John Fitzgerald Obama

John Fitzgerald Obama

Wyścig do Białego Domu obnażył wciąż istotny problem rasowy Ameryki
Stojący na podeście John McCain przerwał przemówienie. Właśnie krytykował Baracka Obamę za sprzyjanie bogaczom z Wall Street i waszyngtońskim elitom, gdy stojąca tuż przy nim grupka zwolenników zaczęła krzyczeć: „Zabić Obamę!", „Uciąć mu głowę", „Terrorysta!". McCain sprawiał wrażenie zmieszanego. „Podziwiam senatora Obamę i jego umiejętności” – stwierdził. A zwracając się do osób, które przed chwilą wznosiły okrzyki, dodał: „Nie należy się obawiać, jeśli senator Obama zostanie wybrany na prezydenta”. Odpowiedziały mu gwizdy
i buczenie. Wszyscy mają świadomość, że przy urnie, w przeciwieństwie do badań opinii, czynnik rasowy będzie się liczył.Lekcja Hillary
McCain jak ognia wystrzega się najmniejszych aluzji do koloru skóry Obamy. Choć z badań wynika, że 30 proc. Amerykanów przyznaje się do rasowych przesądów, a 46 proc. uważałoby wybór Obamy na pierwszego w historii czarnoskórego prezydenta USA za „ryzykowny", to jednocześnie w tych samych sondażach aż 72 proc. twierdzi, że odwołania do rasistowskich uprzedzeń są obraźliwe.
Stratedzy McCaina musieli też wyciągnąć lekcję z porażki Hillary Clinton. Przegrała ona w dużej mierze z powodu powszechnego odczucia, że pozwala sobie na niewłaściwe skojarzenia. Początkiem końca w walce o nominację Partii Demokratycznej była wypowiedź jej męża, który wygraną Obamy w prawyborach w Karolinie Południowej porównał do zwycięstw czarnego kandydata na prezydenta Jesse Jacksona w 1984 r. i 1988 r. Słowa Billa Clintona wywołały burzę, bo odczytano je jako próbę sprowadzenia kandydatury senatora z Ilinois do rasowego wymiaru. W marcu 2008 r. działająca w sztabie Hillary Clinton Geraldine Anne Ferraro, wpływowa działaczka demokratów i kandydatka na wiceprezydenta w 1984 r., stwierdziła, że gdyby Obama był biały, „nie miałby szans być tam, gdzie jest". Zaatakowana ripostowała, że Amerykanie zwariowali na punkcie rasizmu, a ona sama zaczyna się czuć dyskryminowana, bo jest biała. Ostatecznie klęskę Hillary Clinton przypieczętował jednak spot wyborczy, w którym padło pytanie, kto jest lepiej przygotowany do odebrania „czerwonego telefonu" w Białym Domu o trzeciej nad ranem. Orlando Patterson, znany socjolog z Uniwersytetu Harvarda, w wywiadzie dla „New York Timesa" mówił: „Spędziłem życie, analizując symbole rasizmu i niewolnictwa. Kiedy zobaczyłem Clinton pośrodku ekranu – metaforę matki śpiących dzieci w środku nocy stawiającą czoła śmiertelnemu zagrożeniu – nie miałem wątpliwości, że miało to przywołać sceny z przeszłości: białych broniących swych domostw, gdy wokół, w ciemnościach, grasują czarni". Z sondaży publikowanych wkrótce po emisji spotu Clinton, wynikało, że aż 43 proc. ankietowanych uznało, iż ma on rasistowski podtekst.

Karta rasowa
Paradoksalnie, dla Obamy rozgrywanie„karty rasowej" jest jeszcze niebezpieczniejsze niż dla kandydata republikanów. Z ankiety AP-Yahoo News z 5 września 2008 r. wynika, że Obamę popiera 7 na 10 wyborców związanych z demokratami. W grupie, która go nie popiera, uprzedzenia rasowe są silniejsze niż u pozostałych ankietowanych. Wśród osób, które wcześniej popierały Hillary Clinton, aż 17 proc. zamierza głosować na McCaina. Uprzedzenia rasowe są też najczęściej wymienianym powodem braku poparcia dla senatora z Illinois – gdyby był biały, miałby o 6 proc. poparcia więcej. Z szeroko komentowanych w amerykańskich mediach badań dotyczących skojarzeń wynika, że aż 40 proc. dorosłych Amerykanów ma przynajmniej częściowo negatywny obraz czarnych. Dotyczy to także demokratów i wyborców niezależnych. 20 proc. białych uważa, że do czarnych pasuje określenie „gwałtowny"; 22 proc. – „skłonny do przechwałek"; 29 proc. – „skłonny do narzekania”; 13 proc. – „leniwy”. I tu kryje się prawdopodobnie jedno z największych niebezpieczeństw dla Obamy – ponad jedna czwarta białych demokratów zgadza się z twierdzeniem, że „gdyby czarni bardziej się starali, wiodłoby im się tak samo dobrze jak białym”.
Cztery lata temu podczas konwencji demokratów w Bostonie Obama przekonywał: „Nie ma czarnej Ameryki, nie ma białej Ameryki ani Ameryki Latynosów. Są Stany Zjednoczone Ameryki". Później jednak nieprzypadkowo na datę jego nominacji do wyborów wybrano 45. rocznicę słynnego przemówienia Martina Luthera Kinga w Waszyngtonie, gdy stwierdził: „I have a dream". Słowo „rasa" czy „czarny” nie padło jednak podczas konwencji demokratów ani razu. Jeśli sztab Obamy mówi o rasizmie, to tylko w kontekście oskarżania o takie poglądy kandydatów republikanów. Zresztą sam kandydat demokratów zagalopował się niedawno z takimi zarzutami, gdy zauważył, że przeciwnik stara się od niego odstraszyć wyborców, bo nie przypomina „wszystkich pozostałych prezydentów, których portrety widać na banknotach”. Gdy zaraz potem okazało się, że to właśnie w uwadze demokraty aż 53 proc. ankietowanych dostrzega rasizm, jego sztab zaczął na gwałt prostować, że Obamie wcale nie chodziło o rasistowskie uprzedzenia McCaina, lecz o cynizm republikanina.

Pitbul McCaina
– No cóż, to jest po prostu trudna kampania – stwierdził McCain podczas trzeciej i ostatniej debaty prezydenckiej. Mimo nalegań konserwatywnego skrzydła swej partii podczas całej kampanii jak ognia unikał ataków personalnych na Obamę. Nie musiał tego jednak robić. Cały ciężar wzięła na siebie Sarah Palin, kandydatka republikanów na wiceprezydenta. Nazywana pitbulem McCaina, a ostatnio coraz częściej lady Makbet, po ogłoszeniu nominacji doskonale zgrała się ze sztabem, który już od jakiegoś czasu rozpuszczał plotki m.in. o tym, że Barack Hussein Obama nie jest chrześcijaninem, lecz muzułmaninem, a „wszystko co ma czarnego, to żona".
Na wiecach w południowych stanach, gdzie osób o rasistowskich poglądach jest więcej, Palin, porozumiewawczo mrugając okiem, powtarza: „To nie jest człowiek, który widzi Amerykę, jak wy ją widzicie". Palin wyjątkowo chętnie przypomina o wieloletniej przynależności Obamy do chicagowskiego kościoła radykalnego pastora Jeremiaha Wrighta, który twierdził m.in., że biali wymyślili AIDS, by się pozbyć czarnych, a Ameryka zasłużyła na ataki na Word Trade Center. Palin regularnie przypomina też, że w 1998 r. Obama przegrał w wyborach do Kongresu głównie dlatego, że jego ówczesny przeciwnik Bobby Rush, były członek Czarnych Panter, podał w wątpliwość jego przynależność do czarnej Ameryki.
Na razie nie sposób stwierdzić, jak wyglądałyby sondaże, gdyby republikanie obrali inną strategię. Niespełna trzy tygodnie przed wyborami w sondażach prowadzi Obama, a notowania McCaina
z dnia na dzień wyglądają gorzej. Komentatorzy zaczęli się ostatnio zastanawiać, jaki wpływ na wynik wyborów będzie miał tzw. efekt Bradleya – od nazwiska czarnego kandydata na gubernatora Kalifornii, który w 1982 r. przegrał wybory z białym rywalem mimo zdecydowanego prowadzenia w przedwyborczych sondażach. Gdzieś w tle pozostaje też czarna prognoza zeszłorocznej laureatki literackiego Nobla Doris Lessing, że Obama może skończyć jak John Fitzgerald Kennedy. Według brytyjskiej pisarki, „czarny prezydent długo nie porządzi", bo zginie w zamachu.
Wyścig do Białego Domu, niezależnie od jego wyniku, obnażył istotną, bolesną kwestię Ameryki: w społeczeństwie, które chciałoby uchodzić za postrasowe, problem jednak istnieje. Wybory, a jeszcze bardziej wydarzenia po nich, przyniosą odpowiedź na pytanie o jego prawdziwą skalę. 

Autorka jest dziennikarką Polsat News
Okładka tygodnika WPROST: 43/2008
Więcej możesz przeczytać w 43/2008 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także