Polski odlot

Polski odlot

Konflikty między najważniejszymi organami władzy wykonawczej są tak stare, jak III RP, i są oczywiste
Cała Europa się z nas śmieje – dramatyzowały polskie stacje telewizyjne. Wstyd, wstyd, wstyd – oburzały się liczne rodzime gazety. Mieliśmy być pośmiewiskiem Europy, bo premier kłócił się z prezydentem o zakres władzy ich urzędów, czyli o to, co jest istotą polityki. Mylny błąd – jak by powiedział Lech Wałęsa. Konflikt Tuska z Kaczyńskim jest starannie reżyserowanym przez obie strony spektaklem obliczonym na zyskanie punktów w sondażach i zwiększenie wpływów. To nowa wersja starej metody rządzenia przez konflikty. I coś, co w Europie zdarza się nagminnie. Dlatego Europejczykom okoliczności tego sporu były najzupełniej obojętne. W Wielkiej Brytanii na przykład wiadomością numer jeden była sprawa rozwodu piosenkarki Madonny z reżyserem Guyem Ritchiem, a o Polsce nie było ani słowa.Filozofia pensjonarki
– W sytuacji głębokiego kryzysu, w jakim pogrąża się teraz Europa, tego typu pytania są po prostu nie na miejscu – zganił w Brukseli polskich dziennikarzy jeden z unijnych dyplomatów. A zapytali go o to, komu przyznaje rację w sporze Lecha Kaczyńskiego z Donaldem Tuskiem. Gdyby nie polscy dziennikarze ganiający po Brukseli podczas zeszłotygodniowego szczytu i pytający tamtejszych polityków o komentarz do polsko-polskiej wojny prezydenta z premierem, pies z kulawą nogą by się nie zainteresował tym tematem. Epatowanie w Polsce konfliktem między premierem a prezydentem, a przy okazji wieszczenie upadku politycznych obyczajów, musi budzić uśmiech politowania. Nieprzypadkowo liczne polskie ekipy telewizyjne nie znalazły ani jednego europejskiego polityka czy urzędnika, który podjąłby wciskany im na potęgę temat. W tej sprawie w polskich mediach i komentarzach polityków mieliśmy jedną wielką ściemę – ślizganie się po powierzchni banału i epatowanie emocjami pensjonarek.
W Polsce konflikty między dwoma organami władzy wykonawczej są tak stare jak III RP. I są oczywiste. Podobne wojny toczył jako prezydent Lech Wałęsa z kolejnymi premierami (Janem Olszewskim, Waldemarem Pawlakiem i Józefem Oleksym), a Aleksander Kwaśniewski (już pod rządami obecnej konstytucji, przyjętej w 1997 r.) z Jerzym Buzkiem i Leszkiem Millerem. Także Lech Kaczyński zdążył już stoczyć konflikt z premierem z włas-nego obozu politycznego – Kazimierzem Marcinkiewiczem. Za rządów PiS w latach 2005-2007 doszło do kilkunastu poważnych politycznych starć o władzę. W pierwszym roku rządów PO było co najmniej sześć podobnych konfliktów. Jeszcze dwa lata temu PO oskarżała PiS, że jego rządy były zarządzaniem kolejnymi, wywoływanymi przez siebie kryzysami. Teraz platforma prześcignęła mistrza. I nie ma się czemu dziwić, bo tak jak zawód żołnierza polega na zabijaniu, tak zawód polityka polega na poszerzaniu władzy. Lech Kaczyński ani Donald Tusk nie przejdą więc do historii jako wynalazcy metody sprawowania władzy przez zarządzanie konfliktami.

Jak prezydent z premierem
Polska nie jest wcale jedynym krajem, w którym trwa spór o to, kto ma kierować polityką zagraniczną. Przez całe lata toczyła się o to batalia we Francji. W czasach, gdy prezydentem był socjalista François Mitterrand, a premierem prawicowy Jacques Chirac, między tymi politykami dochodziło do nieustannych konfliktów. Chodziło zarówno o prestiż i zakres realnej władzy, jak i o wyznaczanie kierunków polityki zagranicznej. W 1986 r. podczas szczytu G7 w Tokio Mitterrand i Chirac publicznie pokłócili się o to, kto ma usiąść na krześle przygotowanym dla szefa francuskiej delegacji (na każde państwo przypadało jedno miejsce przy stole obrad). Podobna sytuacja powtórzyła się, gdy prezydentem został Chirac, a premierem był socjalista Lionel Jospin. I to mimo że akurat we Francji sytuacja jest chyba najbardziej klarowna – za politykę zagraniczną odpowiada prezydent – politycy próbowali poszerzać władzę kosztem drugiej strony. Do ostrego sporu o kompetencje dochodziło też na początku lat 90. na Węgrzech, gdy premierem (pierwszym demokratycznie wybranym) był Jozsef Antall, a prezydentem Árpád Göncz. Choć prezydent miał tylko mandat parlamentarnej większości (a w Polsce ma mandat uzyskany w powszechnych wyborach), jego kancelaria wysyłała do krajów ościennych noty, aby nie przyjmowano tam premiera.
Nawet w Niemczech, gdzie wybierany przez Zfromadzenie Federalne prezydent ma niewielkie kompetencje, często dochodzi do sporów o zakres władzy. Prezydent Horst Köhler nie podziela na przykład entuzjazmu kanclerz Angeli Merkel dla specjalnych stosunków z Rosją. To prezydent Köhler zablokował ratyfikację traktatu lizbońskiego (mimo połajanek pani kanclerz i przedstawicieli wielkiej koalicji), bo skierował do Trybunału Konstytucyjnego pytanie, czy traktat jest zgodny z ustawą zasadniczą. Także w Czechach premier Mirek Topolánek oraz prezydent Václav Klaus toczą nieustanne wojny o zakres władzy ich urzędów (w Czechach prezydenta wybiera Zgromadzenie Narodowe), a także o kierunki polityki zagranicznej. I nie zgadzają się właściwie w niczym (podobnie było zresztą za prezydentury Václava Havla). Ale to nie przeszkadza, by w tych unijnych szczytach, na których Klausowi specjalnie zależy, prezydent uczestniczył. Podobnie jest w Finlandii, gdzie na szczyty często wybierają się i prezydent Tarja Halonen, i premier Matti Vanhanen. Także Rumunię mają zwyczaj reprezentować i premier, i prezydent.

Tusk szyje buty Tuskowi
Sporów kompetencyjnych pomiędzy premierem a prezydentem nie ma tylko w tych krajach, w których – jak w USA – funkcje te są połączone (prezydent jest jednocześnie szefem rządu). Bijąc się z prezydentem o to, kto będzie przewodzić polityce zagranicznej, Donald Tusk znalazł się w wyjątkowo niekomfortowej sytuacji. Dzisiejsza wygrana w sporze kompetencyjnym może się okazać jutrzejszą porażką, bo Tusk mierzy w wygraną w wyborach prezydenckich.
Część polityków platformy, z którymi rozmawialiśmy, coraz bardziej przekonuje się do teorii, wedle której na eskalacji konfliktu między prezydentem a premierem najbardziej zależy wicepremierowi Grzegorzowi Schetynie. Powody miałby mieć dwa. Po pierwsze, konflikt zaszkodził wizerunkowi Tuska. Szczególnie decyzja o wstrzymaniu samolotu dla Kaczyńskiego udowodniła, że Tusk nie jest taką polityczną dziewicą, jak wielu mogłoby się wydawać. Ta historia – jak powiedziałby prezes PiS – pokazała jego wilcze oczy. Nie oznacza to oczywiście, że wyborcy, których do tej pory uwodziło łagodne oblicze premiera, z niesmakiem się teraz od niego odwrócą. Z pewnością zauważą jednak, że pod względem złośliwości Tusk wcale nie jest lepszy od Kaczyńskiego. Po drugie, trzeba pamiętać, że istotą tego sporu jest granica uprawnień prezydenta. W jej wyznaczeniu miałyby pomóc ustawa kompetencyjna oraz werdykt Trybunału Konstytucyjnego. Zgodnie z zapowiedziami polityków PO ze Schetyną na czele, oba dokumenty miałyby dokładnie zarysować obszar, poza który głowie państwa nie wolno by było wyjść.
Jaki interes miałby mieć Schetyna w nadwątleniu wizerunku Tuska jako polityka miłości i ograniczeniu kompetencji głowy państwa? Zdaniem części polityków PO, chodzi o osłabienie obecnego premiera, czyli w domyśle o wzmocnienie swojej pozycji oraz ustalenie zasad współpracy między przyszłym prezydentem Tuskiem a szefem rządu in spe Schetyną. Ograniczając kompetencje głowy państwa, Tusk szyłby buty dla siebie, ku radości Schetyny.

Sufler Schetyna
Choć nie wiadomo, ile jest prawdy w teorii o podsycaniu konfliktu przez Schetynę, faktem jest jednak, że wicepremier doradzał, by „nie ustępować". Schetyna brał udział w każdej naradzie dotyczącej tego, jak reagować na kolejne ruchy prezydenta. Zarówno tej, na której postanowiono, że to premier ustala skład polskiej delegacji, jak i tej, na której zapadła decyzja o odmowie oddania samolotu do dyspozycji Lecha Kaczyńskiego. Zdarzało się też, że po zakończeniu spotkania Tusk dzwonił jeszcze do Schetyny, by upewnić się w swojej decyzji. Numer dwa platformy za każdym razem mówił mu to samo: musimy grać twardo do końca. Jeśli teraz ustąpisz, to prezydent zacznie ci wchodzić na głowę. Tusk doskonale zdaje sobie sprawę, że ograniczając uprawnienia prezydenta, może ukręcić bat na siebie. – I co? Teraz wprowadzimy ustawę kompetencyjną faworyzującą rząd, a w 2010 r. znowelizujemy ją z powrotem na korzyść prezydenta? To byłoby niepoważne – powątpiewa jeden ze współpracowników premiera Tuska. Dlatego prawdopodobnie skończy się tak, jak przewiduje to szef Kancelarii Prezydenta Piotr Kownacki. – Rząd rzeczywiście dużo zapowiada, ale niewiele robi. Podejrzewam, że i w tym wypadku skończy się na deklaracjach – mówi „Wprost" Kownacki. O tym, że Kownacki ma rację, świadczy chociażby pytanie, jakie rząd zamierza skierować do TK: „Czyją kompetencją jest ustalanie składu delegacji na unijny szczyt? Prezydenta czy premiera?". Tusk zapewne doskonale zdaje sobie sprawę, że trybunał prawdopodobnie uchyli się w tej sprawie od odpowiedzi. TK może bowiem rozstrzygać zgodność ustaw z konstytucją, a kwestia ustalania składu zagranicznych delegacji żadną ustawą regulowana nie jest. Konstytucjonaliści suflowali premierowi, by na przykład zapytał, czy głowie państwa wolno zabierać głos w sprawach dotyczących pakietu klimatycznego. Nic z tego. Jedyne, czego w tej sprawie chce Tusk, to stworzenie pozorów. Uzyskanie wiążącej odpowiedzi za kilka lat mogłoby przecież spętać ręce jemu samemu. Oznacza to, że przy każdym następnym szczycie Tusk będzie używał wyłącznie argumentów publicystycznych, a nie prawnych. Takich jak ten, którym szermuje dziś szef sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych Krzysztof Lisek (PO). – Prezydent nieustannie powołuje się na przykład Finlandii i Francji, wskazując, że tamtejsi prezydenci jeżdżą na unijne szczyty. Tyle że w fińskiej i francuskiej konstytucji jest napisane, że za politykę zagraniczną odpowiada prezydent w porozumieniu z rządem. A u nas te akcenty są rozłożone odwrotnie – przekonuje Lisek. Wszystko to prawda, ale argument dotyczący Francji czy Finlandii nie wystarczy, by zatrzymać Kaczyńskiego w kraju. Zrobić mogłyby to jedynie ustawa kompetencyjna lub wykładnia trybunału, czego TK się raczej nie podejmie.
Członkowie brytyjskiej Izby Gmin, gdzie torysi i laburzyści siedzą naprzeciwko siebie, mawiają, że przeciwnicy są na wprost, ale prawdziwych wrogów ma się za swoimi plecami. Oznacza to, że najbardziej trzeba uważać nie na konkurencję, ale na kolegów z własnej partii. Według tej skądinąd słusznej teorii, najgroźniejsi są ci, którzy siedzą najbliżej. Tusk kalkuluje więc, że nawet jeśli Schetyna miał szczere intencje, podpowiadając twardy kurs wobec Kaczyńskiego, to lepiej na niego uważać. Tym bardziej że ostatnio numer dwa platformy nie dawał Tuskowi szczególnych dowodów lojalności. Wystarczy wspomnieć zamieszanie z kuratorem, którego wprowadzono do PZPN. Akcja została przeprowadzona z akceptacją Schetyny, ale za to bez zgody Tuska, który był wtedy na urlopie. Premier miał podobno o to do swojego zastępcy pretensje. Drugi sygnał ostrzegawczy pojawił się dwa tygodnie temu, kiedy kojarzony ze Schetyną Andrzej Halicki wyciął z funkcji szefowej mazowieckiej PO faworyzowaną przez Tuska Ewę Kopacz. Mimo że sprawa została po kilkudziesięciu godzinach odkręcona, wszystko wskazuje na to, że Kopacz długo nie utrzyma stanowiska. Kilka dni temu Schetyna zorganizował bowiem spotkanie szefów regionalnych struktur PO, na którym zapowiedział, że ci, którzy są ministrami, mają się skoncentrować na pracy w rządzie i zrezygnować z partyjnych funkcji. Oznacza to, że Kopacz będzie musiała odejść.

Nauka poszła w las
Ostre zwarcie z prezydentem platformie się nie opłaciło. Nie opłaci się też pewnie bulterierom Tuska z jego kancelarii, czyli Tomaszowi Arabskiemu i Sławomirowi Nowakowi, oraz samemu premierowi. Przecież odmowę włączenia prezydenta w skład polskiej delegacji oraz utrudnianie mu podróży na szczyt można uznać z jednej strony za nadużycie władzy, a z drugiej – za próbę uniemożliwienia mu wykonywania konstytucyjnych funkcji. Nie dziwi więc, że do warszawskiej prokuratury wpłynęło doniesienie o podejrzeniu popełnienia przez premiera przestępstwa polegającego na nadużyciu władzy.
Rząd zdecydował się na ryzykowną konfrontację dotyczącą prawa prezydenta do udziału w unijnych szczytach. A spór stał się tak ostry, że podzielił Polaków na kibiców Tuska i Kaczyńskiego. Ryzyko z punktu widzenia platformy polegało na tym, że Tusk wchodził na to pole bitwy z wysokimi wskaźnikami popularności, a Kaczyński – z bagażem społecznej niechęci. A w sprawach nie do końca jednoznacznych (a ta właśnie taka była) zazwyczaj przegrywa ten, kto ma więcej do stracenia. W tym wypadku przegranym był Tusk.
Przebieg sporu był o tyle zaskakujący, że Kaczyński wytrzymał próbę nerwów i postawił na swoim, pojawiając się na szczycie. Zrobił to, mimo że nie uwzględniono go w składzie delegacji, nie dano mu rządowego samolotu, nie dostał przepustki, a jego ministrów nie wpuszczono nawet do budynku. Do tego cały czas zachowywał stoicki spokój. Po dotarciu na szczyt wesoło zagadywał kiepską angielszczyzną prezydenta Francji i premiera Danii. Protekcjonalnie poklepywał po plecach Tuska, żartował z dziennikarzami i sypał bon motami („Wierzę, że wejdę", „Podałem rękę Kiszczakowi, podam i Tuskowi", „Biegłem na szczyt, ale za wolno", „Jesteśmy Europejczykami pełną gębą"). Inna sprawa, że pobyt prezydenta w Brukseli był bezproduktywny (przez swoje gapiostwo spóźnił się na dyskusję na temat Gruzji). Mimo wszystko Kaczyńskiemu udało się ładnie opakować swoją eskapadę. W dodatku tak wyluzowanego i pewnego siebie prezydenta nie widzieliśmy od czasu kampanii wyborczej w 2005 r.

Krajobraz po bitwie
Po opadnięciu bitewnego kurzu politycy platformy przyznają, że z wizerunkowego punktu widzenia awantura była nieopłacalna. – Szczególnie mogło nam zaszkodzić wstrzymanie tego samolotu. Nadal podtrzymuję pogląd, że prezydent nie miał prawa jechać na ten szczyt. Ale jeśli już koniecznie postanowił się wepchnąć, to trzeba było go po prostu z sobą zabrać – mówi jeden z polityków PO. Podobnego zdania są posłowie PiS. – W 2005 r. wygraliśmy, bo Kaczyńscy narysowali boisko z podziałem na Polskę solidarną i liberalną. W 2007 r. platforma wygrała, rysując nowe boisko: spokój i dialog kontra konfliktowość. Awantura o szczyt udowodniła, że ten podział jest fałszywy. A kolejne wybory wygra ten, kto narysuje nowe boisko – mówi poseł PiS Zbigniew Girzyński.
Dlaczego Tusk zdecydował się na tak bezpardonowe starcie z Kaczyńskim? Dlaczego nie rozwiązał problemu w swoim stylu, czyli ostro, ale z klasą? Odpowiedź może być prosta: górę wzięły emocje, których roli w polityce zazwyczaj się nie docenia.
Nancy Astor, pierwsza kobieta, która została członkiem Izby Gmin, nie mogąc znieść zachowania Churchilla, wypaliła mu kiedyś prosto w oczy: „Winston, gdybym była twoją żoną, zatrułabym ci herbatę". „Nancy, a gdybym ja był twoim mężem, chętnie bym ją wypił" – odparł spokojnie Churchill. Wygląda na to, że Tusk nie odważy się doprowadzić swojej gry do końca i nie zatruje prezydenckiej herbaty, ograniczając kompetencje głowy państwa. Mimo że arszenik podtyka mu najbardziej zaufany współpracownik z drugiego rzędu. Nawet jeśli w tym wypadku nie sprawdzi się powiedzenie o wrogach siedzących za plecami, to lepiej uważać. W końcu nie wiadomo, kto będzie spijać resztki tej herbaty po 2010 r.

Autor jest dziennikarzem serwisu internetowego www.tvp.info

Konflikty za rządów PiS

I 2006 - odwołanie Teresy Lubińskiej ze stanowiska ministra finansów i powołanie na jej miejsce Zyty Gilowskiej. Premier Kazimierz Marcinkiewicz uzasadniał to tym, że wejście do rządu Gilowskiej przyspieszy wzrost gospodarczy.

I 2006 - spór premiera Marcinkiewicza z braćmi Kaczyńskimi o obsadę fotela ministra skarbu. Andrzeja Miłosza (człowieka Marcinkiewicza) zastąpił Wojciech Jasiński

III 2006 - konflikt między rządem a prezesem NBP dotyczący kompetencji nadzoru bankowego i wyrażenia zgody na fuzję banków Pekao SA i BPH PBK.

IV 2006 - odwołanie zyty Gilowskiej po oskarżeniu ją o kłamstwo lustracyjne. Gilowska wróciła do rządu, gdy sąd lustracyjny ją uniewinnił.

VII 2006 - konflikt prezydenta Lecha Kaczyńskiego z premierem. Zakończył się ustąpieniem Marcinkiewicza i objęciem funkcji szefa rządu przez Jarosława Kaczyńskiego

VIII 2006 - wiceminister obrony narodowej Antoni Macierewicz oskarżył większość ministrów spraw zagranicznych po 1989 r. o współpracę z sowieckimi służbami. Macierewicz otrzymał naganę od szefa MON Radosława Sikorskiego.

IX-X 2006 - konflikt Jarosława Kaczyńskiego z ministrem rolnictwa Andrzejem Lepperem z powodu żądań Samoobron co do obsady ministerstw i urzędów. Lepper został zdymisjonowany, jednak po trzech tygodniach wrócił na stanowisko.

II 2007 - po odejściu Dorna z MSWiA stanowisko stracił komendant główny policji Marek Bieńkowski. Zastąpił go prokurator z Gdańska Konrad Kornatowski.

II 2007 - starcie ministra spraw wewnętrznych Ludwika Dorna ze Zbigniewem Ziobrą i Jarosławem Kaczyńskim o sposób kierowania resortem. Doprowadziło to do dymisji Dorna.

II 2007 - konflikt ministra obrony Radosława Sikorskiego z szefem kontrwywiadu Antonim Macierewiczem o jego publiczne wypowiedzi i charakter pracy tajnych służb. Spór zakończył się odejściem Sikorskiego.

VII 2007 - konflikt Jarosława Kaczyńskiego z Andrzejem Lepperem w związku z aferą korupcyjną w Ministerstwie Rolnictwa. Odwołanie Leppera doprowadziło do rozpadu koalicji rządowej.

VIII 2007 - Jarosław Kaczyński odwołał ministrów z LPR i Samoobrony, zapoczątkowując tym samym rządy mniejszościowe.

VIII 2007 - konflikt Jarosława Kaczyńskiego z ministrem spraw wewnętrznych Januszem Kaczmarkiem w związku z przeciekiem informacji o akcji CBA w Ministerstwie Rolnictwa. Kaczmarek został zdymisjonowany.

Konflikty za rządów PO

XI 2007 - spór prezydenta i premiera o nominację Radosława Sikorskiego na ministra spraw zagranicznych. Prezydent ustąpił.

I 2008 - konflikt prezydenta i premiera o źródło przecieku do "Dziennika" stenogramów z posiedzenia Rady Gabinetowej na temat ochrony zdrowia. Kancelaria premiera opublikowała stenogramy na swojej stronie internetowej, zaznaczając, że zostały sporządzone w Kancelarii Prezydenta.

I 2008 - po tragedii samolotu wojskowego CASA prezydent Lech Kaczyński miał pretensje do urzędników z kancelarii premiera, że nie poinformowali go na czas o tragedii. Przedstawiciele rządu winą za to obarczyli urzędników Kancelarii Prezydenta.

VII 2008 - ostra dyskusja prezydenta z ministrem sikorskim na temat tarczy antyrakietowej. Obaj politycy używali w stosunku do siebie inwektyw.

VIII 2008 - spór prezydenta i premiera o stanowisko w sprawie Gruzji przed szczytem UE. Predyten chciał, by na Rosję nałozyć sankcje, a premier się temu sprzeciwił.

X 2008 - spór rządku z Polskim Związkiem Piłki Nożnej


Prezydent kontra premier

1992
Lech Wałęsa kontra Jan Olszewski
Po uchwale Sejmu minister spraw wewnętrznych Antoni Macierewicz sporządził listę polityków, którzy w archiwach MSW figurowali jako konfidenci Służby Bezpieczeństwa PRL. Na liście znalazł się Lech Wałęsa jako tajny współpracownik o pseudonimie Bolek. W wyniku konfliktu w nocy 4 czerwca 1992 r. Wałęsa doprowadził do odwołania rządu.

1993-1995
Lech Wałęsa kontra Waldemar Pawlak
Prezydent chciał mieć wpływ na tzw. resorty prezydenckie – powoływać szefów MSW, MON i MSZ oraz szefów tajnych służb i sztabu generalnego. Wszystkie te nominacje leżały w gestii premiera. Mimo to prezydencki prawnik Lech Falandysz publicznie tłumaczył, że są to uprawnienia głowy państwa wynikające z konstytucji (słynna „falandyzacja" prawa). Dzięki pomocy lewicy i Aleksandra Kwaśniewskiego Wałęsa odwołał rząd Pawlaka. Kilka miesięcy później Kwaśniewski pokonał go w wyborach prezydenckich.

1995
Lech Wałęsa kontra Józef Oleksy
Lojalne wobec Lecha Wałęsy tajne służby oskarżyły premiera Oleksego o szpiegostwo na rzecz Rosji.

1997-2001
Aleksander Kwaśniewski kontra Jerzy Buzek
AWS będąca zapleczem Jerzego Buzka dążyła do przeprowadzenia reform, których nie akceptował prezydent, na przykład reformy podatkowej Leszka Balcerowicza. Kwaśniewski sprzeciwiał się również wielu nominacjom Buzka. Obie strony starały się nie nagłaśniać sporów.

2001-2004
Aleksander Kwaśniewski kontra Leszek Miller
Rządzący SLD podzielił się na frakcję premiera i frakcję prezydencką. Pałac Prezydencki ostro rywalizował z kancelarią premiera o wpływy w mediach, gospodarce i tajnych służbach. Obie frakcje blokowały sobie m.in. obsadę rad nadzorczych spółek skarbu państwa. Miller nie zabierał do samolotu biznesmenów, którzy towarzyszyli w delegacjach zagranicznych Kwaśniewskiemu. Konflikt zakończył się ustąpieniem Leszka Millera w maju 2004 r.

Za brukselskimi drzwiami

Zaproszenia na szczyt Unii Europejskiej rozsyła do poszczególnych ministerstw spraw zagranicznych kraj, który aktualnie szefuje wspólnocie. W zaproszeniu jest pula akredytacji dla uczestników delegacji. MSZ odsyła listę nazwisk osób delegowanych. Z reguły na każdą delegację przewidziano po dwa tzw. piny dla najważniejszych polityków. Są to najczęściej premier i minister (z reguły szef dyplomacji). Jeżeli na szczycie omawiane są sprawy ekonomiczne, do tej grupy dołącza też minister finansów. Jeśli jakiś kraj chce być dodatkowo reprezentowany przez prezydenta, wystarczy wystosować prośbę do prezydencji i – jak mówią brukselscy dyplomaci – dotychczas się nie zdarzyło, by taką prośbę odrzucono. Na ostatnim szczycie poszerzone delegacje miały poza Francją także Litwa i Rumunia. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego na szczyt zaprosił francuski prezydent Nicolas Sarkozy. To, że nazwisko prezydenta nie znalazło się w okolicznościowej broszurze, jest zaniechaniem polskiego MSZ, które nie nadesłało takiej informacji.




 

Okładka tygodnika WPROST: 43/2008
Więcej możesz przeczytać w 43/2008 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 3
  • Olka IP
    Trochę się autor w swoich przykładach zagalopował. W tabeli pisze np. o sporze Wałęsy z Pawlakiem, że prezydent \"chciał mieć wpływ\" na obsadzanie resortów MON, MSW, MSZ. Przypominam, ze obowiązywała tzw. Mała Konstytucja z 1992 r., która w przepisie art. 61 wymagała, by zasięgnąc przy tych nominacjach opinii prezydenta, który sprawował na gruncie tej konstytucji \"ogólne kierownictwo\" m.in. w sprawach zagranicznych. Trudno to więc porównywac z dzisiejszym, odmiennym ustrojem. Falandyzacja nie do końca tego zjawiska akurat dotyczyła. Po drugie, do obowiązkow TK należy nie tylko badanie konstytucyjności prawa, ale tez m.in.rozstrzyganie sporów kompetencyjnych między centralnymi organami konstytucyjnymi panstwa. Odrobina rzetelności w ferowaniu dziennikarskich zarzutów nie zaszkodzi, nie trzeba do tego być konstytucjonalistą:))
    • urszula IP
      Oczywiście niemieckie i żydowskie.

      Czytaj także