Depresja sportowca

Depresja sportowca

JUSTYNA KOWALCZYK ujawniła właśnie jedną z najbardziej skrywanych tajemnic swojego środowiska. Przyznała, że w świecie sportu wyczynowego depresja to codzienność.

Robert Rutkowski, były koszykarz, a obecnie psychoterapeuta, opiekun psychologiczny żużlowej reprezentacji Polski, zadaje mi zagadkę: – Jakie jest zadanie psychologa sportu, który opiekuje się zawodnikiem? Odpowiedź brzmi: motywować. Rozwiewać jego znużenie i doły, żeby jeszcze bardziej wypruwał z siebie żyły, żeby nie wątpił w sens przekraczania własnych możliwości, żeby chciał więcej, szybciej, mocniej. Broń Boże nie głaskać po głowie i nie próbować rozumieć! Bo jeszcze o zawodnika upomni się drzemiący w nim człowiek! A wtedy po karierze. Nie tylko zawodnika. Ucierpią też trener i reszta zespołu, która na sukces zawodnika razem z nim pracuje. – Człowiek, który zdecyduje się na karierę na najwyższych szczytach, całkowicie zaburza własną harmonię. Czy to sportowiec, czy prezes korporacji, ciapciaki nie odnoszą sukcesów – mówi Rutkowski. – Ale to mimo wszystko nadal są ludzie, mają prawo cierpieć.

SZCZĘŚLIWA CIERPIĄCA

Rozmawiamy kilka dni po wydarzeniu, które dla polskiego sportu było prawdziwym gromem z jasnego nieba. Dwukrotna mistrzyni świata, dwukrotna mistrzyni olimpijska, pięciokrotna medalistka olimpijska, czterokrotna zdobywczyni Pucharu Świata, Człowiek Roku tygodnika „Wprost”, pięciokrotna zwyciężczyni plebiscytu na najlepszego sportowca „Przeglądu Sportowego”, kobieta, która w domach Polaków zajęła miejsce po Adamie Małyszu, wyznała, że bezskutecznie walczy z depresją. Nie je, nie śpi, tylko leży w łóżku i patrzy w sufit.

„Od ponad roku mam zdiagnozowane stany depresyjne. Od ponad półtora roku walczę z bezsennością. Może by się zebrało kilkadziesiąt nocy, które w tym czasie normalnie przespałam. Walczę ze swoim organizmem, z ciągłymi nudnościami, zasłabnięciami, gorączkami, lękami. [...] W pewnym momencie byle posiłek bywał wystarczającym powodem do wymiotowania.Teraz jest trochę lepiej. Łączyć to wszystko z treningiem jest bardzo trudno. Bywały dni, gdy jedynym moim widokiem był sufit w pokoju. Gdy nie miałam siły ani chęci wstać z łóżka, a jedynym pytaniem było: po co?” – opowiada Justyna „Gazecie Wyborczej” i portalowi Sport.pl. Leki nie pomagały. „Reagowałam utratami świadomości, jeszcze większymi nudnościami, trzęsawkami, lękami”. Po igrzyskach w Soczi miała mieć pięć miesięcy przerwy, najdłuższy urlop w karierze.

„Do sierpnia miałam sobie dać szansę, żeby się odnaleźć. Może wyleczyć. Może poczuć radość. Nie mówię o radości z biegów narciarskich. Tylko radości z tego, że jestem. Chciałam pożyć, znaleźć jakiś bodziec, który mnie odciągnie od tego wszystkiego, co czarne. Ale nie udało się. Wiosną jeszcze bardziej się wszystko posypało. Nie pomogło wolne”. Dlatego przerywa urlop i jedzie trenować, żeby odgonić myśli. I jeszcze jedno. Soczi właściwie miało nie być. Bo Justyna zaszła w ciążę. Miała to powiedzieć trenerowi, ekipie na zgrupowaniu przed igrzyskami. Martwiła się jednak, że ich zawiedzie. Nie musiała nic mówić, bo poroniła. O sprawie wiedziały trzy osoby, ale dowiedziały się z dużym opóźnieniem. O depresji też tylko ten, kto musiał. Właściwie żyła z tym sama. Jak ze wszystkim. „Chcę o tym wreszcie opowiedzieć otwarcie, bo coraz ciężej mi już przychodziło ukrywanie się. Coraz trudniej kłamać: dlaczego nie przyjmuję większości zaproszeń, dlaczego boję się iść do tłumów, dlaczego zemdlałam niedawno na maratonie, dlaczego mnie nie było gdzieś, gdzie miałam być. Ileż można wymyślać tych kłamstw najróżniejszych” – tłumaczy swoją decyzję Justyna.

ZUŻYŁA SIĘ

Zawrzało. Ulubienica kibiców, pogromczyni Norweżek, kombajn do wygrywania, czuje, że nie ma powodów do szczęścia, że jej życie to pustka i czarna dziura. – Kto ma być szczęśliwy, jak nie ona? – pytali wstrząśnięci internauci i dziennikarze w dniu publikacji tekstu. Z Justyną już nie udało im się porozmawiać. Ale głos zabrali niezawodni komentatorzy. Pierwszy trener Kowalczyk, Stanisław Mrowca (w materiale filmowym dla WP.pl): – Nie za bardzo w to wierzę. Justyna ma taki twardy charakter, jest tak odporna psychicznie. Ja z nią nie rozmawiałem na ten temat. Ale być może boryka się z myślą, jak to wszystko zorganizować, żeby dotrwać do następnej olimpiady z dobrymi wynikami. I tłumaczy: – Zużyła się. Olimpiada to obciążenie dla organizmu, układ kostny też się zużywa. Pewnie zastanawia się, co dalej robić, jest coraz starsza, bardziej zużyta jako zawodniczka.

Dołączyli też niezawodni internauci: – A jak brała pieniądze od banku za reklamę, to nie cierpiała? (to pod jednym z tekstów poświęconych Justynie na portalu Wyborcza.pl). – Nie ma drugiego zawodu, który wymagałby od człowieka takiego oddania i zaangażowania, jak sport wyczynowy. To z niczym nieporównywalne wyrzeczenia, ale także realizacja pięknej życiowej pasji. To jest jednak świadoma i indywidualna decyzja. Albo to zaakceptujemy, albo nie. Każdy jest stworzony do mistrzostwa czy to życiowego, sportowego, czy biznesowego, tylko należy znaleźć swoją ścieżkę – mówi Katarzyna Selwant, psycholożka olimpijska, która opiekowała się polską drużyną na igrzyskach w Londynie.

TRENING GLADIATORA

Andrzej Piątek, w latach 1999-2011 trener kadry narodowej kolarzy górskich, Justynę rozumie, bo doskonale zna życie sportowca. 300 dni w roku na treningach i startach. Najczęściej za granicą. Ale nie tak, że po ciężkim dniu można iść pozwiedzać. – Na Teneryfie na przykład jest ośrodek treningowy na wysokości 2300 m. Jeden hotel na stoku wulkanu, a dookoła lawa. I tam spędza się trzy tygodnie, potem powrót do domu na przepakowanie walizek i znowu zgrupowanie – opowiada Piątek. – A Justyna na czterogodzinny trening chodziła sama. Ile można wytrzymać samemu w takim reżimie? – pyta Piątek. Trening, odpoczynek, trening, odpoczynek i tak codziennie. Nie każdy wytrzyma. Dlatego, łowiąc talenty na mistrzów, kandydatów poddaje się nie tylko testom wydolnościowym, ale i psychologicznym. Robi się badania krwi, sprawdza przyswajanie tlenu, bo tego nie da się poprawiać w nieskończoność. Kiedy już wiadomo, że organizm ma predyspozycje, czyli określone cechy psychofizyczne zdolne do osiągania wysokich wyników, otacza się go zespołem trenerów, fizykoterapeutów, serwismenów i poddaje dalszym treningom. I robi się mistrza.

– Współcześni sportowcy niczym nie różnią się od dawnych gladiatorów – uważa Robert Rutkowski. – Są po to, by cieszyć publiczność, i temu podporządkowują całe życie. Na nich samych często już nie ma miejsca. W traktowaniu sportowców nie posunęliśmy się daleko ani od czasów gladiatorów, ani NRD-owskich pływaczek, którym dla polepszenia wyników podawano tabletki z testosteronem. Nadal wymaga się od nich wszystkiego, ale nie człowieczeństwa. Tyle że czasami, tak jak u Justyny Kowalczyk, człowieczeństwo w końcu upomina się o swoje. Dlatego zawodnik czasem pęka. To, zdaniem Roberta Rutkowskiego, całkowicie logiczna konsekwencja życia, jakie się mu funduje, oczekując od niego wyłącznie wyników. Zresztą Justyna nie pierwsza zmaga się z problemami psychicznymi, mimo medali i uwielbienia publiczności. Niedawno w Polsce gościł Sven Hannawald, niemiecki skoczek, rywal Adama Małysza, który promował swoją książkę o tym, jak doszedł do depresji i jak z niej wyszedł. Sytuacja Justyny wydaje się właściwie klinicznym przypadkiem tego, o czym opowiadał Hannawald. Właśnie w takim piekle kończy człowiek, który nie daje sobie prawa do uczuć, słabości, prywatnych planów na przyszłość i który całą swoją uwagę koncentruje na wynikach i morderczym wysiłku.

ZAPOMNIJ O BOŻYM NARODZENIU

Andrzej Piątek prowadził kadrę polskich kolarzy górskich przez 12 lat. To było 12 lat, w których od stycznia do października był poza domem. A kiedy był w domu, to tylko na noc, bo w dzień przygotowywał cały następny rok. Kolarstwo górskie, jeśli chodzi o wysiłek, jest porównywalne z narciarstwem biegowym. To czołówka najcięższych sportów. Liczy się jednak nie tylko siła, ale i technika. Dlatego trzeba tak dużo ćwiczyć. W domu rosła córka. A Piątek trenował zawodników. W Livigno we włoskich Dolomitach, w hiszpańskich górach Sierra Nevada, w Teide na Teneryfie i na Cyprze. Raz w Livigno już siedział w samochodzie, żeby na dwa dni wrócić do domu, bo córka płakała przez telefon. Ale zawrócił. Straciłby dwa dni. A co, jeśliby akurat ktoś wtedy nawalił? Jego dzień wyglądał tak: godzina 7 – pobudka, poranny rozruch, godzina 8 – śniadanie, godzina 10 – pierwszy trening, dwie-cztery godziny. W sezonie rower, a zimą narty biegowe, siłownia, sala gimnastyczna. Justyna sezon ma w zimie. Dlatego wtedy widzimy ją na zdjęciach, jak na nartach ciągnie oponę. No i mając sezon w zimie, powinna raczej zapomnieć o świętach Bożego Narodzenia. Piątek zapomniał o Wielkanocy.

Godzina 14 – obiad. Ale nie tak, że się je, co się chce. Bo tak się składa, że tkanka tłuszczowa koreluje z wydolnością – im większa tkanka, tym mniejsza wydolność. Kilogramy są jak plecak. Wiadomo, że z plecakiem jeździ się gorzej, czy to na rowerze, czy na nartach. A na poziomie mistrzowskim decydują detale. Dlatego kobieta powinna mieć maksymalnie 13 proc. tkanki tłuszczowej, wtedy wygląda tak jak Justyna – sama skóra i kaloryfer. Mężczyzna powinien mieć najwyżej sześć procent. tkanki. Żeby trzymać się tych parametrów, nie wolno jeść potraw tłustych, mącznych, polanych sosami. Makaron? Tak, bo to węglowodany, źródło energii dla organizmu. Ale tylko z oliwą. Schabowego już nie, bo panierka. No i żadnego piwa. Od czasu do czasu można lampkę wina, ale naprawdę rzadko. Kawa? Wypłukuje magnez! A wtedy łapią skurcze. Kiedy sportowiec pracuje nad siłą, dostaje więcej białka. Czyli np. sera. Oczywiście twarogu, a nie camemberta. Na śniadanie płatki albo otręby, nie te czekoladowepoduszeczki, które lubią dzieci. Albo kasza, jak u Justyny, która skarżyła się na swoim blogu, że zjadłaby coś normalnego. Sportowiec zazwyczaj sam rozumie, jak ważna jest dieta. Ale są tacy, których trzeba pilnować i rano ważyć, bo sami nie zauważają, ile jedzą, a potem mają za ciężki „plecak”. Godzina 16 – drugi trening. Godzina 19 – kolacja. Potem odnowa biologiczna – masaże. A potem spać. Jak ktoś ma siłę, może pooglądać film albo poczytać. Ale z reguły nie ma siły. Zasypia, ale to nawet lepiej, bo rano przecież musi wstać na trening.

Justyna żyje tak od 12 lat. – Że ona tyle wytrzymała! Co ją motywuje do tak ciężkiej pracy? Przecież ma już medale wszystkich najważniejszych imprez – dziwi się Piątek, który sam już osiadł na miejscu, jest dyrektorem sportowym w Polskim Związku Kolarskim i wychowuje drugą córeczkę. Medal jest ważny nie tylko dlatego, że daje satysfakcję i popularność. Za złoty medal olimpijski sportowiec dostaje stypendium – 100 tys. zł miesięcznie, za srebrny – 70 tys., za brązowy – 50 tys. Poza tym sportowiec z medalem olimpijskim od 35. roku życia może przejść na emeryturę. Złoto na igrzyskach ustawia więc właściwie sportowca na całe życie i pozwala zacząć nowy rozdział. Tylko że nie każdy potrafi. – Ciężko żyć bez tego haju, który daje wysiłek fizyczny – mówi Robert Rutkowski. – Podczas treningów endorfiny dają takiego kopa, że sportowiec przeżywa stan podobny do orgazmu, albo jakby się naćpał heroiny. Trudno potem bez tego żyć.

Fragment bloga Justyny Kowalczyk: „Sierra Nevada... [...] hektolitry potu, dwa tysiące metrów różnicy wzniesień, 36 km podbiegu, nogi uwiązane, tyłek bolący od sadystycznego siodełka, wielki stalowy byk na czternastym kilometrze, obok którego zaczyna się jedyne, zdecydowanie za krótkie przepłaszczenie. Via Autovia de Sierra Nevada będzie oczywiście eksploatowana na wiele innych sadystycznych sposobów :) Rolki- -klasyk, rolki-łyżwa, łyżworolki, bezkrok na... rolkach. I ta wielka góra, której końca nie widać. [...] Istne wariactwo. No i trener z ciągłym: Nie tak szybko”. „[...] Tuptałam o świcie kilka dni temu, [...] i wtem mnie olśniło, że będę tak już do końca życia musiała. Znaczy tuptać, nie myśleć :) Bo serduszko przyzwyczajone do szybkiego pykania z emeryturą się na pewno nigdy nie pogodzi. A i mięśnie się dopominają o swoją dawkę ruchu. Strajkują na wszystkie sposoby, małpy jedne! To ciągną, to się kurczą w najmniej oczekiwanym momencie, to je roznosi. Żyć normalnie nie dają. No i głowa... Problem jakiś? Jasne, idziemy pobiegać. Za szczęśliwa? Hola, hola. Do biegania. Świat się wali? Idź pobiegaj, ciut ci ulży. Jedna na wszystko odpowiedź. Fajne to, zdrowe. Figurę pomoże zachować. [...] Dziwi mnie okrutnie, że ludzie się męczą. Wariackie to, wiem, ale odkąd pamiętam, energii na normalne życie mam aż nadto. [...] I stracić bym jej za nic nie chciała”.

Andrzej Piątek miał zawodników, którzy nie wytrzymali i odeszli ze sportu. Poszli do normalnej pracy. I po kliku miesiącach dzwonili: – Coachu, mogę wrócić? Ja przy tej taśmie nie wytrzymuję. Bo sport daje im przyjemność. To ich pasja. Próżno szukać tego w pracy biurowej. Dlatego ludzie, którzy jako gladiatorzy oddają z siebie wszystko, nie potrafią się potem odnaleźć w normalnym życiu.

COACHU, MY CHCEMY ŻYĆ

Nie chodzi tylko o brak adrenaliny. To także brak doświadczenia. Człowiek, który całe swoje dorosłe życie spędził w ośrodkach szkoleniowych, nie miał kiedy nauczyć się podstawowych codziennych czynności. – Zawsze miał sztab ludzi, którzy wszystko podawali na tacy – mówi Andrzej Piątek. Kiedy sportowiec schodzi na śniadanie, jego ulubione płatki już są na stole. Kiedy idzie na trening, czeka na niego gotowy sprzęt – narty, rower, ciężarki, piłka, skakanki, cokolwiek potrzeba. Nawet natężenie ćwiczeń jest zaplanowane przez trenera. Zawodnik ma tylko pedałować albo ciągnąć na nartach oponę, jak Justyna. Kiedy wraca z treningu, opiera rower, narty, deskę o ścianę i idzie, a sprzętem zajmuje się serwis. Sportowiec je to, co podali, a potem idzie na odnowę. Rozbiera się, a fizykoterapeuta zbiera brudne ciuchy i podkłada koło prysznica nowe, pachnące i wyprasowane ubrania. Wymasuje i posłucha, porozmawia. Pościel gotowa, sprzątanie zrobione. Całe życie zorganizowane, żeby zawodnik mógł się należycie skupić na wynikach. Tylko na wynikach. Jego jedyne i zarazem największe zmartwienie to jego wyniki. Inne rzeczy nie powinny go interesować.

– A moje zawodniczki, Maja Włoszczowska, Ania Szafraniec, Aleksandra Dawidowicz, pytały, kiedy będą mogły kogoś poznać, bo mają już po 30 lat i całe życie spędzają na treningach. Mówiły: „Coachu, my chcemy mieć rodzinę, dom, chcemy żyć normalnie” – mówi Piątek. – I co ja miałem im powiedzieć? Mówiłem: „Zdążycie”. Justyna Kowalczyk najwyraźniej zmęczyła się czekaniem na normalne życie. Nie mówi i nie pisze tego wprost, ale można to odczytać między wierszami w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” i na jej blogu. Ma dosyć samotności. Jest młoda, ładna i chce żyć jak kobieta. A jednocześnie nie potrafi przestać być zawodniczką.

Z wywiadu dla „Wyborczej”: „Już tylko w sporcie widzę na razie moje wybawienie. Byłam przez ostatnie dwa lata na wiecznym rozdrożu, a droga wyboru nie zależała, niestety, ode mnie. Albo zależała w bardzo małym stopniu. Teraz drzwi się zupełnie nieoczekiwanie zatrzasnęły, most spalił w bardzo niefortunnych i niezrozumiałych okolicznościach. Pchać się na jakąś nową drogę, nieznaną, na przykład w zmianę zawodu, to byłoby głupie i ryzykowne”. I kawałek z bloga: „Dziś jestem już po drugiej stronie paraboli. Jeszcze u szczytu, jeszcze walczę [...] ale... Trasy w Kasinie jakby lżejsze wybieram, kołdra coraz cięższa się robi z rana. [...] Oddaję treningowi i nartom wciąż za dużo. O wyniki martwię się dokładnie tak samo jak wcześniej. Tylko żelazo po cichutku topnieje”. ■

Okładka tygodnika WPROST: 24/2014
Więcej możesz przeczytać w 24/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także