Tania książka – droga książka

Tania książka – droga książka

Dodano:   /  Zmieniono: 3

Na fali mojej manii robienia wszystkiego na odwrót niż tzw. statystyczna większość postanowiłem wybrać się na zakupy po „drogie książki”. Książki drogie w znaczeniu takim, że nie cena ani promocja decydują o ich zakupie – chodzi o książki, które naprawdę chcę mieć, będę szanować, wąchać, czytać, oglądać. Ponieważ od lat coraz bardziej podejrzewam, że Polak książki czyta głównie na urlopie, kupione w nadmorskiej budzie z taniochą, że czyta kryminały pierwotnie dokładane do pisma, żeby ominąć podatek VAT, postanowiłem wybrać się do największej odwrotności budy, jaką udało mi się wyobrazić – do drogich i pięknie pachnących antykwariatów w okolicach ulic Wilczej – Koszykowej – Mokotowskiej.

Tak więc Polak czyta nieuważnie, niestarannie, byle jak, w pociągu, jedząc... Gdyby to był seks, a porównanie do niego aktu czytania jest wcale nienowe, byłby to pospieszny seks w bramie z tanią dziwką, zapachem szczyny i kiłą w tle. To, co znajduje się w budach nadmorskich, owszem, może dostarczyć tanich czytelniczych rozkoszy w deszczowy dzień nad Bałtykiem, ale są to rozkosze pospieszne i natychmiast zapominane. Tania książka w wydaniu pocketowym równa się tanie rozkosze bez możliwości reklamacji. Joe Alex, Agatha Christie, Harlan Coben, Stephanie Mayer, jak się ma szczęście, to Stieg Larsson... Poza tym mnóstwo sensacyjnej amerykańskiej sieczki, kolorowych książek o odchudzaniu według diet, które od roku są niemodne, książka o tym, jak walczyć z rakiem, napisana przez lekarza, który właśnie na raka umarł... Możliwe, że po takim letnim i „bez zobowiązań” romansie z literaturą Polak rzeczywiście nie oczekuje od niej zbyt wiele jesienią czy zimą, które wszak sprzyjają czytaniu o wiele bardziej. Co więcej – jesienne, wieczorne, deszczowo-anginowe czytanie jest czymś zupełnie innym od czytania na plaży! Jesienią i zimą książek się nie czyta, w książki się popada, zapada jak w chorobę, sprawa ciągnie się tygodniami, pojawiają się powikłania, nawroty... Przy księgach się przysypia, bo przecież takie niskie ciśnienie, budzi się nad nimi, robi kawę i czyta dalej. Na jesień polecam klasykę, ale zdecydowanie fabularną, jakieś grube powieści, biografie Stefana Zweiga, Dostojewskiego, Manna, Tołstoja, Eco, Borgesa... I – to trzeba przyznać – jesienią biblioteki dzielnicowe nie są puste, często nawet trzeba stać w kolejkach, tyle tylko, że to chyba inni ludzie niż ci od bud nadmorskich i czytania latem. Czy czujesz lekkie podniecenie na myśl o wybraniu się do biblioteki? Czy lekko drżą ci ręce, kiedy tam wchodzisz? Masz wrażenie jakieś zdrożnej czynności, jakbyś wchodził do burdelu albo kasyna? Nie wiesz, z czym wyjdziesz, i to przyprawia cię o dreszcz? Idąc do domu z łupami, kupujesz jeszcze herbatę earl grey i paczkę jeżyków (które stanowią największe cukiernicze osiągnięcie III RP)? Widząc na półce biblioteki książkę w różnych wydaniach, wybierasz starszą i bardziej sfatygowaną? Z pożółkłymi kartkami i notatkami na marginesach, z dedykacją dla mamusi z roku 45 i z zasuszonym rachunkiem z pralni w formie zakładki? Zbierasz te rachunki? Wąchasz te książki? Jadąc do Finlandii bierzesz powieści fińskie? No to jesteś czytelniczym fetyszystą! Tak jak ja. I żadna moda, żadne glamoury, imprezy, blogi modowe i tak nigdy mnie z tego nie uleczą! Wybieram się więc do antykwariatu, po Drogą Książkę...

I oto odkrycia, uniesienia... Jest drogo, owszem, ale za sto złotych ile radości! Co za wyprawa w rozliczne zapomniane światy! Jakie zapachy! Jakie odcienie kartek! Skarby, skarby. Począwszy od książek dzieciństwa – oto znajduję pierwsze wydanie „Wyspy Złoczyńców” z 1964 roku. Co prawda drogie, bo pierwsze wydania Nienackiego to rarytas, ale też bez przesady: w porównaniu z sumami trwonionymi w modzie to 50 zł nic nie znaczy. Widzę bardzo stare, ilustrowane wydanie „Moby Dicka”, biorę je i czuję się lepiej. Kiedy kupowałem kryminały na taniej książce, po zakupie czułem zawsze jakieś wyrzuty sumienia, właśnie jak po seksie w bramie...

Tak więc: nie jest prawdą, że Polacy nie czytają, bo bestsellery w stylu „Zmierzchu” czy „Millenium” sprzedają się w nakładach półmilionowych. Wiem, że jest nas trochę więcej, ale na większości już i tak położyłem krzyżyk. Pracujmy nad połową miliona. Niech ta połowa zacznie rozkoszować się czytaniem, niech się lubuje, niech przerzuci się z taniej na drogą książkę, z „fast” czytania na czytanie „slow”, i – rzecz jasna – niech to całe pół miliona ludzi nie zapomina zawsze o kupieniu nowego Witkowskiego, bo nie tylko książką człowiek żyje... 

Więcej możesz przeczytać w 34/2014 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 3

Czytaj także