Nawet jeśli z wojny w Iraku nie wyszliśmy jako - jak pisał Wall Street Journal - "nowy gracz na światowej szachownicy" to ministrowie Leszka Millera w polityce zagranicznej wykazują się godnym pozazdroszczenia pragmatyzmem.
Z roli petenta u niemieckich i francuskich drzwi wcielili się w rolę rozdającego karty. Pytanie tylko, czy w Iraku - parafrazując brytyjskiego podróżnika i pisarza Rudyarda Kiplinga - "biorąc na siebie trud białego człowieka" starczy nam determinacji, by ten pragmatyzm zachować na dłużej?
Różnica zdań w kwestii Iraku okazała się zaczynem poważnej debaty w Europie. Mieliśmy obiecujący początek, bo oba poglądy starły się z całą siłą. Decyzja Polski, by dołączyć do Wielkiej Brytanii i wysłać europejskich żołnierzy do Iraku "potępiona przez kilku europejskich przywódców o zaskakująco krótkiej pamięci" ocaliła perspektywę jedności NATO i partnerstwa z USA. Teraz musimy iść tym tropem. Z wydarzeń ostatnich dni płynie jedna wyraźna lekcja: żadna polityka nie będzie naprawdę europejska bez zgody Brytyjczyków i Polaków.
Francja i Niemcy pomału i z trudem, ale - zaczynają zdawać sobie z tego sprawę
Grzegorz Sadowski