Spider-Man. Restart

Spider-Man. Restart

Po pięciu latach przerwy na ekrany kin wraca jeden z najważniejszych superbohaterów współczesnego komiksu. Ten sam Człowiek Pająk, o którym słyszeliście już nieraz. Ale nie taki sam.
Peter Parker to z pozoru przeciętny amerykański nastolatek. Ma talent do nauk ścisłych, robi niezłe zdjęcia, nie radzi sobie w kontaktach z dziewczynami. Jednak coś sprawia, że nie jest przeciętny: ugryziony przez radioaktywnego pająka zyskał nadludzką moc i jako Spider-Man walczy ze złem zagrażającym mieszkańcom Nowego Jorku. Słyszeliście już o nim? Nic dziwnego – nawet jeśli nie czytaliście komiksów o Człowieku Pająku, prawdopodobnie widzieliście filmy, w których grał go Tobey Maguire.

Teraz na ekrany kin wchodzi „Niesamowity Spider-Man”, w którym niebiesko-czerwony kostium nosi Brytyjczyk Andrew Garfield, znany m.in. z „Social Network”. Dla niego rola Człowieka Pająka była spełnieniem dziecięcych marzeń. „Kiedy ją dostałem, byłem szczęśliwy przez ułamek sekundy”, wspominał w rozmowie z „Total Film”. „A potem szybko się zdenerwowałem”. Bo Spider-Man to jedna z ikon amerykańskiej popkultury.

Do życia powołał go 50 lat temu Stan Lee, legenda wydawnictwa Marvel, twórca m.in. The Avengers. Pojawienie się Spider-Mana w miesięczniku komiksowym „Amazing Fantasy” w sierpniu 1962 r. było rewolucją – oto po raz pierwszy superbohaterem był zwyczajny nastolatek, z którym mogli identyfikować się czytelnicy. Spider-Man szybko zyskał olbrzymią popularność. W przeciwieństwie do Super-Mana czy Kapitana Ameryki nie jest chodzącym sztandarem – nie uosabia wartości patriotycznych ani amerykańskiej dumy. To chłopak z sąsiedztwa, gotowy poświęcić się dla ludzkości.

Z biegiem lat Spider-Man zmieniał się: z nieśmiałego ucznia college’u, dorabiającego pracą w gazecie, stał się pewnym siebie studentem, potem szczęśliwie żonatym nauczycielem, wreszcie nieszczęśliwie rozwiedzionym fotografem freelancerem. Doczekał się wrogów i przeszedł kilka kryzysów osobowości.

Komiksowe kino niezależne

Wyreżyserowany przez Marca Webba „Niesamowity Spider-Man” nie jest ekranizacją konkretnego zeszytu, a raczej esencją tego, co można było przeczytać we wszystkich komiksach o nim. Peter zmaga się z tajemnicą zaginięcia swoich rodziców, którzy osierocili go jako pięciolatka. Wychowywany przez wujka Bena (Martin Sheen) i ciotkę May (Sally Field) stał się outsiderem pełnym złości, z którą nie potrafi sobie poradzić. Moc, którą zdobywa po ukąszeniu przez radioaktywnego pająka, początkowo wykorzystuje, by imponować dziewczynom i dopiec szkolnemu osiłkowi. Dopiero pod wpływem zakochanej w nim Gwen Stacy (Emma Stone) zaczyna dorośleć. Ale wtedy spadają na niego kolejne nieszczęścia: w napadzie ginie wujek Ben, za co Peter się obwinia. Później mentor chłopaka, doktor Curt Connors (Rhys Ifans), pod wpływem nieudanego eksperymentu transgenicznego zamienia się w terroryzujące Nowy Jork monstrum – pół człowieka, pół jaszczura, znanego jako The Lizard.

Sporo ma na głowie jak na nastoletniego chłopaka: walkę ze złem, zmagania ze swoimi emocjami i na dodatek świadomość, że jako Spider-Man naraża na niebezpieczeństwo swoich bliskich. Webb, znany jako reżyser komedii romantycznej „500 dni miłości”, podkreśla, że relacje między bohaterami są dla niego równie ważne, co akcja. W „Spider-Manie odkryłem kameralne, intymne kino niezależne”, żartował, podkreślając psychologiczny realizm filmu.

Pierwsze wiadomości o powstawaniu „Niesamowitego Spider-Mana” wzbudziły wśród widzów i krytyków lekką konsternację – wszak w ostatnim dziesięcioleciu oglądaliśmy w kinach całą serię filmów o Człowieku Pająku. „Spider-Man to element naszej kultury. Jest wiecznym bohaterem. W komiksach był przedstawiany w wielu wersjach, uznałem więc, że warto kontynuować tę tradycję także w kinie”, tłumaczył Webb.

Człowiek Pająk jak Hamlet

W latach 2002-2007 Sam Raimi (twórca m.in. serii horrorów „Martwe zło”) nakręcił trzy części „Spider-Mana”. Na drodze do realizacji była czwarta. Poprzednie zarobiły w kinach łącznie ponad 800 mln dolarów – wystarczająco dużo, by producenci dali zielone światło kolejnemu filmowi. Jednak przedłużające się prace nad scenariuszem, problemy z obsadą (Tobey Maguire przekroczył trzydziestkę i trudno byłoby uwierzyć, że jest nastolatkiem), ale także niezbyt przychylne recenzje trzeciej części sprawiły, że Sony, właściciel praw do filmów o Spider-Manie, wstrzymało produkcję. Jak się okazało, nie na długo. Wkrótce ruszyła realizacja „Niesamowitego Spider-Mana”.

„Sam Raimi pokazał narodziny Człowieka Pająka, ja chcę opowiedzieć, jak kształtował się charakter Petera Parkera”, twierdzi Webb i z komiksowych historii wyciąga wątki, które jego poprzednik pomijał – poszukiwanie prawdy o śmierci rodziców, młodzieńczą miłość do Gwen i konflikt z jej ojcem, relacje z doktorem Connorsem. Za to nie pojawiają się w tej opowieści Mary Jane, najsłynniejsza dziewczyna Spider-Mana (u Raimiego grała ją Kirsten Dunst), ani J.J. Jameson, sadystyczny szef Petera z gazety „Daily Bugle”. Zarzuty o kopiowanie wcześniejszej trylogii są więc bezpodstawne.

Najlepiej sprawę ujął grający Lizarda Rhys Ifans: „Dajcie spokój, ?Hamleta? wystawia się po wielokroć. Nasz film to zupełnie nowe spojrzenie na całą historię”. Wiele faktów w historii pozostaje jednak bez zmian. „Niektóre elementy opowieści o Spidermanie, jak śmierć wujka Bena, są tak ważne, że nie odważyłbym się ich zmienić”, tłumaczy Webb. Spider-Man wraca więc w odświeżonym, bardziej dynamicznym, ale i bardziej refleksyjnym wcieleniu. Podobnie jak trochę odmienieni wracali Batman, James Bond i załoga statku Enterprise ze „Star Treka”.

Amerykanie nazywają to rebootem. Termin jest dobrze znany informatykom – po angielsku oznacza po prostu restart komputera. Ale to określenie na dobre przyjęło się także w języku filmowców. Reboot to historia opowiedziana zupełnie od nowa. Nie należy mylić go z remakiem, który polega na nakręceniu nowej – czasem uwspółcześnionej, czasem przeniesionej w inne realia – wersji wcześniejszej historii. Remakiem jest „Ocean’s 11” Stevena Soderbergha, „Siedmiu wspaniałych” (czyli „Siedmiu samurajów” Kurosawy przeniesionych na Dziki Zachód) albo „Infiltracja” Martina Scorsese, zainspirowana policyjnym dramatem z Hongkongu „Infernal Affairs”. Reboot z kolei wykorzystuje istniejące już postaci i miejsca, ale opowiada nową historię z ich udziałem.

Nie jest to filmowy wynalazek – podobne zabiegi od lat stosują twórcy komiksów o superbohaterach, by wyczyścić zagmatwane wątki i dostosować historię do wymagań kolejnych pokoleń czytelników. Nie jest to również wynalazek amerykański – już w latach 60. japońska seria filmów o Godzilli doczekała się pierwszego rebootu (choć oczywiście nikt nie używał wtedy tego terminu).

Hollywood początkowo podchodziło do tej idei ostrożnie, pierwsze próby – jak przywracanie na ekran innego komiksowego herosa, Punishera – były średnio udane. Wszystko zmienił Batman.

Bohaterowie to marki

W 2005 r. do kin trafił „Batman – początek” w reżyserii Christophera Nolana z Christianem Bale’em w roli tytułowej. Nie był to – wbrew temu, co zdarzało się pisać niektórym krytykom – kolejny sequel serii, którą w latach 1989-1997 kręcili najpierw Tim Burton, a później Joel Schumacher. Nolan po prostu opowiedział historię zamaskowanego mściciela z Gotham City od nowa, czerpiąc z tych samych źródeł, czyli wydawanych od końca lat 30. komiksów o Mrocznym Rycerzu.

Okazało się, że historię Batmana można przedstawiać na różne sposoby – klasyczny film z 1966 r. był komediowym kinem akcji, Tim Burton nakręcił wersję balansującą na granicy groteski i gotyckiego horroru, Nolan zaś zdecydował się na wersję poważną, głęboką, wiarygodną psychologicznie. Można się zresztą będzie o tym wkrótce przekonać – „Mroczny Rycerz powstaje”, trzeci film Nolana o Batmanie, wejdzie na ekrany polskich kin 27 lipca.

Studio Warner Bros – właściciel praw do filmowego wizerunku Batmana – już zapowiedziało, że zamaskowany heros powróci po raz kolejny, choć jeszcze nie wiadomo kiedy ani w jakim filmie. W przyszłym roku w kinach ponownie pojawi się także inny bohater amerykańskiego komiksu – Zack Snyder kończy pracę nad filmem o Super-Manie.

Czy rebootowanie znanych serii filmowych nie jest jedynie ordynarną próbą wyciągania pieniędzy z kieszeni widzów? Oczywiście motorem napędowym takich przedsięwzięć jest potencjalny zysk – filmy o superbohaterach gwarantują zazwyczaj astronomiczne wpływy do kasy studia. Również z tego powodu odświeżenia doczekali się James Bond („Casino Royale” z 2006 r.) i „Star Trek” (2009). Jeśli film okazuje się sukcesem – nie tylko komercyjnym, ale też artystycznym – sensu tych przedsięwzięć nikt nie kwestionuje. Poza tym oczywiste wydaje się dziś, że agent 007, Batman czy Spiderman są nie tylko ikonami popkultury, ale także markami, które co jakiś czas domagają się dostosowania do potrzeb nowej widowni. I nie chodzi tylko o to, by na ekranie pojawiły się nowoczesne gadżety. Rzecz w tym, że wyobraźnia widzów, którzy wybiorą się na najnowszy film o Spidermanie, wciąż się zmienia, bez przerwy kształtowana jest przez nowe filmy. Dziś publiczność oczekuje, że kino komiksowe będzie nie tylko dobrze zrealizowane (przy efektach 3D pomagał Webbowi James Cameron), ale także kipiące akcją jak „The Avengers”, inteligentne jak „Mroczny Rycerz” i autoironiczne jak „Kick-Ass”. „Niesamowity Spider-Man” te wymagania spełnia. A poza tym wszystkim oglądanie go – nawet gdy ma się w pamięci filmy Sama Raimiego – dostarcza przyjemności porównywalnej z czytaniem komiksów: niby przedstawiają podobne historie, ale gdy zmieniają się scenarzyści i rysownicy, zmienia się też perspektywa, z jakiej poznajemy bohaterów. Dzięki utalentowanym i obdarzonym wizją reżyserom – jakimi są i Marc Webb, i Sam Raimi – te same historie brzmią zdecydowanie różnie.

Zatem można śmiało założyć, że gdy Andrew Garfield zakończy swoją przygodę ze Spider-Manem, po paru latach inny młody aktor przejmie po nim rolę Człowieka Pająka, a inny reżyser zaprezentuje swoją wizję: może w tonacji serio, może w konwencji science fiction. Komiksów o Spidermanie powstało w końcu tysiące, a my zawsze będziemy potrzebować superbohaterów. Autor jest dziennikarzem „Dziennika. Gazety Prawnej”.
Okładka tygodnika WPROST: 27/2012
Więcej możesz przeczytać w 27/2012 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0