Zawody architektów

Zawody architektów

Dodano:   /  Zmieniono: 

FESTIWAL

Twarda wiedza i jej twardo wykładane interpretacje – taki jest „Zawód: Architekt” w Muzeum Historycznym Miasta Stołecznego Warszawy. Ciekawa z tą wystawą sprawa. Ręka do góry, kto był kiedykolwiek w Muzeum Historycznym Miasta Stołecznego Warszawy (później niż w podstawówce). No właśnie. Zacna i szacowna instytucja do tej pory tkwiła raczej na dalekich peryferiach artystycznego świata. A tu – wtem! – okazuje się, że wystarczy nawiązać kluczowe wystawowe partnerstwo z warszawskim Muzeum Sztuki Współczesnej, żeby do jej siedziby na Starym Mieście zaczęli tłumnie ściągać stołeczni bywalcy. Publiczność doznaje intensywnego zdziwienia, że MHMSW mieści się w aż 11 kamienicach, zrekonstruowanych – z lekkimi modyfikacjami – po wojnie przez architekta Stefana Żaryna. Ta udziergana z różnych architektonicznych elementów przedziwna przestrzeń jest mocnym punktem odniesienia dla samej wystawy. Równie poszatkowanej, zaskakującej, bezkompromisowej i zawierającej wiele przyjemnostek. Ekspozycje otwierają zdjęcia Zofii Chomętowskiej – śliczne i mocno propagandowe widoki Warszawy końca lat 30. Do tego plan sieci tramwajów i autobusów miasta z 1938 r., zgrabna instalacja dająca wyobrażenie o przedwojennym „wzorowym mieszkaniu”. No i hit – makieta dzielnicy Marszałka Józefa Piłsudskiego. To wszystko działa jak stanowisko – współczesna Warszawa nie wzięła się znikąd, a problemy z kształtowaniem jej przestrzeni były podobne i wczoraj, i dziś. Ścisłe uwikłanie w mechanizmy władzy, propagandy, komercyjne ciśnienie i kryzys gospodarczy i w latach 30., i współcześnie odciskają piętno na tkance miasta. Prawdziwa jazda bez trzymanki zaczyna się jednak we współczesnej części wystawy. To już miejsce, gdzie pojawiają się twarde dane – liczby, raporty, metry kwadratowe, które dałoby się wycisnąć z centrum stolicy, gdyby rzeczywiście zacząć realizować tam sensowne projekty architektoniczne. A przy okazji obrazki, które dobrze znamy – warszawskie budynki o dyskusyjnej urodzie, pełne błędów konstrukcyjnych, sfotografowane przez Błażeja Pindora i Jakuba Certowicza w ramach projektu „Nowa rzeźba miejska” albo te w wydaniu Jana Smagi – podświetlone od spodu tak, że przypominają efektowne kinkiety. To konstrukcje na tyle dziwne i arbitralne, że równie dobrze co budynkiem mogą – w formie zdjęcia – stać się niby-designerskim gadżetem... I tak snuje się nowa warszawska opowieść o przestrzeni jako o wyboistym polu pełnym symbolicznej przemocy i prób walczenia o wysoką jakość.

Więcej możesz przeczytać w 43/2013 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0

Czytaj także