Marines wylądowali w Liberii (aktl.)

Marines wylądowali w Liberii (aktl.)

Dodano:   /  Zmieniono: 
Do stolicy Liberii, Monrowii przybyła pierwsza grupa żołnierzy amerykańskiej piechoty morskiej, by wesprzeć zachodnioafrykańskie siły pokojowe w tym kraju.
Do Monrowii przybyło dziewięć amerykańskich śmigłowców z żołnierzami. Nie podano ich liczby, wiadomo jedynie, że Pentagon zapowiedział w środę, iż w ciągu "kilku najbliższych dni" znajdzie się tam około dwustu marines.

Zgodnie z przyjętą w zeszłym tygodniu rezolucją Rady Bezpieczeństwa, po paru miesiącach afrykańskie i amerykańskie oddziały mają być zastąpione przez siły pokojowe ONZ.

Zgodnie z podpisanym we wtorek porozumieniem, po południu znajdujące się już w Liberii zachodnioafrykańskie siły pokojowe zaczęły obsadzać port w Monrowii, splądrowany w środę przez wygłodniałych mieszkańców. Witały ich tłumy Liberyjczyków. Aplauz wywoływała także postępująca ewakuacja rebeliantów, którzy od 19 lipca kontrolowali port w Monrowii.

Otwarcie portu pozwoli dostarczyć żywność do zniszczonej 14-letnią wojną domową Monrowii. Pierwszy statek z pomocą humanitarną ma przybyć w najbliższych dniach.

Mimo słabnącego natężenia walk w Liberii międzynarodowe organizacje pomocy obawiają się jednak pogorszenia tam w  najbliższym czasie sytuacji humanitarnej. Jak ocenia Międzynarodowy Komitet Czerwonego Krzyża w Genewie, brak logistyki - przede wszystkim ciężarówek - i pogarszająca się sytuacja w zakresie bezpieczeństwa blokuje dostarczanie i rozdział środków pomocy. Jednocześnie niepokój międzynarodowych organizacji pomocy wywołują szerzące się choroby, jak malaria, cholery i biegunki.

W samej Monrowii, według danych MKCK, co najmniej 300 tys. osób żyje w tragicznych warunkach. W całej Liberii dramatycznie potrzebuje pomocy przeszło milion ludzi.

Agencyjne źródła zgodnie twierdzą, że stabilizacja sytuacji w Liberii może okazać się w praktyce żmudnym, a być może nawet niewykonalnym zadaniem. Trzy dni po wymuszonym przez społeczność międzynarodową ustąpieniu i wyjeździe z kraju prezydenta Charlesa Taylora, sytuacja w Liberii pozostaje niejasna. We wtorek jedno z ugrupowań rebelianckich zaatakowało pozycje rządowe w Monrowii, mimo że dzień wcześniej po ustąpieniu Taylora rebelianci z LURD ogłosili, że wojna domowa jest zakończona. Już wcześniej kierownictwo LURD podkreślało, że jego jedynym celem jest rezygnacja Taylora, tymczasem we wtorek nieoczekiwanie zmieniło zdanie, oświadczając, że chce kierować rządem tymczasowym.

Taylor wszczął wojnę domową w Liberii w 1989 roku, obalając ówczesnego dyktatora Samuela Doe. Po siedmiu latach walk, w których zginęło około 200.000 osób, Taylor jako najsilniejszy watażka wśród walczących ze sobą ugrupowań, w 1997 roku wygrał wybory prezydenckie.

Jego prezydentura upłynęła pod znakiem dalszych walk wewnętrznych. Sam Taylor był podejrzewany o sprzedaż broni i podsycanie konfliktu w sąsiednim Sierra Leone, w związku z czym poszukuje go ONZ-owski Trybunał ds. Zbrodni Wojennych w Sierra Leone. W lipcu 2003 roku Taylor zgodził się ustąpić i przyjął propozycję azylu, którą złożyła mu Nigeria. Na początku sierpnia do Liberii przybyły pierwsze oddziały międzynarodowych wojsk pokojowych z krajów Zachodniej Afryki.

Liberyjczycy, a także państwa regionu Afryki Zachodniej, miały nadzieję na zaangażowanie USA, widząc w tym najpewniejszy sposób na szybką normalizację sytuacji w Liberii. Rola USA byłaby szczególna także dlatego, że Liberia powstała w XIX wieku przy pomocy Stanów Zjednoczonych jako pierwsza afrykańska republika dla wyzwolonych z niewoli amerykańskich Murzynów.

Waszyngton odmawiał wojskowego zaangażowania się w rozwiązanie konfliktu, uzależniając swój udział w misji pokojowej w Liberii od odejścia Taylora. Wyjazd prezydenta usunął tę przeszkodę i pierwsi marines przybyli do Monrowii. W zeszłym tygodniu podawano, że w sumie amerykański udział w misji pokojowej ma wynosić do 300 żołnierzy.

em, pap

Na temat powstania Liberii czytaj też: Niewolnik panem