Widzowie i czytelnicy lubią się umawiać na coraz nowe randki ze swoimi ulubionymi bohaterami. Sukces książek o Herry Potterze skazał więc na sukces film o młodym angielskim czarodzieju. Ten sam mechanizm przesądzi zapewne o sukcesie książki Williama Steiga, na której oparto scenariusz filmowy "Shreka". Dziś książki najskuteczniej promuje się za pomocą obrazu, a popularność dzieł kinowych najłatwiej zbudować jest na fundamentach literackich.
Nie spełniają się czarne scenariusze malkontentów, którzy twierdzili, że kino zabije czytelnictwo. Mylili się ci, którzy twierdzili, iż nikomu nie będzie chciało się czytać, skoro zamiast tego może tę samą historię prześledzić na ekranie, zajadając popcorn. Jest wręcz przeciwnie. Dzięki popularnym filmom księgarnie znów (czasem) są szturmowane. Powtórne wydanie powieści, która została wcześniej zekranizowana i odniosła sukces komercyjny staje się wydarzeniem, o którym rozmawia się w autobusie, w pracy i przy kolacji.
Malkontenci nie byliby sobą, gdyby nie narzekali nadal. Mówią, że nie jest to literatura najwyższych lotów, nie znajdują w niej wartości artystycznych, a co poniektórzy rozpaliliby najchętniej stos, który pochłonąłby wszystkie egzemplarze "Shreka", czy "Harry'ego Pottera". Zapominają jednak o tym, że czytania też trzeba się nauczyć. Zaczynając - choćby od "Shreka".
Mariusz Kowalczyk
Nie spełniają się czarne scenariusze malkontentów, którzy twierdzili, że kino zabije czytelnictwo. Mylili się ci, którzy twierdzili, iż nikomu nie będzie chciało się czytać, skoro zamiast tego może tę samą historię prześledzić na ekranie, zajadając popcorn. Jest wręcz przeciwnie. Dzięki popularnym filmom księgarnie znów (czasem) są szturmowane. Powtórne wydanie powieści, która została wcześniej zekranizowana i odniosła sukces komercyjny staje się wydarzeniem, o którym rozmawia się w autobusie, w pracy i przy kolacji.
Malkontenci nie byliby sobą, gdyby nie narzekali nadal. Mówią, że nie jest to literatura najwyższych lotów, nie znajdują w niej wartości artystycznych, a co poniektórzy rozpaliliby najchętniej stos, który pochłonąłby wszystkie egzemplarze "Shreka", czy "Harry'ego Pottera". Zapominają jednak o tym, że czytania też trzeba się nauczyć. Zaczynając - choćby od "Shreka".
Mariusz Kowalczyk