Mistrz

Mistrz

Jerzy Jarocki udowadniał, że teatr to jest sprawa absolutnie serio. Odszedł wielki intelektualista, doskonały rzemieślnik, nauczyciel kilku pokoleń aktorów.
Onieśmielał. Potrafił zganić wzrokiem za infantylne pytanie, więc dziennikarze jak ognia bali się rozmów z nim. Często jedynie do bezpośredniego spotkania, bo okazywał się człowiekiem ciepłym i zdystansowanym wobec świata. Tyle że nie miał dla nikogo taryfy ulgowej, a przede wszystkim nie stosował jej wobec samego siebie. Kiedy dziś zastanawiam się, co w polskim teatrze kończy się wraz z odejściem Jerzego Jarockiego, przychodzi mi do głowy jedno słowo – powaga. Jarocki sądził bowiem – i udowadniał to przez całe życie – że teatr to jest sprawa absolutnie serio, a nie żadne podrzędne zajęcie. Że poprzez teatr można wadzić się ze światem albo próbować go objaśniać. Można interpretować literaturę, dialogować z pisarzami, starać się zestawiać ich z sobą albo ich z sobą ścierać. Dlatego teatru nie robi się bezkarnie.
Wiem, że tak jak Jarocki twierdzi jeszcze kilku, jednak on był jedyny w swoim rodzaju. Jego ogromna twórczość doczekała się i doczeka licznych analiz. Ja – sam dla siebie – wyciągam z niej kamienie milowe. Legendarny „Ślub” z krakowskiego Starego Teatru z 1991 r., widziany przeze mnie przez lata chyba czterokrotnie. Jerzy Radziwiłowicz jako Henryk biorący świat za mordę pokazuje, jak na gruncie wolności rodzi się tyrania. Jerzy Trela jako Ojciec – władczy i przerażony jednocześnie. To aktorzy Jarockiego – oni i wielu innych. Kiedy się patrzy na ich nieprawdopodobne kreacje, wiadomo, że kłamią ci, którzy mówią, że Jarocki traktował aktorów niczym bezwolne narzędzia. Gdyby tak było, nie osiągaliby z nim takich szczytów.

Albo Jarocki nieoczekiwany – ten z „Kasi z Heilbronnu” z wrocławskiego Teatru Polskiego. Pamiętam ostatnią rozmowę Kingi Preis i Mariusza Bonaszewskiego z tego przedstawienia, prowadzoną w tonacji najczystszego liryzmu. I wzruszenie. Czegoś takiego nie wyreżyserowałby bezduszny analityk.

A Jan Frycz z „Miłości na Krymie” w Narodowym, a Zbigniew Zapasiewicz w „Kosmosie” również tam? Dawał Jarocki portrety inteligentów, czasem złamanych przez rzeczywistość, a jednak podnoszących się z kolan. Jak oni przyjmował wobec świata postawę wątpiącą.

Miał wyreżyserować w Narodowym „Węzłowisko” według własnego scenariusza, zamykając w jednej inscenizacji doświadczenie poprzedniego stulecia. Tak – gdy zabierał się do tego Jerzy Jarocki, możliwy był najbardziej karkołomny zamysł. Nie zrobi tego spektaklu, ale nie pozostawia nas z pustką. Mamy 2012 r., a jednak właśnie teraz – wraz ze śmiercią Jarockiego – kończy się w polskim teatrze XX w. Wszystko już będzie całkiem inne.

***

Małgorzata Kożuchowska:

Spotkanie z Jerzym Jarockim było spotkaniem z mistrzem. Na pierwszy casting do profesora do Teatru Narodowego szłam z wielką tremą, krążyły o nim bowiem legendy, że jest surowy i niezwykle wymagający. Podczas pracy nad „Błądzeniem” szybko okazało się, że pod pancerzem srogiego reżysera kryje się ktoś niezwykle wrażliwy, błyskotliwy, wielki intelektualista obdarzony ogromnym poczuciem humoru, ciekawy i fascynujący. Miałam szczęście, że praca z profesorem nie skończyła się na jednym spektaklu. Profesor zawsze wychodził od myśli, potem zastanawiał się nad formą. Był wierny tekstom, który realizował, ale też dużo mówił od siebie. Jego przedstawienia nigdy nie były zawieszone w próżni, tylko mocno osadzone w rzeczywistości, w której żyjemy. Dociekał prawdy o człowieku tu i teraz. A mnie dał poczucie własnej wartości i ważności wypowiedzi w teatrze. Każda moja kolejna teatralna rola po spotkaniu z Jarockim była nim naznaczona. Chcę, żeby tak było już do końca.

Mariusz Bonaszewski:

Jerzy Jarocki mnie zrobił, ulepił po prostu. Przed laty wysłał mnie do niego Gustaw Holoubek, kiedy Jarocki szukał aktora do głównej roli w spektaklu „Kasia z Heilbronnu”. Praca z reżyserem tak błyskotliwie analizującym tekst, kimś, kto jest tak pewny siebie i tego, jakie efekty chce osiągnąć, bywała stresująca. W kolejnym etapie naszych spotkań chciał już korzystać z tego, co ulepił. Na samym końcu pojawił się etap, w którym oczekiwał propozycji zaskakujących go. Zacząłem też dostrzegać, że w swojej chropowatości postępowania z ludźmi nieco się wyładzał i rozszczelniał. Lgnął emocjonalnie. Przed śmiercią wykonał do mnie kilka telefonów związanych z rozpoczęciem prób, a przy okazji pozwalał sobie na drobne zwierzenia. Kiedy Axer był w kryzysie zdrowotnym, Jarocki zwierzył mi się, że to jego ojciec teatralny. Mistrzem był też dla niego Holoubek – sam tak o nim mówił. A wielu ze swoich aktorów nazywał przy mnie „ukochanymi”.

Notowała Agnieszka Michalak
Okładka tygodnika WPROST: 42/2012
Więcej możesz przeczytać w 42/2012 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0