, że poświęcę na to góra trzy strony, a wyszła z tego połowa historii. Czasem czuję się, jakby to bohaterowie opowiadali mi to, co się wydarzyło, a ja sam dobrze się przy tym bawię. Zresztą, uważam, że jeśli ja mam radość z pisania, to Czytelnik ma z czytania i czuje, że autor dobrze się przy tym wszystkim bawił.

Jakie emocje chciałbyś zostawić u czytelnika po skończonej lekturze „Czarnego Morza”?

Same pozytywne. Po pierwsze chciałbym, aby Czytelnik postanowił odwiedzić miejsca, które opisałem. Zachęcam, aby zapakować do samochodu rower, zaparkować w Sosnowcu przy Parku Kuronia i ruszyć szlakiem rowerowym Czarnego Morza. Nie zawiedziecie się.

Po drugie marzy mi się, aby po przewróceniu ostatniej strony Czytelnik miał uśmiech na twarzy i poczucie, że dobrze spędził czas, chciał sięgnąć po moją kolejną książkę, poznać dalsze losy komisarza Pawła Hardego.

Na samym końcu chciałbym, aby zadał sobie pytanie, czy on sam postąpiłby tak, jak bohaterowie w końcowych scenach. Czy to akceptuje?

Wiemy, że pracujesz nad kontynuacją „Czarnego Morza”. W kolejnej części spodziewamy się powrotu komisarza Hardego. Kogo jeszcze ponownie zobaczymy?

Zanim nie postawię ostatniego słowa w książce, to nie pisnę ani słowa. Zasiadłem do pisania z pewnym pomysłem, ale bywa tak, że sama historia toczy się zupełnie innymi torami, niż sobie założyłem. Jedno jest pewne: Hardy ponownie zmierzy się z kimś, kogo nie chcielibyśmy spotkać na swojej drodze, ale tak naprawdę największym wyzwaniem będzie dla niego własny system wartości i to, czy podjął właściwe decyzje.

Książka „Czarne Morze” Michała Śmielaka jest już dostępna w księgarniach.

Źródło: Wydawnictwo Czarna Owca