Co zrobić, by atak na talibów nie został uznany przez świat muzułmański za krucjatę Zachodu przeciwko islamowi? Amerykańscy stratedzy chyba znaleźli już rozwiązanie - najlepiej poprosić o pomoc samych Afgańczyków, umiarkowanych muzułmanów. Tych, którym dyktatura talibów daje się we znaki, dla których oznacza biedę, niekończącą się wojnę. Tych, którzy pozostają z nimi w otwartym konflikcie, czyli - mudżahedinów.
Przy granicy z Tadżykistanem stacjonują oddziały afgańskiej partyzantki gotowe do walki z talibami. Wystarczy wszak dać Sojuszowi Północnemu odpowiednie wsparcie w postaci broni i pieniędzy. Coraz obfitszy strumień pomocy już płynie w tym kierunku. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Partyzanci złapali drugi oddech i kontrolują kilkanaście procent terytorium kraju.
Nawet jeśli okaże się, że by ostatecznie rozprawić się z Osamą bin Ladenem i jego armią, nie obejdzie się bez kilku sprawnych akcji sił specjalnych (podobno kilkuosobowe oddziały amerykańskich jednostek specjalnych już od dwóch tygodni dyskretnie penetrują wioski w afgańskich górach) niebezpieczeństwo wywołania wojny globalnej i tak zmaleje do minimum.
Miejmy nadzieję, że ten plan się powiedzie. Miejmy też nadzieję, że Amerykanie będą ostrożniejsi niż 20 lat temu i będą mieli pomysł na to, jak zachować się gdy plan się powiedzie, tj. gdy mudżahedini pokonają talibów. Pomysł wykorzystywania "dobrych" muzułmanów w walce "z większym złem" wcale nie jest nowy. Właśnie dlatego, że z powodzeniem stosowano go w latach osiemdziesiątych w siłę urósł Osama bin Laden, kiedyś "dobry sojusznik", dziś wróg nr 1 demokratycznego świata.
Tomasz Wojciechowski
Przy granicy z Tadżykistanem stacjonują oddziały afgańskiej partyzantki gotowe do walki z talibami. Wystarczy wszak dać Sojuszowi Północnemu odpowiednie wsparcie w postaci broni i pieniędzy. Coraz obfitszy strumień pomocy już płynie w tym kierunku. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Partyzanci złapali drugi oddech i kontrolują kilkanaście procent terytorium kraju.
Nawet jeśli okaże się, że by ostatecznie rozprawić się z Osamą bin Ladenem i jego armią, nie obejdzie się bez kilku sprawnych akcji sił specjalnych (podobno kilkuosobowe oddziały amerykańskich jednostek specjalnych już od dwóch tygodni dyskretnie penetrują wioski w afgańskich górach) niebezpieczeństwo wywołania wojny globalnej i tak zmaleje do minimum.
Miejmy nadzieję, że ten plan się powiedzie. Miejmy też nadzieję, że Amerykanie będą ostrożniejsi niż 20 lat temu i będą mieli pomysł na to, jak zachować się gdy plan się powiedzie, tj. gdy mudżahedini pokonają talibów. Pomysł wykorzystywania "dobrych" muzułmanów w walce "z większym złem" wcale nie jest nowy. Właśnie dlatego, że z powodzeniem stosowano go w latach osiemdziesiątych w siłę urósł Osama bin Laden, kiedyś "dobry sojusznik", dziś wróg nr 1 demokratycznego świata.
Tomasz Wojciechowski