Papież pod Wiedniem

Papież pod Wiedniem

Nie lubi rozgłosu, ale gra głośne role. O próbie ucieczki przed show-biznesem Piotr Adamczyk opowiada Krzysztofowi Kwiatkowskiemu.
Krzysztof Kwiatkowski: Fryderyk Chopin, Jan Paweł II, a w „Bitwie pod Wiedniem” – cesarz Leopold I Habsburg. Nie onieśmielają pana takie postacie?
 Piotr Adamczyk: Portretowanie wielkich to ciekawe i wymagające zadanie aktorskie, więc ucieszyła mnie propozycja roli w „Bitwie pod Wiedniem” Renza Martinellego. Zwłaszcza gdy przeczytałem w historycznej książce opis Leopolda. Zrozumiałem, że był postacią tragiczną, niepasującą do swoich czasów. To rozkochany w operze krzewiciel kultury, władca okresu pokoju, którego los zmusił do podejmowania wojennych decyzji. Człowiek zmanierowany dworską etykietą, z wystającą, habsburską wargą, pokurczony, ale bardzo wrażliwy.

 I miał pan ochotę wbić się w kostium i go zagrać?

 Tak, bo lubię swoją pracę. Aktorzy mają głód grania. Nawet jeśli niemal wyskakują z lodówki, jak ostatnio ja. A kostium? Dobrze się w nim czuję. W Teatrze Narodowym zagrałem kilkadziesiąt spektakli „Władzy”, we Współczesnym – w „Łgarzu”. Zżyłem się z XVII-wiecznym stylem: przyzwyczaiłem do ciężkich peruk, nauczyłem chodzić na wysokim obcasie. A zakwasy w łydkach po maratonie są niczym w porównaniu z tym, co odczuwa debiutant po jednym dniu na koturnach. Również to doświadczenie, pośród innych, wniosłem do „Bitwy pod Wiedniem”.

Ostatnio w Polsce powstaje coraz mniej superprodukcji historycznych. Nowe pokolenie reżyserów – Leszek Dawid, Bartosz Konopka, Greg Zgliński – pokazuje na ekranach współczesność.

Filmy o współczesności są ważne, ale repertuar kin powinien być zróżnicowany. Polacy wciąż leczą się z kompleksów i porażek, dobrze, że „Bitwa...” przypomina o naszej wiktorii. A podróżowanie w czasie jest dla mnie arcyciekawe. Zmusza do zastanowienia, jak na co dzień żyło się w innej epoce, pozwala z większym dystansem spojrzeć na to, co tu i teraz – zawrotne tempo naszego życia, prędkość obiegu informacji, jej miałkość. Z dojrzewaniem nie zanikła we mnie dziecięca ciekawość.

W tym roku skończył pan czterdzieści lat. Zmusiło to pana do podsumowań?

 Nie potrzebuję takich cezur do rozliczania się ze sobą. Człowiek robi to w każdym momencie życia. Niedawno zapytano sześciolatków, dlaczego uczą się czytać. Jedne odpowiadały, że potrzebne im to, bo chcą zostać strażakami albo miliarderami, inne mówiły, że muszą zrozumieć napisy na drogowskazach, gdyby zgubiły się rodzicom na ulicy.

A pan po co uczył się czytać?

 Żeby biec za marzeniami. Jako mały chłopiec poszedłem na święto „Trybuny Ludu”, żeby kupić coca-colę. Dla mnie jednak okazało się ważniejsze, że zobaczyłem na festynie dzieci, które śpiewały i recytowały wiersze. Pełnym głosem, bez strachu. Chciałem być jak one i konsekwentnie do tego dążyłem. Miałem 13 lat, gdy zdałem do ogniska teatralnego Machulskich. Czas tam spędzony ukształtował mój światopogląd. Przeżywałem pierwsze miłości, przyjaźnie, uczyłem się odpowiedzialności. Poznałem też Elżbietę Pastecką, pod jej okiem założyliśmy z kolegami trio pantomimy Park. Wiedziałem, co chcę w życiu robić.

Droga do spełnienia marzenia nie była chyba łatwa dla chłopaka z niezamożnego domu na warszawskich Jelonkach, bez zaplecza artystycznego i finansowego.

Bardzo dużo zawdzięczam mamie. Tata wcześnie zmarł, ona wychowywała mnie samotnie. Była niezwykle otwarta, potrafiła dostrzec, co jest dla mnie ważne. Jako czternastolatek dostałem stypendium i pojechałem na warsztaty do Anglii, w okolice Liverpoolu. Bilet kosztował fortunę – całe rodzinne oszczędności. Postanowiłem zwrócić te pieniądze. Zadzwoniłem z Londynu z pytaniem, czy mogę zostać do końca wakacji, może złapię jakąś pracę. Mama się zgodziła. To był z jej strony akt niemałej odwagi. A ja nauczyłem się samodzielności. Pracowałem jako ogrodnik, murarz, parkieciarz, myłem okna, wisząc na wysokości drugiego piętra – bez asekuracji, trzymany tylko za nogi przez kolegę. Po latach, kiedy we włoskim teatrze dostałem rolę w „Emigrantach” Mrożka, zagrałem tego faceta, który trzymał mnie wtedy za nogi.

Kończył pan szkołę teatralną na początku lat 90., gdy studenci aktorstwa nie marzyli jeszcze o zahaczeniu się w którejś z kilkunastu telenowel. Czuje się pan ostatnim pokoleniem aktorskim minionych czasów?

Moi profesorowie – Anna Seniuk, Gustaw Holoubek i Zbigniew Zapasiewicz – rzeczywiście nie przygotowali nas na dzisiejszą rzeczywistość, nie mogli jej przewidzieć. Marzyłem, żeby dostać się do dobrego teatru. Być jak Tadeusz Łomnicki. Na początku przyjmowałem tylko propozycje, które miały w nazwie „teatr”. Teatr Telewizji, Teatr Polskiego Radia, Teatr Współczesny, nawet teatr uliczny. Wtedy łączył się z tym prestiż. Dzisiaj „aktor z teatru” to niemal ktoś, komu się nie powiodło. Pamiętam swoje rozczarowanie, kiedy kilka lat po studiach zagrałem główną rolę w spektaklu telewizyjnym Filipa Zylbera „Ketchup Schroedera”. Szukałem swojego nazwiska w zapowiedziach programu w gazecie. Nie znalazłem. Redaktorzy woleli wymienić kolegów, którzy w sztuce pojawiali się w epizodach, ale mieli filmową renomę.

Wtedy odkrył pan, że rodzi się w Polsce show-biznes?

To był powolny proces. Pod koniec lat 90. byłem związany z popularną kinową aktorką. Gdy poszliśmy na premierę jej filmu, w kadr zdjęć, które jej wówczas robiono, weszło najwyżej moje ramię. Wtedy nie interesowano się, kto się z kim zadaje, liczyła się artystka, która stworzyła kreację w filmie. Dzisiaj życie prywatne gwiazd jest często głównym powodem ich obecności w mediach. Ostatnio w pięciozdaniowym artykuliku o sobie znalazłem 12 kłamstw. Potem wymysł dziennikarza powtarzają coraz bardziej renomowane periodyki, telewizje śniadaniowe. Rodzi się fakt medialny. Skoro nie zdementował, że nie jest wielbłądem – znaczy, że jest. A ja co? Mam iść do sądu z Telewizją Polską? Zresztą czy moje narzekanie ma sens? Lamenty niczego nie zmienią. Dbam już tylko, żeby pamiętać swoje życie tak, jak je przeżyłem, a nie tak, jak mi je napisały media.

Odczulił się pan na plotki ze stron internetowych?

Nie. Nie odczuliłem się. Mam w sobie szacunek do prawdy i nie umiem się pogodzić z tym, jak wykorzystuje się naiwną wiarę ludzi w słowo drukowane. Dziwię się, gdy znajomi ze współczuciem patrzą mi w oczy, bo w prasie przeczytali, że przeżywam prywatny dramat. Pan pewnie nie śledzi takich mediów, ale tam sensacje na temat mojego życia pojawiają się bardzo często. Czytam Pudelka. Ciekawi mnie portal, od którego zaczyna dzień kilka milionów Polaków. Na szczęście więcej milionów Polaków zaczyna dzień od czegoś innego. Wolę rozmawiać na nudniejsze tematy, dotyczące mojej pracy.

Krokami milowymi w pana karierze były kreacje Chopina i papieża. Trudno było grać postacie, których większość Polaków ma konkretne wyobrażenie?

 W takich wypadkach trzeba robić swoje. Na planie „Karola. Człowieka, który został papieżem” zastanawiałem się, czy wypada, żeby Wojtyła nucił „Góralu, czy ci nie żal” albo napił się w czasie wojny wódki z ojcem i księdzem Zaleskim. Świadomość, że Polska czeka na film, blokowała mnie. Dlatego przestałem o tym myśleć.

Podobno po premierze „Karola...” krępował się pan wypić piwo w knajpie.

Tak, ale zrozumiałem, że to ślepa uliczka. Większość widzów ma świadomość, że aktor jest aktorem. Dla reszty nie przekuję się w pomnik.

 A nie bał się pan, że ta rola wpłynie na pana aktorskie emploi?

 Zbigniew Zapasiewicz ostrzegał mnie, że po papieżu niczego już nie zagram. Stało się inaczej. Niemal od razu przyszła propozycja z „Testosteronu”. Dzisiaj widzę, że jako Kornel w tym filmie wciąż miałem w sobie blokadę. Trudno mi było wystarczająco dobitnie zakląć: „O, kurwa”. Ale potem miałem szansę udowodnić swoją wiarygodność w innych, także tych soczystych językowo, rolach. Teraz też żegnam się z dwiema skrajnie różnymi postaciami serialowymi – pierdołowatym kardiologiem zwanym Żabcią w „Przepisie na życie” i przebiegłym gestapowcem w „Czasie honoru”. Nie zaszufladkowano mnie jako aktora od ról w sutannie. Pamiętam, Adam Woronowicz zadzwonił do mnie po otrzymaniu roli księdza Popiełuszki. Trochę się jej bał. Powiedziałem mu, że da się żyć po podobnym doświadczeniu. Jestem tego przykładem. On też.

Potem zażartowaliście ze swoich „świątobliwych” ról w komediowym „Świętym interesie” Macieja Wojtyszki.

To była niemal terapia. Niektórzy odebrali ją jako świętokradztwo. Ale z brakiem dystansu i poczucia humoru nie da się dyskutować.

Nie przyzwyczaił się pan jeszcze do życia na świeczniku?

To nie mój świat. Wolałbym spokojnie wykonywać swój zawód bez obowiązku grania gwiazdora na czerwonym dywanie.

Sam pan ściąga na siebie popularność. „Śniadanie do łóżka”, „Och, Karol 2”, „Listy do M.”. Flirtuje pan z kinem rozrywkowym.

 Te role zapewniły mi ciągłość zawodowego życia. Żadnej z nich się nie wstydzę.

Gra pan w teatrze, w filmach, kręci reklamy, podkłada głos w animacjach. Nie ma pan poczucia, że rozdrabnia się pan?

 Mam szansę grać, więc gram. Wbrew pozorom, nie ma tego aż tak dużo. W teatrze występuję w dwóch przedstawieniach: „Księżniczce na opak wywróconej” w Narodowym i „Dziennikach” Gombrowicza w Imce. W planach jest powrót do „Smuteczku” w Dramatycznym. Przyzwyczaiłem się, że mam wypełniony czas. A teraz doszły jeszcze do tego podróże do Paryża, który daje mi inny oddech. Tam swobodniej chodzę po ulicach, w knajpie nie muszę stale rozglądać się na boki.

 W Warszawie sam pan prowadzi restaurację.

 Wraz z moimi wspólnikami. Stary Dom przynosi mi ogromną satysfakcję. Uwielbiam tu przychodzić, witać gości. Pozwala mi to zachować kontakt z rzeczywistością. Rozmawiam z pracownikami, zdarza się, że muszę komuś zwrócić uwagę, kogoś zatrudnić, czasem zwolnić. Podejmuję decyzje w sprawie rozwoju firmy. To moja odskocznia od świata sztuki. Aktor powinien mieć w życiu jakiś męski zawód.

A co może zagrać aktor, kiedy oddało się już papieżowi, co papieskie, a cesarzowi, co cesarskie?

Wszystko i wszystkich. W spektaklu na podstawie „Dzienników” jako Witold Gombrowicz (kolejny wielki Polak na moim koncie) deklaruję, że chciałbym, by Polak mógł z dumą powiedzieć: „Należę do narodu podrzędnego”. Myślę, że powinniśmy nie tylko nauczyć się doceniać wielkie czyny, ale też dowartościować to, co bliskie, skromne, lokalne, nasze i dzięki temu cenne. Bez kompleksów powtarzać: „Należę do narodu podrzędnego”. Sam mówię to z dumą.
Okładka tygodnika WPROST: 41/2012
Więcej możesz przeczytać w 41/2012 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0