Jackson – brat Obamy

Jackson – brat Obamy

Jego 40-letnią karierę można podzielić na trzy etapy: „ jestem gwiazdą, bo jestem czarny” (lata 60.), „jestem gwiazdą, mimo że jestem czarny” (lata 70.) i „jestem gwiazdą, ponieważ nie jestem czarny” (lata 80.). Podśmiewaliśmy się z tego i ironizowaliśmy, ale gdy się zmieniał w białego Murzyna, świat przechodził rewolucję. Michael Jackson, król popkultury urodzony w epoce przedobrazkowej, zmarł w czwartek w nocy na oczach milionów ludzi.
Jackson przygotowywał się właśnie do dużej trasy koncertowej (około 50 występów), którą miał zapoczątkować 13 lipca w Londynie. Ale  25 czerwca o godzinie 23.26 czasu polskiego stwierdzono zgon piosenkarza. W piątek media oraz portale społecznościowe na całym świecie żyły jednym – odejściem „króla muzyki pop, rock i soul", jak nazwała go kiedyś amerykańska dziennikarka Oprah Winfrey.

Miliony kondolencji zamieszczono na stronach internetowych największych amerykańskich gazet. Fani łączyli się w rozpaczy. Płakały największe światowe gwiazdy: Madonna („Nie mogę przestać płakać po tym, jak usłyszałam te straszne wieści"), Celine Dion („Michael Jackson całe życie był moim idolem"), Justin Timberlake („Straciliśmy geniusza i  prawdziwego ambasadora nie tylko popu, ale muzyki w ogóle"). Zasmuceni byli też przywódcy polityczni. Brytyjski premier Gordon Brown przekazał kondolencje milionom fanów Jacksona i łączył się w bólu z jego rodziną. – Straciliśmy bohatera świata – mówił były prezydent Korei Południowej Kim De Dzung. Imelda Marcos, była pierwsza dama Filipin, wyznała, że po  usłyszeniu informacji o śmierci muzyka płakała całą noc. – To był król, niezwykły talent, a przy tym człowiek niezwykle wrażliwy – dodawał Aleksander Kwaśniewski.

Michael Jackson mimo swojego kompletnego braku zainteresowania polityką okazał się bodaj najbardziej wpływowym politycznie i obyczajowo muzykiem wszech czasów. Nie pisał protest songów. Jeśli już zdarzyło mu się wyprodukować utwór zaangażowany, to  był on pełen truizmów i banalnych postulatów budowania „lepszej rzeczywistości" (np. w piosence „Heal the World" śpiewał: „Heal the  world, make it a better place, for you and for me and the entire human race", czyli: „Ulecz świat, uczyń go lepszym miejscem, dla mnie i dla ciebie, i dla całej ludzkiej rasy"). Trudno też sobie wyobrazić, żeby ktoś szedł na barykady czy demonstracje pod hasłem „Billie Jean" (dalej było: „is not my lover, she’s just a girl who claims that I am the one, but the kid is not my son", czyli: „Billie Jean nie jest moją kochanką, ona po prostu myśli, że to ja jestem tym jedynym, ale to dziecko nie  jest moim synem"). Mimo to jest jasne, że gdyby nie pojawił się Jackson, wybór Baracka Obamy na prezydenta USA, kraju, w którym jeszcze 40 lat temu walczono z segregacją rasową, byłby możliwy być może dopiero za 20 lat. Michael Jackson okazał się taranem, który wbrew własnej woli dokonał wyłomu kulturowego i obyczajowego w jednym z najbardziej konserwatywnych społeczeństw na świecie. Co ciekawe, dokonał tego, będąc ultrakonserwatystą i człowiekiem niesłychanie religijnym, który wstydził się własnego pochodzenia, rasy i pobratymców. Politycznie nic dla nich nie zrobił. Profesor Zbigniew Lewicki tak opisuje różnice między Obamą a  Jacksonem: – Barack Obama zareagował na rasizm, rzucając mu wyzwanie. Powiedział: „Jesteście rasistami, więc będę startował na prezydenta i  zobaczymy, jak się zachowacie". Wiele osób nie odważyło się zagłosować przeciwko Barackowi Obamie, aby się nie czuć rasistą. Michael Jackson natomiast jest przykładem osoby, która uznała podrzędność własnej rasy. Przy swoich ogromnych osiągnięciach nie obnosił się z tym, że jest czarny, a wielu artystów – chociażby Louis Armstrong czy Ella Fitzgerald – to robiło. I robi do dziś dnia, i są z tego dumni. On przyjął postawę ucieczki od własnej osobowości.

Można powiedzieć, że od kolorowych Jackson ostentacyjnie się odwrócił. Żył w konserwatywnej Kalifornii zamiast na liberalnym Wschodnim Wybrzeżu i umarł tak, jak tego pragnął – jako człowiek biały. Nie z urodzenia. Z  wyboru. Jackson, który się wstydził własnej tożsamości rasowej, paradoksalnie, został zaakceptowany przez Amerykanów, a później przez świat nie jako człowiek biały, lecz jako czarny właśnie (mimo wybielonej skóry). Najpierw był idolem Afroamerykanów, potem jeszcze Latynosów, a później także białych, którzy jak oszalali kupowali jego płyty. To białe dziewczęta najczęściej wpadały w histerię podczas jego koncertów i  wystąpień. Zaakceptowali to potem rodzice tych dziewczyn i tak Michael stał się bożyszczem Ameryki. Przełamał stereotyp, że ktoś, kto się urodził czarny, nie może być bohaterem wszystkich. Pewnie nieprzypadkowo z jego karierą zbiegło się pasmo sukcesów i powszechnej akceptacji dla  innego wybitnego Afroamerykanina – koszykarza Michaela Jordana. Dzięki nim dokonał się przełom kulturowy, rasowy i obyczajowy. Ameryka była już prawie gotowa na wybór Afroamerykanina na prezydenta.

– Nie byłam jego fanką, ale patrzyłam na niego jak na człowieka, który wierzył, że można się całkowicie zmienić. Jego powroty po upadkach były mi bardzo bliskie.  To było czymś zupełnie niesłychanym w nowoczesnych czasach, wydawało się, że coś takiego nie może się zdarzyć – mówi prof. Jadwiga Staniszkis, socjolog.

Niecałe 30 lat po tym, jak Michael Jackson „odpalił" swoje dwa najważniejsze „projekty", kampanię prezydencką pod hasłem „Change" (zmiana) rozpoczął dzisiejszy prezydent USA Barack Obama. Te  „projekty" to zmiana wyglądu (od początku lat 80. zaczął się poddawać operacjom plastycznym i zabiegom wybielającym skórę) i przełom w  popkulturze (w 1983 r. nakręcił pierwszy nowoczesny teledysk do piosenki „Thriller", czym zapoczątkował erę wideoklipów i powołał do życia pokolenie MTV). W wyborach w 2008 r. Barack Obama zwyciężył niemal w  myśl piosenki Jacksona z 1988 r. „Man in the Mirror" (zaczyna się ona słowami: „Gotta make a change for once in my life. It’s gonna feel real good, gonna make a difference, gonna make it right").

W europejskiej świadomości Michael Jackson pojawił się ćwierć wieku temu, tuż po  wydaniu albumu „Thriller" jako największy, oczywiście jeszcze czarnoskóry, artysta Ameryki, która wyzwoliła się z rasistowskich pęt. Prawda była jednak bardziej skomplikowana. Michael Jackson urodził się 29 sierpnia 1958 r. W niektórych południowych stanach USA wciąż obowiązywały wówczas prawa Jima Crowa sankcjonujące segregację rasową. Karierę rozpoczął w 1965 r., czyli zaledwie rok po tym, jak ówczesny prezydent Lyndon Johnson poparł Civil Right Act (ustawę o prawach obywatelskich). Z  mocnego muru amerykańskiego rasizmu wypchnięto wtedy zaledwie jedną cegiełkę. Gdy Jackson był dzieckiem, rządziło „prawo getta". Czarny mógł robić karierę tylko przewidzianą dla czarnych – występować z braćmi w  gettach, w spelunach, do których chodzili prawie wyłącznie kolorowi.

Swój pierwszy kontrakt płytowy w 1968 r. zespół Jackson 5 podpisał z  „czarną" wytwórnią Motown. Nie w ramach solidarności rasowej, ale  dlatego że nikt inny (czyli biali) nie chciał z zespołem gadać. Dziś Motown jest legendą, ale wówczas był jedyną wytwórnią, która nagrywała czarnych artystów dla czarnej publiczności. Zmiany polityczne i przełom obyczajowy końca lat 60. zaskoczyły Jacksona i jego braci. Okazało się, że mogą być słuchani przez białą młodzież. Najpierw jako kuriozum: „Popatrzcie jak Murzynek ślicznie śpiewa o prawdziwej miłości!". Podobny cyrk robiono wcześniej z małoletnim Steviem Wonderem, który śpiewał i grał na wszystkim na zasadzie: „Popatrzcie, jaki zdolny Murzynek! I jeszcze na dodatek ślepy! Jaki biedny!" Dlatego też nazwano go Wonder, czyli cudowny. Cudowny Stefek.

Gdy Michael Jackson nagrywał pierwsze przeboje, miał 10-11 lat. Jako dziecko wolny był więc od  murzyńskiego odium związanego z seksem, przestępczością, gettem, przemocą i narkotykami. Był niewinny. Dlatego został zaakceptowany przez część bardziej „postępowych" rodziców jako idol ich dzieci. To pozwoliło mu wyjść z czarnego getta i – co najważniejsze – czerpać z muzyki zupełnie „białe" zyski. Po aferze Watergate, kompromitacji Nixona i  ideologicznej i moralnej klęsce republikanów zmiany następowały jeszcze szybciej. Zespół Michaela nie musiał już nagrywać dla „czarnej"wytwórni, Jackson 5 zerwał kontrakt i po procesie opuścił Motown.

Po podpisaniu kontraktu z „białą" CBS zaczyna się okres kariery Michaela Jacksona, który można określić zdaniem: „Jestem gwiazdą, mimo że jestem czarny". Dopiero teraz zostaje on pełnoprawnym amerykańskim artystą. Chociaż czarnym. Ale też Jackson zaczyna sobie zdawać sprawę z tego, że jego bardziej murzyńscy bracia są dla niego ciężarem. I że dalej może pójść już tylko sam. W 1978 r. poznaje Quincy’ego Jonesa, aranżera muzyki do murzyńskiej wersji fi lmu „Czarnoksiężnik z krainy Oz", uznanego bandlidera związanego ze  sceną jazzową. To wymarzony producent pierwszej po mutacji, dorosłej płyty „dorosłego" (18-letniego) Michaela Jacksona. Album uchyla wrota wielkiej sławy. Jackson, od dzieciństwa ćwiczony przez zwyrodniałego ojca, by osiągać sukcesy, chce więcej. Nagrywa kolejny album.

Wydany w  1982 r. „Thriller" przechodzi do historii jako bestseller wszech czasów (do dzisiaj ponad 104 mln sprzedanych egzem- plarzy) i początek epoki: „Jestem gwiazdą, ponieważ jestem Murzynem". „Thriller" jest bardzo „czarny" – pełnymi garściami czerpie Jackson z dorobku dotychczas słabo akceptowanej muzyki kolorowych, śpiewa ekspresyjnie i emocjonalnie (charakterystyczne czkanie, jąkanie i pojękiwanie), muzyka jest mocno zrytmizowana, osadzona w bitach r’n’b. Zarazem jednak krążek jest „biały" – grają na nim biali muzycy z zespołu Toto i mistrz heavymetalowej gitary Eddie Van Halen. Gościnnie śpiewa największa legen- da białej muzyki – sir Paul McCartney – co na zakompleksionym chłopaku z Indiany, który ma masę problemów z samooceną, musi robić piorunujące wrażenie. „Thriller" niesie przesłanie, że Murzyni mają „to coś" – wyczucie swingu, rytmu, frazy, jakiś dodatkowy zmysł.

Kolejny album Jackson nagrywa w pięć lat, koncertując, kręcąc filmy i  przygotowując album z rodzinną formacją The Jacksons. Jednocześnie nie  rozumie, nie ufa albo nie chce być beneficjentem rewolucji, której jest znakiem. Rozumuje tak jak w dzieciństwie, że jeśli chce być zaakceptowany przez białych, sam musi się stać biały. – Szczyt kariery Jacksona przypadł na rządy republikanów i Ronalda Reagana, kiedy amerykańskie elity kulturalne, z reguły sympatyzujące z demokratami, znalazły się w defensywie. I Jackson staje się tu antytezą artystów symbolizujących bunt 1968 roku, którzy niemal przez całe lata 60. i  znaczną część lat 70. podkopywali amerykański system i walczyli z jego wypaczeniami – ocenia politolog Rafał Chwedoruk z Uniwersytetu Warszawskiego.

Na okładce albumu „Bad" piosenkarz jest bledszy od Madonny. Ma też gruntownie przerobiony nos, podbródek i oczy. Ale jeszcze nie przypomina E.T. Album nawet częściowo nie osiąga zamierzonego sukcesu. Jackson jest skonsternowany. Plan nie działa. Coś poszło nie tak? „Może ciągle jeszcze jestem zbyt murzyński?" –  zastanawia się. Nie rozumie, że sukces „Thrillera" jest nie do  powtórzenia z trzech powodów, niezależnych od niego. Po pierwsze – w  wypadku „Thrillera" zadziałał syndrom nowości. Wszystko, co Jackson zrobił, było zaskakujące. „Bad", mimo że bardziej dopracowany, okazał się więc tylko powtórzeniem. Jackson stał się zresztą beneficjentem starań wielu czarnych artystów, którzy przez lata rozwijali gatunek, nie przebijając się do masowego odbiorcy. Po prostu wykorzystał ich doświadczenia.

Drugi powód to wizjonerska promocja „Thrillera" za  pomocą wideoklipów w powstającej właśnie amerykańskiej MTV. Nowa stacja telewizyjna okazała się najlepszym narzędziem promocyjnym wszech czasów. Jackson dał jej za darmo wideoklip do utworu „Thriller", który nakręcił za zawrotną wówczas sumę miliona dolarów. Nic więc dziwnego, że w MTV traktowali go jak świętego.

MTV niedługo potem zaczęła się dzielić i jej siła rażenia się zmniejszała. A czarna mniejszość zyskała wkrótce nowych bohaterów: artystów hiphopowych. Afroamerykanie poczuli, iż Jaco nie chce mieć z  nimi nic wspólnego, że się nimi trochę brzydzi. Uznali, że jest kwintesencją obciachu. Trzeci powód to pojawienie się formatu CD. Ci, którzy kupili „Thrillera" na płycie winylowej, musieli go jeszcze raz nabyć na kompakcie albo kasecie – do walkmana lub samochodu.

Michael Jackson pracował coraz ciężej, był wyczerpany, miał depresje, fobie, hipochondrię. Izolował się od ludzi, otaczając się dziećmi, zwierzętami i potakującym dworem. Quincy Jones, który zawsze był głosem rozsądku, został od króla popu odsunięty. Sam Jackson miał przecież umysłowość neurotycznego sześciolatka, co było widać w jego naiwnej chęci naprawiania świata. Jego kariera znalazła się na równi pochyłej. Po „Thrillerze" każda płyta sprzedawała się gorzej, a Jackson popadał w  obłęd ślubów, rozwodów, potknięć i operacji plastycznych, które uczyniły z niego zombi z wideoklipu „Thriller". Trudno było ocenić, czy bardziej zależy mu na tym, żeby w efekcie katorżniczej pracy powtórzyć sukces pierwszej „białej" płyty, czy by się upodobnić do swojej czarnej przyjaciółki Diany Ross (w jednym z wywiadów Jackson przyznał, że  chciałby śpiewać, mówić i poruszać się tak jak ona). Do tego doszły oskarżenia o pedofilię, po których – choć w sądzie nie udowodniono mu winy – nigdy się nie podźwignął.

W ostatnich latach Jackson marzył o  wielkim powrocie. Przygotowywał trasę koncertową, myślał o nagraniu albumu. Widocznie jednak nie zdawał sobie sprawy, że demokracja, którą przez lata szerzył, jeżdżąc po świecie z występami, jest okrutna. Że – jak mówił Seneka – bywa bardziej okrutna od tyranii. Jego fani mieli już innych idoli. Jego piosenki i aranżacje nie były już tak oryginalne, bo  inni nauczyli się je kopiować (wystarczy posłuchać choćby Timberlake’a). Jeśli król popu był jeszcze królem, to oszalałym Learem, który rządził swoim niewidzialnym królestwem i nie widział, że wszyscy się z niego śmieją.

Śmiech ustał w chwili śmierci Michaela Jacksona. Można powiedzieć, że zmarł w odpowiedniej chwili. Odszedł w pierwszym roku rządów pierwszego czarnoskórego prezydenta USA. Świat nie zdążył zapomnieć, że odszedł człowiek zmiany.

Okładka tygodnika WPROST: 27/2009
Więcej możesz przeczytać w 27/2009 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 35
  • ktoś IP
    Tak łatwo oceniać innych ludzi. Oto kolejny tego dowód. Jestem przerażona, że ten artykuł był tak stronniczy i po prostu obrzydliwy. Napakowany plotkami i nic nie wartymi \"wiarogodnymi doniesieniami\" przyprawia mnie tylko o mdłości. Kolejny raz zawiodłam się na autorze artykułu... a szkoda.
    • bez-nazwy IP
      Panie Robercie L. w kilku słowach jest pan od siedmiu boleści zakompleksionym dziennikarzyną, który patrząc po tekście jaki pan wypocił do niewątpliwie dobrej gazety jaką jest \"Wprost\" kompletnie nie wie nic o Michaelu Jacksonie. Wypisuje pan takie bzdury które świadczą o tym jak pan jest niedouczony muzycznie. Michael Jackson był jest i będzie największym artystą jaki kiedykolwiek żył na ziemi. Zrobił dla muzyki tyle że powinien pan całować miejsca w których stał i dziękować bogu że taki człowiek istniał. Jestem załamana pana postawą i nie dość że pisze pan artykuł poświęcony Michaelowi w dniu jego śmierci to jeszcze wypisuje swoje święcie beznadziejne komentarze mijające się z prawdą. Jednym słowem jest pan ZAKOMPLEKSIONYM eks dredziarzem który swoje informacje najwyraźniej bierze z tyłka.
      • bez-nazwy IP
        widać że \'leszczu\' mieszał w tym paluchy wylewając na papier żółć...zapewne mu ulżyło...proponuje jednak p. Leszczynski obejrzec wywiad z O.Winfrey, gzie jasno z ust MJ padaja słowa, którym pan (świadomie)zaprzeczył by artykuł stał się \'pikantniejszy\'. Niestety zrobił pan z tego człowieka zakompleksionego czarnucha, który tyra latami by \'coś\' znaczyć. Zapomniał pan jednak o pewnym szczególe, że odbiorcy muzyki nie segregują jej na czarną czy białą...
        • Lisa IP
          <> - oksymoron ;///
          • rondo 45 IP
            Leszczyński - tani dziennikarczyk próbujący zabłysnąć poprzez bycie oryginalnym. Niestety nie wychodzi to mu najlepiej.
            Panie Leszczyński radzę zacząć czytać dobrych recenzentów z zachodnich pism (o ile włada pan angielskim) i w ten sposób może się pan czegoś nauczy!