Buntownicy z wyboru

Buntownicy z wyboru

Dezerter, jeden z najważniejszych zespołów w historii polskiego rocka, wydaje właśnie nową płytę. I udowadnia, że nawet punkowcy muszą kiedyś dorosnąć.
Dezerter nigdy nie był hołubiony przez media ani branżę muzyczną, nie  dostaje nagród, a jego piosenki nie są puszczane w radiu. A mimo to mało jest w Polsce ludzi, którzy o nim nie słyszeli. W czasie swojej prawie trzydziestoletniej kariery Dezerter wydał kilkanaście albumów, zagrał ponad tysiąc koncertów i nawet na chwilę nie stracił opinii zespołu autentycznego, która dla punkrockowców jest cenniejsza od nagród.

Jeśli jednak komuś się wydaje, że muzycy grupy są więźniami dawnego wizerunku i wciąż wygrażają pięściami systemowi, jest w błędzie. Dezerter nadal ostro komentuje polską rzeczywistość, ale jego członkowie dawno już dorośli. Czy są przez to mniej autentyczni? Wręcz przeciwnie. 

Przeciw wszystkim

Popularność, podobnie jak wiele innych zespołów rockowych debiutujących w latach 80., Dezerter zawdzięcza w dużej mierze festiwalowi w  Jarocinie. To tam zespół zapracował na status gwiazdy, a jego członkowie zyskali opinię buntowników. Dla czwórki muzyków tworzących pierwszy skład zespołu: gitarzysty Roberta Matery, perkusisty Krzysztofa Grabowskiego, basisty Dariusza Stepnowskiego i wokalisty Darka Hajna, punk rock był narzędziem walki, a zakazy i nakazy PRL – idealnym celem ataku.

– Chcieliśmy nie tylko tworzyć muzykę, ale także mieć możliwość wypowiedzi. Im bardziej nas ograniczano, tym bardziej staraliśmy się śpiewać o rzeczach, które były dla cenzury nie do przyjęcia – wspomina Matera.

Zaczynali od prób w szkole na fatalnym sprzęcie. Nie mieli wielkich aspiracji. Chcieli tylko założyć zespół, zagrać koncert, a jak się uda, wystąpić na którymś z lokalnych festiwali. A przy okazji zagrać na nosie władzy, którą uosabiała dyrekcja szkoły (Matera i Grabowski byli uczniami warszawskiego technikum samochodowego) i milicja. Był rok 1981.

Po występie na Mokotowskiej Jesieni Muzycznej i serii udanych koncertów Dezerter zagrał na festiwalu w Jarocinie. W kolejnych latach zespół dorobił się miana gwiazdy młodej muzyki, a jego koncerty stały się główną atrakcją festiwali. To wtedy muzycy zyskali opinię wiecznych kontestatorów: swoimi piosenkami atakowali wszystko – komunę, władzę, Kościół, narodowców.

Rosnąca popularność Dezertera sprawiła, że zespołem zaczęła interesować się milicja. – W tamtych czasach granie punk rocka było deklaracją polityczną, rodzajem antysystemowego manifestu, który był przez władzę odczytywany jako atak – mówi dziś Robert Matera. – Kiedyś zostaliśmy zaatakowani przez pijanego sierżanta gazem łzawiącym. Innym razem jakaś dziewczyna wbrew zakazowi rodziców pojechała na nasz koncert. Pech chciał, że jej ojciec był milicjantem. Zabrał nas na komisariat, a potem w jego towarzystwie odbyliśmy rozmowę „wychowawczą" z dyrektorem szkoły, w której się uczyła – wspomina.

Uciec od wizerunku

Paradoksalnie to, co było największą siłą polskiego punk rocka w  ostatnich latach PRL, w latach 90. stało się jego największym problemem. Na tle popularnych wykonawców z Zachodu, których płyty zalały rynek, chałupnicza jakość nagrań rodzimych punkowców wypadała blado, a  wzywające do walki teksty zaczęły ocierać się o śmieszność. Zainteresowanie ich muzyką szybko malało, a punk został zepchnięty do  niszy.

Dezerter był wtedy jednym z niewielu zespołów, które zdołały utrzymać popularność. – Druga połowa lat 90. była jedynym okresem w  naszej karierze, kiedy mogliśmy utrzymywać się z grania. Wydawaliśmy płyty dla dużych wytwórni, graliśmy dużo koncertów, także na Zachodzie. To był dla nas bardzo dobry czas – mówi Robert Matera. Mimo to z czasem zespół coraz rzadziej wydawał płyty, a jego członkowie musieli zacząć łączyć muzykę z pracą zawodową.

Dziś Dezerter ma na polskiej scenie status legendy. Do inspirowania się jego twórczością przyznają się kolejne pokolenia muzyków, także tych, którzy wspólnie z nim debiutowali na scenach Jarocina. – To kapitalny zespół, miał ogromne znaczenie dla  rozwoju polskiej muzyki rockowej, dla mojej twórczości także. W latach 80. działaliśmy w jednym środowisku, wszyscy byliśmy przeciwko marazmowi tamtych czasów – mówi Paweł Kukiz.

Ideologia sprzeciwu, która w latach 80. niosła punk rock, z biegiem lat dla wielu zespołów stała się artystyczną trumną. Nawet muzycy Dezertera do dziś kojarzeni są przede wszystkim z kontestacją ówczesnego systemu i z tego powodu wiele osób traktuje ich jak zjawisko historyczne, a nie aktywnie funkcjonujący zespół. Tymczasem już album „Nielegalny zabójca czasu" z 2004 r. pokazał, że Dezerter odnalazł się w nowych czasach i nowych trendach muzycznych. Wciąż emanował punkrockową energią, ale muzycznie wychodził naprzeciw nowym trendom. Bunt przestał być hasłem przewodnim piosenek zespołu, zastąpiło go komentowanie absurdów życia codziennego. Część fanów krytykowała ich za odejście od dawnego brzmienia i tekstów, ale  paradoksalnie właśnie to pozwoliło im zachować autentyczność. – Na  naszych koncertach zdarzają się oczywiście starzy fani, którzy pamiętają nas jeszcze z czasów Jarocina, ale publiczność zdominowana jest przez młodzież – mówi Matera.

Kompromisy z życiem

Dezerter, mimo wysokiej pozycji, jaką osiągnął w polskiej muzyce, nadal nie jest dochodowym przedsiębiorstwem. Jacek Chrzanowski, który od 2000  r. gra w zespole na gitarze basowej, współpracuje też z grupą Hey, a  pozostali członkowie grupy większość czasu poświęcają rodzinie i pracy zawodowej. – Gramy kilkadziesiąt koncertów rocznie, udzielamy się także w innych projektach. Zespół jest dla nas sposobem na realizowanie pasji, ale poza nim mamy jeszcze sprawy zawodowe i to one zajmują nam najwięcej czasu – mówi Matera, który na co dzień zajmuje się montażem telewizyjnym i współpracuje z jedną ze stacji.

Jak na etatowego buntownika polskiej sceny muzycznej jest niezwykle racjonalny. – Jeśli chodzi o tryb życia, jestem zupełnie normalnym człowiekiem, przeciętnym Polakiem. Trzeba zawierać pewne kompromisy z życiem i trzeźwo oceniać rzeczywistość. Nie  można się obrażać na cały świat. Niektórym ludziom wydaje się, że fakt, iż w swoich piosenkach krytykujemy pewne elementy rzeczywistości, nakłada na nas obowiązek życia pod mostem. A ja tymczasem, tak jak wielu normalnych ludzi, uważam, że ważne jest skończenie studiów, że dobrze jest zarabiać pieniądze i w miarę wygodnie żyć.

Najnowsza płyta „Prawo do bycia idiotą" wydana przez wytwórnię Mystic jest pierwszym od sześciu lat studyjnym albumem Dezertera. I jednym z najlepszych w jego karierze. Pisane przez Krzysztofa Grabowskiego pełne przekory teksty w  inteligentny sposób komentują absurdy polskiej rzeczywistości, nasze narodowe fobie i obsesje. A skomponowana przez Materę muzyka to  energetyczny i nowocześnie brzmiący punk rock.

Istnieje wiele sposobów na popełnienie artystycznego samobójstwa, żaden nie jest jednak tak popularny jak „powrót do korzeni". Syndrom powrotów dotyka artystów na  całym świecie, a kończy się zwykle kompromitacją. „Prawo do bycia idiotą" powrotem do źródeł na szczęście nie jest. Fani Dezertera powinni być zadowoleni: muzyczne poszukiwania Matery nie przekraczają granicy bezpieczeństwa. Jednak zawiodą się ci, którzy oczekiwaliby następców piosenek takich jak „Spytaj milicjanta” czy „Ku przyszłości”. – Przy okazji każdej płyty chcemy rzucać wyzwanie naszym słuchaczom, nie  jesteśmy skansenem, dzięki któremu starzy fani mogliby powspominać dawne czasy. Od tego są koncerty – komentuje Matera i dodaje: – Całe nasze pokolenie musiało kiedyś dorosnąć, my też.

Okładka tygodnika WPROST: 41/2010
Więcej możesz przeczytać w 41/2010 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także