Adamczyk: nie przekuję się w pomnik

Adamczyk: nie przekuję się w pomnik

Piotr Adamczyk w roli Leopolda I Habsburga (fot. materiały prasowe)
- Dla aktora Leopold I Habsburg to wymarzona rola - Piotr Adamczyk w rozmowie z Krzysztofem Kwiatkowskim opowiada o  tym, jak grał cesarza Austrii w superprodukcji „Bitwa pod Wiedniem” Renzo Martinelliego. Mówi również o walce z wizerunkiem i próbie ucieczki od show biznesu.
Adamczyk wsławił się rolami Fryderyka Chopina i Karola Wojtyły. Kiedy dostał propozycję wcielenia się w kolejną historyczną postać, nie wahał się ani chwili. - Cesarz Leopold był  postacią tragiczną, niepasującą do swoich czasów – mówił mi Piotr Adamczyk. - To rozkochany w operze krzewiciel kultury, władca czasów pokoju, którego los zmusił do podejmowania wojennych decyzji. Człowiek zmanierowany dworską etykietą, z wystającą, habsburską wargą, pokurczony, ale bardzo wrażliwy - dodał.
 
Adamczyk gra go po angielsku, pozwala sobie na przerysowanie. Interpretując dworskie rytuały z XVII wieku nie boi się zarzutu o teatralność. I podkreśla, jak wiele barier musiał w sobie przełamać Leopold aby zaufać Janowi III Sobieskiemu. - Cieszę się, że taki film jak „Bitwa…” powstał – dodaje aktor. - Polacy wciąż leczą się ze swoich kompleksów i porażek. Dobrze, że ktoś przypomniał o naszej wiktorii.

Na co dzień jednak Piotr Adamczyk nie ma aktorskiej maniery. W swojej restauracji, „Starym domu”, gdzie się spotykamy, wita się z gośćmi, rozmawia z pracownikami, zagaduje kelnera. Jak tłumaczy: . – Biznes pozwala mi to zachować kontakt z rzeczywistością. Zdarza się, że muszę komuś zwrócić uwagę, kogoś zatrudnić, czasem zwolnić. Podejmuję decyzje w sprawie rozwoju firmy. To moja odskocznia od świata sztuki. Aktor powinien mieć w życiu jakiś męski zawód.

Jednak aktorstwo zawsze było w życiu Adamczyka bardzo ważne. W wywiadzie dla "Wprost" artysta opowiada o pierwszych fascynacjach zawodem, latach pracy w teatrze, rzucaniu się w wielki świat z biednych, warszawskich Jelonek: - Pojechałem na warsztaty do Anglii, w okolice Liverpoolu. Bilet kosztował fortunę – całe rodzinne oszczędności. Postanowiłem zwrócić te pieniądze. Zadzwoniłem z Londynu, czy mogę zostać do końca wakacji, może złapię jakąś pracę. Mama kazała mi codziennie meldować się, ale zgodziła się. To był z jej strony akt niemałej odwagi. A ja nauczyłem się  samodzielności. Pracowałem jako ogrodnik, murarz, parkieciarz, myłem okna wisząc na wysokości drugiego piętra - bez asekuracji, trzymany tylko za nogi przez kolegę. Po latach, kiedy we włoskim teatrze dostałem rolę w „Emigrantach” Mrożka, zagrałem tego faceta, który trzymał mnie wtedy za nogi.

Piotr Adamczyk wraca w rozmowie także do roli, z którą najsilniej jest kojarzony – Wojtyły w „Karolu. Człowieku, który został papieżem”. Czy trudno było pójść po niej dalej? - Zbigniew Zapasiewicz ostrzegał mnie, że po papieżu niczego już nie zagram – przyzneje. - Stało się inaczej. Niemal od razu przyszła propozycja z „Testosteronu”. Dzisiaj widzę, że jako Kornel wciąż miałem w sobie blokadę. Trudno mi było wystarczająco dobitnie zakląć „O, kurwa”. Ale potem miałem szansę udowodnić swoją wiarygodność w innych rolach.

Znajomi aktora wspominają, że długo po zagraniu papieża miał problem z wypiciem piwa w knajpie, pilnował się na każdym kroku. – Może przez chwilę – twierdzi sam Adamczyk. - Większość widzów ma świadomość, że aktor jest aktorem. Dla reszty nie przekuję się w pomnik.

Dzisiaj, tuż przed premierą „Bitwy pod Wiedniem” Piotr Adamczyk nie narzeka na brak zajęć. Właśnie skończył nagrywać seriale „Przepis na życie” i „Czas honoru”, w telewizji lecą reklamy z jego udziałem. A przede wszystkim gra w teatrze - w dwóch przedstawieniach „Księżniczce na opak wywróconej” w Narodowym i „Dziennikach” Gombrowicza w Imce. W planach jest powrót do „Smuteczku” w Dramatycznym. - Przyzwyczaiłem się, że mam wypełniony czas. A każdy aktor ma głód grania - tłumaczy.

Czytaj także

 0