W poszukiwaniu dobrych Niemców

W poszukiwaniu dobrych Niemców

Nazistom czynnie przeciwstawiało się nie 5 proc., jak do tej pory sądzono, ale 10-20 proc. sudeckich Niemców
Volkmara Gaberta spotkałem osiem lat temu. Na przedmieściach Monachium wiódł żywot emeryta. – Do wypędzeń doprowadziła wojna. To była tragedia i dla nas, Niemców sudeckich, i dla Czech – twierdził. Mówiąc o ziemiach czeskich, używał określenia Böhmen, a unikał mającej pogardliwy wydźwięk nazwy Tschechei. – Wysiedlenia zawsze przynoszą ból i problemy – dodawał. Gabert swych przyjaciół Czechów zwykł pozdrawiać w ich języku („Jak se máš?"), a hymn Czechosłowacji potrafił śpiewać z czeskim i niemieckim tekstem.
Böhmen było krajem, w którym przez tysiąc lat żyli obok siebie Niemcy i Czesi, Tschechei zaś tym, czym Böhmen się stało, gdy Czesi wypędzili Niemców. Volkmar Gabert, przez lata przewodniczący bawarskiej SPD, to jedna z osób niemieckiego pochodzenia, które po 1945 r. mogły uniknąć wypędzenia z Czechosłowacji. Wina zbiorowa
Przed II wojną światową Gabert należał do złożonej głównie z socjaldemokratów i komunistów grupy Niemców sudeckich, którzy przeciwstawili się Hitlerowi. We wrześniu 1938 r., po podpisaniu układu monachijskiego, na mocy którego Czechosłowacja musiała odstąpić Trzeciej Rzeszy pogranicze w Sudetach, Gabert, podobnie jak dziesiątki tysięcy innych osób, uciekł w głąb Czech. W marcu 1939 r., gdy hitlerowcy okupowali już pozostałą część ziem czeskich, wyjechał ostatnim pociągiem do Polski, później wyemigrował do Wielkiej Brytanii.
W Londynie działał jako łącznik szefa sudecko-niemieckich socjaldemokratów Wenzela Jakscha i czechosłowackiego prezydenta Edvarda Beneša. Po wojnie osiedlił się w Bawarii, gdzie jako szef opozycji dosłużył się funkcji wicemarszałka lokalnego parlamentu, potem zasiadał w europarlamencie. Po 1989 r. pomagał Czechom zakładać w Pradze Czeską Partię Socjaldemokratyczną, udzielał się też na czesko-niemieckich forach. Dążył do tego, by wygnani Niemcy sudeccy zaprzestali wnoszenia roszczeń wobec Czechów i by oba narody się pogodziły. Gabert zmarł pięć lat temu, nie otrzymawszy od czeskich władz żadnego odznaczenia.

Wygnani bohaterowie
W połowie września 2008 r. w Ústí nad Łabą na północy Czech, mieście, które kiedyś było jednym z największych skupisk Niemców sudeckich, odbyła się czesko--niemiecka konferencja. Uczestniczyło w niej trzech czeskich ministrów, z szefem dyplomacji Karelem Schwarzenbergiem na czele. Stronę niemiecką reprezentowali wiceprzewodnicząca Bundestagu Susanne Kastner i szef saksońskiego rządu Stanislaw Tillich. Spotkanie zorganizowano w związku z publikacją przygotowaną przez czeskich historyków, którzy zbadali, jaki odsetek Niemców sudeckich stanowili przeciwnicy Hitlera. Dla Czechów, którzy wszystkich byłych niemieckich mieszkańców Sudetów uważają za zwolenników nazizmu, wyniki badań oznaczają konieczność pisania podręczników historii na nowo. – Nazistom czynnie przeciwstawiało się nie 5 proc., jak sądzono, ale 10-20 proc. Niemców sudeckich – ogłosiła czesko-niemiecka historyczka Alena Wagnerová.
Dekrety prezydenta Edvarda Beneša, które po 1945 r. pozbawiły Niemców sudeckich majątku, obywatelstwa i praw obywatelskich, miały nie obejmować osób nieposłusznych Hitlerowi. Stało się inaczej. „Wśród wygnanych znajdowały się tysiące bohaterów ruchu oporu" – stwierdził internetowy dziennik Aktuálně.cz. Władze Czechosłowacji pod koniec wojny zapowiedziały, że na pograniczu sudeckim pozostawią 200 tys. Niemców, których „wyciągną” z listy trzech milionów osób wskazanych do wysiedlenia. W maju 1945 r., zgodnie z dekretami Beneša, praw zostali pozbawieni także niemieccy antyfaszyści – rząd odebrał im emerytury i skonfiskował ich oszczędności bankowe jako majątek nieprzyjaciela. „Państwo przyznało im wprawdzie pewne przywileje, ale w rzeczywistości nie można ich było wyegzekwować” – zauważył czeski historyk Michal Šimůnek.

Niemieckie piętno
Po 1945 r. Czesi postępowali z Niemcami tak, jak naziści postępowali z Żydami. Osoby niemieckiego pochodzenia musiały nosić oznaczenia wskazujące na ich narodowość, wielu zamykano w obozach internowania (m.in. w Terezínie, gdzie w czasie wojny mieściło się znane getto). Do 1947 r. Niemców wykorzystywano do prac przymusowych, mieli zakaz poruszania się środkami komunikacji publicznej i odwiedzania obiektów kulturalnych. Większość tych ograniczeń dotyczyła także sudecko-niemieckich antyfaszystów. Również im czeskie urzędy dawały do zrozumienia, że powinni opuścić Czechosłowację. Przywileje polegały np. na tym, że wyjeżdżając, mogli zabrać 120 kg bagażu, a nie 50 kg, jak w przypadku innych wysiedleńców. Więzionym członkom antynazistowskich organizacji pozwalano nawet sprzedać nieruchomości, podczas gdy pozostałym osobom niemieckiego pochodzenia majątek konfiskowano bez odszkodowań.
W powojennej Czechosłowacji, gdzie bycie Niemcem oznaczało piętno, większość sudecko-niemieckich antyhitlerowców wyjechała za granicę. Z „uznanych" przez czeskie urzędy antyfaszystów do Bawarii wyemigrowało około 70 tys. osób, do byłej NRD – 50 tys. osób. W Czechosłowacji zostało pięć tysięcy niemieckich przeciwników nazizmu. W ten sposób z 200 tys. osób niemieckiego pochodzenia, które uniknęły wysiedlenia z Czech, „dobrzy Niemcy” stanowili ułamek. Reszta rekrutowała się z małżeństw mieszanych i fachowców, którym ze względu na utrzymanie płynności pracy w przedsiębiorstwach urzędy zakazały emigracji. Dziś w Czechach mieszka jedynie 41 tys. Niemców i ich liczba wciąż maleje.

Wspólna przeszłość
Im słabiej słychać roszczenia sudecko-niemieckich wysiedleńców, tym bardziej Czesi interesują się ukrywaną przez dziesiątki lat niemiecką przeszłością swych regionów. Trzy miliony Czechów mieszka dziś „w domach po Niemcach" – na ziemiach, których charakter przez wieki kształtowali ich współmieszkańcy. W szkole o czesko-sudecko-niemieckich związkach Czesi dowiadują się w kontekście wydarzeń 1918 r. (Niemcy sprzeciwili się włączeniu Sudetów do Czechosłowacji), 1938 r. (Hitler wykorzystał niemieckich mieszkańców Czech do podpisania układu monachijskiego), okupacji Czechosłowacji czy 1945 r., gdy Niemcy sudeccy zostali wypędzeni z czeskich ziem.
Do zmiany stereotypowego postrzegania zachodnich sąsiadów dążą nowe instytucje. W wielu miastach sudeckiego pogranicza, jak Liberec, Czesi przypominają swą niemiecką przeszłość. W Pradze, gdzie w 1850 r. większość ludności stanowili Niemcy, powstaje Praski Dom Literatury Niemieckojęzycznych Autorów. Organizacja ta będzie się zajmowała m.in. twórczością piszących po niemiecku pisarzy żydowskiego pochodzenia (najsłynniejszy to Franz Kafka). Władze Ústí nad Łabą poszły dalej. Stworzone tam zostanie Muzeum Czeskich Niemców, które ma pokazywać rolę osób narodowości niemieckiej w czeskiej historii.
W poprawie czesko-niemieckich stosunków pomaga odwoływanie się do wspólnej walki obydwu narodów z nazizmem i przypominanie rozdziałów z ich dziejów (np. lat 30. XX w., gdy Praga była centrum niemieckiego emigracyjnego ruchu oporu wobec Hitlera).
Choć poglądy Czechów przeszły ewolucję, postrzeganie przez nich Niemców sudeckich pozostaje złożone. Po 2002 r. trzech czeskich premierów (Vladimír Špidla, Stanislav Gross i Jiří Paroubek) na próżno starało się przeforsować projekt dotyczący przyznania odszkodowań sudecko-niemieckim antyfaszystom. Skończyło się listem, w którym Paroubek w 2005 r. docenił zasługi Niemców w walce z Hitlerem i przeprosił ich za to, jak zostali potraktowani przez Czechów po wojnie. Według Václava Klausa, ten gest był zbyt dużym ustępstwem. Prezydent skrytykował premiera, nazywając jego działanie otwarciem puszki Pandory, które wywoła lawinę roszczeń ze strony Niemców sudeckich.
Nie miał racji. Dzisiejsze czesko-niemieckie relacje pokazują, że próba znalezienia „dobrych Niemców" była udanym posunięciem.
Okładka tygodnika WPROST: 40/2008
Więcej możesz przeczytać w 40/2008 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 2
  • Czytelnik IP
    oto fakty:

    \"Ponieważ kolejne wybory do Reichstagu w roku 1932 hitlerowcy przegrali, uzyskując 30 proc. głosów, nie pozostało im nic innego, jak stworzyć klimat terroru, wymuszając przekazanie władzy Hitlerowi. Zauważmy, że nawet po podpaleniu Reichstagu w lutym 1933 r. nie udało się im uzyskać większości parlamentarnej. Dopiero opanowanie aparatu policyjnego, stworzenie obozów koncentracyjnych i likwidacja opozycyjnych partii umożliwiły Hitlerowi w roku 1934 „zorganizowanie\" odpowiedniej struktury głosów wyborców.
    Warto też przypomnieć, że w walce o zdobycie władzy totalitaryści posługują się sprawnie chwytem, który można określić jako tworzenie pozorów większości. Zgromadzenie w jednym miejscu i czasie kilkudziesięciu tysięcy ludzi pozwala tu i ówdzie wytworzyć wrażenie, że tak samo myślą dziesiątki milionów.
    W Polsce też mamy fachowców od tego rodzaju manifestacji sugerujących, że większość to my.\"
    • zeb IP
      Jeszcze 10 lat a okaże się,że Hitlera popierało jedynie 5% Niemców

      Czytaj także