Pani Zosia pani Ewy

Pani Zosia pani Ewy

W kancelarii premiera toczy się wojna o krzesło po Igorze Ostachowiczu. Główny PR-owiec szefowej rządu Adam Piechowicz jest w Platformie ciałem obcym. Świetnie za to znają go politycy lewicy.

Ewa Kopacz wchodzi do Sejmu. Kiedy rozmawia z dziennikarzami, stoi za nią szerzej nieznany w PO mężczyzna. Politykom Platformy nazwisko Piechowicz mówi niewiele. W wąskim kręgu tych, którzy go kojarzą, zyskał już nawet przezwisko „kierowca”. Skąd się wzięło? – W czasach, kiedy Kopacz była jeszcze marszałkiem Sejmu, on godzinami, od rana do nocy, przesiadywał w jej sekretariacie. Właściwie nikt nie wiedział, kto to jest. Jeden z posłów był przekonany, że to jej kierowca. I tak się przyjęło – opowiada polityk PO.

Piechowicz wysiedział sobie pozycję. Dziś – obok rzeczniczki rządu Iwony Sulik i szefowej gabinetu Jolanty Gruszki – należy do najbliższej świty premier. Gabinet Kopacz po fatalnie przyjętym wystąpieniu na Politechnice, późny wieczór. Szefową rządu długo pocieszają Sulik, Piechowicz i Gruszka. Kilka dni później, hol w nowym domu poselskim. Piechowicz i Gruszka czekają na Kopacz, żeby pojechać z nią do KPRM. Sulik zajmuje gabinet Igora Ostachowicza, Gruszka – Łukasza Broniewskiego, a Piechowicz jeden z dalszych gabinetów w kancelarii. Formalnie jest głównym doradcą, zostaje też oddelegowany jako współpracownik Kopacz do sztabu PO. – To mój człowiek, mam do Adama zaufanie – oświadczyła partyjnym kolegom Kopacz.

Rozmówca z PO: – Na sztabach występuje jako pośrednik, przekazuje jej pomysły, a sztabowi – jej oceny. Raczej kwestionuje to, co jest na stole, niż tworzy własne koncepcje. Jest jak cień Kopacz, sam prawie niewidzialny. Jeździ z szefową rządu na konwencje, wizyty kampanijne: a to na otwarcie parku technologicznego w Zielonej Górze, a to na spotkanie z przedsiębiorcami w Pasłęku. Pilnuje, dogląda, szykuje wystąpienia. Ale przede wszystkim chodzi po sali, słucha reakcji, a potem mówi, co myśli i jak wypadło. Polityk Platformy: – Widać, że jest wyrobiony w polityce, choć to nie jest postać dużego kalibru. Toczy się proces wyłaniania nowego Ostachowicza. On na pewno do tego aspiruje. Z naciskiem na „aspiruje”.

KONTROLA DOSTĘPU

Na razie więc to właśnie tandem Piechowicz- -Sulik gra pierwsze skrzypce w kancelarii. Mimo przymiarek nie znalazło się w niej miejsce ani dla Jacka Rostowskiego, ani dla Michała Kamińskiego. Choć ten ostatni wciąż z doskoku współpracuje z Kopacz – przy wystąpieniach, spocie czy szukaniu pomysłów na to, jak rozgrywać Jarosława Kaczyńskiego, włącznie z ostatnim zaproszeniem do KPRM. – Ale on się widział w Ujazdowskich na stałe. A za tym, że go tam ostatecznie nie ma, stoją właśnie animozje z Sulik i Piechowiczem. To oni przekonywali Kopacz, że z tym deadline’em Kamińskiego to jakiś blef – twierdzi nasz rozmówca, zorientowany w sytuacji w KPRM. Chodziło o termin, do którego Kamiński miał dać odpowiedź międzynarodowej firmie doradczej. Czekał do ostatniej chwili na propozycję Kopacz, ale propozycja nie padła. Chemii między nim a współpracownikami szefowej rządu nie było od początku.

Kilka tygodni temu, wieczór w kancelarii premiera. Tego dnia w „Rzeczpospolitej” ukazuje się wywiad z prezydentem, w którym Bronisław Komorowski ocenia pierwsze tygodnie Kopacz, chwali exposé, mówiąc na przykład, że nie padły w nim „sugestie wydawania pieniędzy ponad to, czym dysponuje rząd”. – Kamiński coś zaczął na ten temat mówić, a Kopacz na to, że nie zna treści tego wywiadu – mówi jeden z polityków PO. Wtedy miał się włączyć Piechowicz, odpowiedzialny za takie sprawy: „Ale prezydent nie powiedział tam przecież nic ważnego”. I Kopacz się wkurzyła: „Przecież to jest polityka!”, miała upomnieć Piechowicza.

W rewanżu Sulik i Piechowicz mieli przynosić szefowej artykuły z gazet i przekonywać, że to Kamiński jest autorem przecieków, a jego obecność w KPRM zagraża szczelności. – Oni grają razem, kontrolują dostęp do Kopacz i wiedzą, że to jest klucz. Innych nie chcą dopuszczać do świty. Polityk PO: – Różnica między Kamińskim a Piechowiczem? Kamiński to pierwsza liga, ale nie tak zaufany. Piechowicz – druga liga, ale najwyższy stopień zaufania.

OD NOTESU PIWOWARA DO BOROWSKIEGO

O Piechowiczu politykom PO mogliby sporo opowiedzieć politycy lewicy: od starej SdPL przez Ruch Palikota po dzisiejsze SLD. Wszyscy z naszych rozmówców mają jego numer telefonu i są z nim w stałych zażyłych kontaktach. Przemysław Gołębski, przez lata jeden z najbliższych współpracowników Palikota: – Adam? Jasne, mogę porozmawiać, ale muszę zapytać, czy on sobie życzy. Po dziesięciu minutach oddzwania: – Powiedział, że unika kontaktów z mediami. Ale ja mogę mówić, tylko same dobre rzeczy – podkreśla Gołębski. Współpracowali w SdPL. Ale to nie była pierwsza partia Piechowicza. Na początku lat 90. został posłem Polskiej Partii Przyjaciół Piwa. Dzwonię do Janusza Rewińskiego: – Pamiętam tylko, że był rudy. Skąd się wziął? Nie wiem. To był drukarz, jakiś krewny Tadeusza Piwowara [ojciec założyciel PPPP – red.], który był drukarzem z Ząbek i drukował wizytówki biznesmenom z tamtego okresu. A czemu pani o niego pyta? – Bo jest doradcą do spraw PR Ewy Kopacz.

– Naprawdę? Ale mnie pani ubawiła. Będę miał wesoły wieczór. Lepiej pamięta go Adam Halber, niegdyś szef frakcji Małe Piwo. – To był człowiek z notesu Piwowara. Nie bardzo się kolegowaliśmy. Pewnego dnia przyjechał do mnie z Krzysztofem Ibiszem (wówczas trzecim i ostatnim członkiem frakcji). Oświadczyli, że ja już nie będę przewodniczącym naszego koła, tylko teraz będzie nim Piechowicz. Ani wybitny, ani intelektualista. Jak to powiadają, kręcił się. On teraz wylądował przy Kopacz? Niesamowite. Jakiś czas temu dzwonił do mnie jeden z prezydentów miast, pytał o niego, bo Piechowicz się zgłosił, żeby mu doradzać. Odradziłem.

W Sejmie I kadencji poseł PPPP Adam Piechowicz poznał się z Markiem Borowskim. – Był jednym z pomysłodawców Partii Przyjaciół Piwa. Do dziś pamiętam jego hasła: „Wypijesz piwo, pójdziesz krzywo, po gorzale nie pójdziesz wcale” – wspomina Borowski. Piechowicz zaproponował mu, że będzie dla niego pracować. Współpraca trwała przez następne 20 lat. Borowski przyznaje, że w kampaniach Piechowicz odgrywał zawsze główną rolę. – To jest fenomen, taki samorodek. Kiedy zaczynał, nie miał jeszcze wykształcenia wyższego. Mediów unikał zawsze. Jak chciałem, żeby się w moim imieniu wypowiadał, to powtarzał, że jest człowiekiem zaplecza, cienia.

Z Borowskim potrafił się pokłócić, skrytykować go. – Obrażałem się, ale potem mi przechodziło – mówi dziś senator. Piechowicz wszystkie pomysły analizował pod jednym kątem: „Ale czy pani Zosia to zrozumie? Czy jej to się spodoba?”. „Pani Zosia” to filtr marketingowy, perspektywa „prostego odbiorcy okienka TV”.

Lata 90. Borowski kandyduje z Piły jako tzw. spadochroniarz. Piechowicz radzi: „Co będziesz wydawać kasę na plakaty?”. Przynosi amerykański film z Eddiem Murphym „Fałszywy senator”, którego bohater w kampanii naklejał małe naklejki. – I on też zrobił takie naklejki z hasłem: „Borowski. Nazwisko, które znasz” do przyklejania w różnych miejscach, np. na przystankach. Wydałem faktycznie niewiele i zrobiłem chyba najlepszy wynik w kraju – wspomina Borowski. W jednej z kolejnych kampanii Borowski startuje z hasłem „Każdy człowiek jest ważny”. Ten motyw u Piechowicza będzie powracał, podobnie jak „pani Zosia”, o której opowiadają mi wszyscy rozmówcy.

Napisał deklarację programową SdPL, przez lata był w zarządzie tej partii. Zajmował się organizacją, marketingiem politycznym, PR. – Ma poglądy absolutnie socjaldemokratyczne i to widać w polityce Kopacz, która jest coraz bardziej socjalliberalna. Dlatego ją popieramy. Na pewno jest go w tym wizerunku dużo, bardzo dużo – uważa Wojciech Filemonowicz, który z Piechowiczem współpracuje do dzisiaj. Sama SdPL większych politycznych sukcesów nie odniosła. A pomysły na kampanie zderzały się z brakiem pieniędzy. – Nie ma sponsora? To nie jest dobra wiadomość dla Polski – miał mawiać Piechowicz.

PROSTOWANIE BARTKA

Ulubionym filmem Piechowicza są „Fakty i akty”. Działacz lewicy: – Odkąd pamiętam, on uważa się za gwiazdę marketingu politycznego, która stworzyła wiele postaci. Zgłasza się do każdego, kogo uważa za polityka z potencjałem. Razem z Piwowarem twierdzili na przykład, że wymyślili Kwaśniewskiego. W SdPL Piechowicza poznał Bartosz Arłukowicz. Kiedy został ministrem zdrowia i zaczął się kryzys wokół ustawy refundacyjnej, przypomniał sobie te opowieści i ściągnął go do resortu. – Ale współpraca im się nie układała, szybko się rozeszli. – Adam opowiadał później, że próbował wyprostować Bartka – opowiada jego znajomy.

Współpracownik Arłukowicza z tamtego czasu: – On niczego szczególnego nie wymyślił, ględził, przynosił jakieś wycinki. Ciężko przeżył, jak jeden z tabloidów napisał, że ogrodnik pracuje u Arłukowicza (Piechowicz miał wykształcenie ogrodnicze). Z resortu trafił do Głównego Inspektoratu Farmaceutycznego, ale tam też nie zagrzał miejsca. W końcu do pracy w Kancelarii Sejmu miał polecić go Borowski. To była już prosta droga do gabinetu Kopacz, tym bardziej że Piechowicz miał duży atut – odszedł z resortu Arłukowicza, którego Kopacz jako marszałek Sejmu zwalczała. Miał więc interesującą wiedzę. Szybko znalazł się w kręgu najbliższych współpracowników. – Razem z Iwoną oglądali telewizję, oceniali, komentowali. Był zawsze pod ręką – opowiada poseł PO bywający w gabinecie marszałek Sejmu.

LUDZIE, TYLKO CZYI

W tym czasie Piechowicz nadal współpracuje z politykami lewicy. Miał pośredniczyć nawet w transferach z Ruchu Palikota do SLD. Dawny działacz Palikota, który przeszedł do SLD: – Pierwszą osobą, z którą rozmawiałem, był Piechowicz. Skierował mnie dalej. Kilka miesięcy temu przez jednego ze znajomych Piechowicz próbował też namawiać działaczy lewicy do tworzenia nowego związku zawodowego, bardziej przychylnego wobec rządu. Bezskutecznie. W Sejmie często widywany jest z jednym z najbliższych doradców Leszka Millera, Wojciechem Szewko. Przyjaźnią się z czasów pracy w sztabie Borowskiego.

Jeszcze niedawno Piechowicz współpracował z kandydatem SLD na prezydenta Warszawy Sebastianem Wierzbickim. Kilka miesięcy temu bywał regularnym gościem w jego gabinecie na 20. piętrze Pałacu Kultury. – Na początku roku Wierzbicki szukał ludzi do kampanii i trafił na Piechowicza. Jego firma przygotowała strategię. Nie było szału, ale też nie było drogo. Pomysły typu długi marsz i pozycjonowanie się w kontrze do Hanny Gronkiewicz-Waltz (przyjaciółki Kopacz, dodajmy), a nie na przykład do Guziała – opowiada jeden z działaczy pracujących przy kampanii. Piechowicz wymyślił hasło Wierzbickiego: „Warszawa to ludzie”. – A jak nazywała się ta firma? – Public Relations House. Ze strony internetowej tej firmy można się dowiedzieć, że pracuje dla „osób i instytucji publicznych, między innymi samorządów, Parlamentu Europejskiego, kandydatów na funkcje publiczne”. Jej prezesem jest Agata Haska. Jak się okazuje – córka Piechowicza. Do niedawna wiceprezesem była z kolei Magdalena Sulik, córka rzecznik rządu (jednak kilka miesięcy temu zaczęła pracę w PGE). Jak słyszę, Haska nie budziła jednak zaufania w sztabie Wierzbickiego, bo wcześniej miała pracować w sztabie jego konkurenta, Piotra Guziała. Część działaczy przekonuje mnie nawet, że to Piechowicz był mózgiem warszawskiego referendum i „wymyślił” Guziała. Zresztą znowu razem z Tadeuszem Piwowarem. Wierzbicki pytany o współpracę z Piechowiczem odmówił komentarza. Haska na moją prośbę o rozmowę nie odpowiedziała. Guział przyznaje, że z Piechowiczem i Piwowarem współpracował, ale zastrzega, że referendum wymyślił sam. – A odkąd Adam pracuje dla Kopacz, moje zaufanie do niego jest ograniczone. Mamy luźne kontakty, wysyłamy sobie SMS-y typu gratulacje, życzenia powodzenia czy urodzinowe. Pytany o córkę Piechowicza dodaje: – Pomagała mi przy referendum organizacyjnie, to typ kampanijnego urzędnika. Ostatnio ją spotkałem i okazało się, że teraz pracuje dla Wierzbickiego. Kiedy Piechowicz przeniósł się do kancelarii premiera i zaczął chodzić na sztaby PO, osłabły też jego kontakty z politykami SLD. – Widzę teraz u Kopacz rękę Adama. To są podobne zagrania, hasła „bliżej ludzi”, empatia – przyznaje jeden z naszych rozmówców z Sojuszu.

O „pani Zosi” u pani Ewy mówi mi też inny polityk, dawny sztabowiec LiD. – Ta jego pani Zosia to jest jedyne kryterium przekazu. I to jest też klucz do Kopacz–matki Polki, konwencji na Politechnice, sąsiadki z Radomia itd. Jej wizerunek to skrzyżowanie prowincjonalnej Zosi Piechowicza i profesjonalnego, „amerykańskiego” Kamińskiego. Dla lewicy ten wizerunek Kopacz to kłopot, bo Platforma zagarnia jej elektorat. Z drugiej strony nasi rozmówcy podkreślają, że Piechowicz może stać się jednym z przyszłych architektów koalicji PO-SLD. Piechowicza poprosiłam o rozmowę już kilka tygodni temu, ale nie zgodził się: – Miło mi, że pani się mną interesuje, ale ja unikam kontaktów z mediami – oświadczył przez telefon, po czym zakończył rozmowę. Za to zaczął mnie obserwować na Twitterze. Ma tam konto ukryte pod pseudonimem. �

Okładka tygodnika WPROST: 46/2014
Więcej możesz przeczytać w 46/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0