Podczas kolejnego dnia procesu Katarzyny W. zeznaje m.in. jej mąż Bartłomiej. Mówił m.in. o relacjach między Katarzyną W. i detektywem Krzysztofem Rutkowskim.
Bartłomiej W. powiedział, że początkowo Rutkowski traktował jego i Katarzynę W. w podobny sposób. - Ale Katarzyna go nie lubiła, więc po pewnym czasie zaczął zmieniać zdanie na jej temat - dodał świadek. Mąż oskarżonej nie potrafił powiedzieć, z czego wynikała niechęć Katarzyny do Rutkowskiego, ale ta często podważała jego zdanie. - Ja też się nie ze wszystkim zgadzałem, ale zrobił, co miał zrobić. Obiecał odnaleźć córkę i znormalizować relacje z dziennikarzami - powiedział Bartłomiej W.
- Stąd wzięły się te sławne, czy niesławne, konferencje. Miały one swoje plusy i minusy. Plusem było to, że nie mieliśmy - jak określała to mama - "pismaków" pod domem przez 24 godziny na dobę. A minusy były takie, że opinia publiczna różnie odbierała te konferencje. One były pomysłem pana Krzysztofa - zaznaczył. Bartłomiej wspominał, że Rutkowski instruował ich, że to oni podczas konferencji powinni apelować o pomoc w odnalezieniu dziecka. - Uważał, że nie ma sensu, by to on je wygłaszał, że lepiej będzie jeśli my to zrobimy - powiedział świadek. Bartłomiej W. był też pytany o chwile, gdy Katarzyna W., nagrywana przez Rutkowskiego, przyznała, że wypuściła dziecko z rąk. - Ja byłem już wtedy w hotelu. Pan Krzysztof przyszedł do mnie i powiedział, że już wszystko wie, że Katarzyna W. się przyznała i teraz moja kolej - powiedział świadek.
- Wpadłem w furię. Mówiłem, że on miał nam pomóc. Wtedy weszło dwóch ochroniarzy Rutkowskiego z moim ojczymem i zaczęli mnie uspokajać, że musieli sprawdzić, czy coś o tym wszystkim wiedziałem - zeznał świadek. - Katarzyna W. miała pretensję do Krzysztofa Rutkowskiego. Nie tyle nawet w związku z samym nagraniem tej rozmowy, co jej upublicznieniem - powiedział świadek.
Bartłomiej W. zeznał, że kilkukrotnie pytał Katarzynę W. o to, skąd w wyszukiwarce znalazły się frazy o pochówku dzieci. Miała mu odpowiadać, że nie wie. Wcześniej Bartłomiej W. niechętnie odpowiadał na pytania. Stwierdził, że opowiadanie jeszcze raz o tym, co się stało nie jest potrzebne. Wyjaśniał m.in. dlaczego na ich komputerze założono dwa osobne profile zabezpieczone hasłami. - Te hasła były utworzone osobno dla profilu każdego użytkownika między innymi dlatego, że często przychodził do nas brat żony i potrafił godzinami przesiadywać przy tym komputerze. Chodziło o to, by nie korzystał z niego bez naszej wiedzy - mówił. Zeznał, że to nie on wpisał w wyszukiwarce frazę "jak zabić bez śladu".
Zeznał też, że nie wpisywał fraz "dochodzenie przy zatruciu tlenkiem węgla", czy "dochodzenie w przypadku zaczadzenia". Przyznał, że sprawdzał z żoną objawy zaczadzenia, ponieważ w ich domu był niesprawny system kominowy. Bartłomiej W. przyznał, że być może wpisywał do wyszukiwarki frazę "sprawdzenie stężenia CO2?". Świadek zeznał, że jest propozycja, aby wraz Katarzyną W. spotkali się ze znajomymi w dniu 24 stycznia, w dniu śmierci Magdy, wyszła od jego żony. Opowiadał też, w jakich okolicznościach dowiedział się o zaginięciu Magdy. Stwierdził, że dowiedział się o tym przez telefon.
Wspominał rozmowę z Katarzyną W.: "Była rozhisteryzowana, płakała. Nie mogłem się o nic dopytać. Dopiero po chwili powiedziała mi, że jest w karetce, bo została uderzona, a ktoś zabrał Madzię z wózka". - Późniejsza rozmowa, już w karetce, była bardzo podobna do tej telefonicznej. Nie szło się z nią dogadać - płakała, powtarzała tylko w kółko, że ktoś zabrał małą - dodał. eb, tvn24.pl
- Stąd wzięły się te sławne, czy niesławne, konferencje. Miały one swoje plusy i minusy. Plusem było to, że nie mieliśmy - jak określała to mama - "pismaków" pod domem przez 24 godziny na dobę. A minusy były takie, że opinia publiczna różnie odbierała te konferencje. One były pomysłem pana Krzysztofa - zaznaczył. Bartłomiej wspominał, że Rutkowski instruował ich, że to oni podczas konferencji powinni apelować o pomoc w odnalezieniu dziecka. - Uważał, że nie ma sensu, by to on je wygłaszał, że lepiej będzie jeśli my to zrobimy - powiedział świadek. Bartłomiej W. był też pytany o chwile, gdy Katarzyna W., nagrywana przez Rutkowskiego, przyznała, że wypuściła dziecko z rąk. - Ja byłem już wtedy w hotelu. Pan Krzysztof przyszedł do mnie i powiedział, że już wszystko wie, że Katarzyna W. się przyznała i teraz moja kolej - powiedział świadek.
- Wpadłem w furię. Mówiłem, że on miał nam pomóc. Wtedy weszło dwóch ochroniarzy Rutkowskiego z moim ojczymem i zaczęli mnie uspokajać, że musieli sprawdzić, czy coś o tym wszystkim wiedziałem - zeznał świadek. - Katarzyna W. miała pretensję do Krzysztofa Rutkowskiego. Nie tyle nawet w związku z samym nagraniem tej rozmowy, co jej upublicznieniem - powiedział świadek.
Bartłomiej W. zeznał, że kilkukrotnie pytał Katarzynę W. o to, skąd w wyszukiwarce znalazły się frazy o pochówku dzieci. Miała mu odpowiadać, że nie wie. Wcześniej Bartłomiej W. niechętnie odpowiadał na pytania. Stwierdził, że opowiadanie jeszcze raz o tym, co się stało nie jest potrzebne. Wyjaśniał m.in. dlaczego na ich komputerze założono dwa osobne profile zabezpieczone hasłami. - Te hasła były utworzone osobno dla profilu każdego użytkownika między innymi dlatego, że często przychodził do nas brat żony i potrafił godzinami przesiadywać przy tym komputerze. Chodziło o to, by nie korzystał z niego bez naszej wiedzy - mówił. Zeznał, że to nie on wpisał w wyszukiwarce frazę "jak zabić bez śladu".
Zeznał też, że nie wpisywał fraz "dochodzenie przy zatruciu tlenkiem węgla", czy "dochodzenie w przypadku zaczadzenia". Przyznał, że sprawdzał z żoną objawy zaczadzenia, ponieważ w ich domu był niesprawny system kominowy. Bartłomiej W. przyznał, że być może wpisywał do wyszukiwarki frazę "sprawdzenie stężenia CO2?". Świadek zeznał, że jest propozycja, aby wraz Katarzyną W. spotkali się ze znajomymi w dniu 24 stycznia, w dniu śmierci Magdy, wyszła od jego żony. Opowiadał też, w jakich okolicznościach dowiedział się o zaginięciu Magdy. Stwierdził, że dowiedział się o tym przez telefon.
Wspominał rozmowę z Katarzyną W.: "Była rozhisteryzowana, płakała. Nie mogłem się o nic dopytać. Dopiero po chwili powiedziała mi, że jest w karetce, bo została uderzona, a ktoś zabrał Madzię z wózka". - Późniejsza rozmowa, już w karetce, była bardzo podobna do tej telefonicznej. Nie szło się z nią dogadać - płakała, powtarzała tylko w kółko, że ktoś zabrał małą - dodał. eb, tvn24.pl
