Nie będę marionetką SLD

Nie będę marionetką SLD

Dzisiaj wybiera się mistera i miss polityków, a nie kogoś, kto ma realne poglądy – mówi Barbara Nowacka z Twojego Ruchu.

Zdjęcia MAKSYMILIAN RIGAMONTI

Na katastrofie smoleńskiej to chyba pani najbardziej zyskała.

Ja? Matkę straciłam!

Mówię o politycznym zysku.

Nie patrzę na to w ten sposób. No bo co ja zyskałam?

Znalazła się pani w tzw. dużej polityce.

Dbałam o to, żeby powrót do działalności społecznej i publicznej odciąć od tego, co osiągnęła moja mama. Za często o tym nie mówię, ale między innymi dlatego nie przyjęłam od SLD propozycji startu w wyborach z list SLD z Pomorza. Przecież ona reprezentowała tamten region. Politycy SLD nie zaproponowali tego mnie, tylko schedzie po matce. A ja mam swoje poglądy, nie nazywam się Jaruga- -Nowacka, tylko Nowacka, i od 1993 r. działam w polityce.

Liczy pani od liceum?

Tak, wtedy zaczęłam. Poglądy mam zbliżone do mamy, ale to kwestia wychowania. Nie chcę być postrzegana jako córka swojej matki, tylko jako odrębny byt, który miał to szczęście, że miał fajną matkę.

Nie da się. Jak patrzę na publikacje, nie tylko wywiady po katastrofie smoleńskiej, to prawie zawsze jest dopisek: córka Jarugi-Nowackiej.

Da się. Może jeszcze nie teraz, ale da się. Część ludzi idzie do polityki, bo ma wielkie ego, część, jak Nowak i Hofman, i inne anioły, bo ma ego i chęć zarabiania pieniędzy, a część, bo chce coś zmieniać w Polsce, i ja jestem w tej ostatniej grupie. A to informowanie, że jestem córką, to po prostu chęć dopisywania historii.

Jest pani podobna do matki...

Bardziej do ojca.

Tak samo jak ona pani mówi, tak samo gestykuluje, nawet się pani tak charakterystycznie pochyla, no i poglądy.

Czasami próbuję to zwalczać, nie potrafię inaczej. Tak, jestem spokojna jak mama, mam nadzieję, że też merytoryczna jak ona, i umiem spokojnie dyskutować. I wie pani, chyba największym moim sukcesem z zeszłego roku jest to, że dyskusje telewizyjne, w których biorę udział, nie kończą się krzykiem.

Z reguły jest pani w tych programach jedyną kobietą.

U nas wszystko wolniej się dzieje. Ale wracając, to ja im pokazuję, że polityka bez wyzwisk jest możliwa i że oponenta politycznego można szanować.

Mama robiła to samo.

Ma pani rację, tylko rzeczywistość polityczna i medialna była inna.

Nie było Smoleńska, nie było tego wielkiego podziału Polski.

Myśli pani, że to od Smoleńska ten podział się zaczął? Moim zdaniem wcześniej. Smoleńsk stał się katalizatorem.

To, co się dzieje od marca na Ukrainie, aneksja Krymu przez Rosję, manipulacje Putina nie zmieniły pani stosunku do tego, co się wydarzyło w Smoleńsku? Myśli pani, że może to nie był wypadek?

Nie, nie myślę. Pamiętam atmosferę, pamiętam, jak wyglądała wtedy Polska. Dla mnie katastrofa smoleńska to wynik i polskiego, i rosyjskiego bałaganu, niechlujstwa, zaniedbań. Gdyby był inny samolot, to pewnie nie miałaby miejsca katastrofa smoleńska, a przecież przez tyle lat nie kupiliśmy rządowego samolotu, choć wszyscy wiedzieli, jakie są problemy, wiedzieli, że jest bardzo źle. Rządzący się bali, że jak kupią samolot, to tabloidy o nich źle napiszą, przestaną ich ludzie lubić. I właśnie wchodzimy w postpolitykę, w której wybiera się mistera i miss polityków, a nie kogoś, kto ma realne poglądy.

Pani ma być przecież kandydatem lewicy na prezydenta.

Nie w tych wyborach.

40 lat będzie pani miała w tym roku.

Oczywiście, że już jestem stara, ale tu nie chodzi o mój wiek. Za pięć lat już nie będzie mógł kandydować Bronisław Komorowski, więc zrobi się luźniej, Robert Biedroń będzie bogatszy o doświadczenie prezydentury w Słupsku i myślę, że on będzie też dobrym kandydatem na prezydenta Polski.

Pamiętam program telewizyjny, w którym mówił o sobie: „Jestem pedałem” i zajmował się głównie swoją orientacją seksualną.

Bo to były czasy, kiedy takie powiedzenie było wyzwaniem, łamaniem stereotypów, tak mocnym przełamaniem pewnego tabu, że potem można łatwiej dyskutować. Pamięta pani Kaśkę Bratkowską, która powiedziała, że w Wigilię dokona aborcji? To jest też mocne przełamanie tabu...

Raczej idiotyzm i prowokacja. Taki sam idiotyzm jak to, że pewna feministka powiedziała prof. Dębskiemu, ginekologowi, że dopiero jak usunęła ciążę, poczuła się w pełni kobietą.

Ale ja dziś nie będę bronić Kaśki Bratkowskiej! Pojechała po bandzie. Robiła gorsze rzeczy, jak niedawne wystawianie sztuki Kim Ir Sena. Chodziłam z nią do liceum i mogę powiedzieć, że Kasia i tak się stonowała. Jestem w stanie sobie wyobrazić sytuację, kiedy bym się zdecydowała na przerwanie ciąży. Myślę o powodach zdrowotnych. Miałam w rodzinie osobę z zespołem Downa i wiem, jak to wszystkich nas zmieniło. Niektórzy mają siłę, podejmują wyzwanie, super, szacunek. Ja takiego wyzwania bym nie podjęła.

Matka byłaby z pani dumna? Pytam teraz o pani dokonania polityczne, o pani coraz większą popularność.

Czasami tak. Gdybym mogła przeprowadzić chociaż jedną ustawę, która miałaby realny wpływ na życie ludzi, to bym była szczęśliwa. Osiągnięciem mojej matki nie było to, że została wicepremierką, tylko to, że wprowadziła w szkołach dożywianie dzieci. Niestety, kwota na dożywianie nie została zmieniona od jej czasów. Wie pani, że wiele osób sądzi, iż moja matka była w PZPR przed 1989 r.? Bzdura! Ona odmówiła przystąpienia do partii. Myślą tak, bo miała lewicowe, socjalne poglądy. Myślę, że w polityce poglądy są bardzo ważne, choć jestem w tym myśleniu odosobniona.

I pieniądze też są ważne.

Hmm, na taką kampanię prezydencką to pewnie z 10 mln zł trzeba.

Jest pani kanclerzem w Polsko-Japońskiej Akademii Technik Komputerowych.

I znam się na szkolnictwie wyższym.

Nie o tym mówię, pani ojciec założył tę szkołę, więc może sfinansowałby kampanię.

Proszę nie żartować. Pracuję tu od 13 lat i wiem, z jakimi problemami boryka się szkolnictwo wyższe i dlaczego tak trudno o innowacje w Polsce. Na wszystko brakuje środków. Siedzimy w gabinecie Barbary Nowackiej. Dzień przed sylwestrem. Jest w pracy ze swoimi dziećmi. Zaraz ma przyjść jej partner i zabrać dzieci na obiad: – Do baru mlecznego. Synek jest wegetarianinem, a tam są dobre kopytka.

Ma siedem lat i jest wegetarianinem?

Sam zdecydował. Jak miał cztery lata, powiedział, że nie będzie jadł mięsa. To miało związek ze śmiercią mojej mamy. Kiedy miał trzy lata, dowiedział się, że istnieje coś takiego jak śmierć. W 2010 r. umarła moja mama, dwa lata później mama Maćka, dwa lata później jego babcia. Synek zapytał też, skąd jest mięso, czy to, co ma na talerzu, to był kurczaczek, i odmówił jedzenia.

Pani jest ateistką?

Tak. Jestem ochrzczona, więc w statystykach kościelnych figuruję jako katoliczka. Dzięki takim osobom mówi się o tak powszechnym katolicyzmie w Polsce.

Wychowała się pani w katolickim domu?

Nie. Mama była osobą wierzącą, chodziła do kościoła, ale nie czuła potrzeby, by o tym publicznie opowiadać. Miała katolicki pogrzeb. Została skremowana. Nasz syn mówi, że pokruszona. Zresztą toczyliśmy o to batalie, bo przecież nie można było otwierać trumien przywiezionych z Moskwy. Bardzo nam wtedy pomógł Rysiek Kalisz. Przypomniał mi się tamten czas po Smoleńsku, to zamieszanie, to pobieranie od nas materiału genetycznego, ta pomoc psychologiczna: wchodzę do pokoju w prokuraturze z wielkim brzuchem. Byłam wtedy w zaawansowanej ciąży, dziewiąty miesiąc. Siedzi psycholożka, patrzy. I w końcu pyta: czy potrzebuje pani pójść do toalety. To była właśnie pomoc psychologiczna. Kilka dni po katastrofie do mojego ojca zadzwonili z Kancelarii Prezydenta, że rektorzy mają obowiązek wziąć udział w dyżurach przy trumnie prezydenta Lecha Kaczyńskiego, i prosili, żeby zapisał się na wybraną przez siebie godzinę. Ojciec poprosił sekretarkę, żeby oddzwoniła i przekazała, że on ma inne plany rodzinne. Zastanawialiśmy się, czy w tym chaosie zadzwonili też do rektora Rumianka, który zginął w Smoleńsku...

Pani jest zamożną osobą?

Nie. Oszczędną raczej. Starcza nam na życie. Po urodzeniu dzieci uznałam, że nie muszę brać becikowego, bo lepiej, jak te pieniądze zostaną w budżecie państwa.

To jest taka oszczędność jak Biedronia jeżdżenie rowerem po Słupsku.

Wiem, symboliczna. Ale przynajmniej mam satysfakcję, że nic nie zawdzięczam bohaterowi elit PO Romanowi Giertychowi. Jakoś zapomniano mu, że toleruje „zamawianie pięciu piw” – przecież działacze jego młodzieżówki wznosili rękę w faszystowskim geście. Na waszych taśmach Giertych mówi, że zrobi listę gejów w polityce. Pamięta pani? Kto wie, czy nie zrobił tej i innych list. Jakoś dziwnie koledzy politycy go obłaskawiają, lgną do niego. Jakby czegoś się bali... Ja na pewno bym się bała powierzyć tajemnice prawne mecenasowi Giertychowi.

Teraz jeszcze ludzie panią lubią. Zacznie się pani coraz bardziej mądrzyć i będzie kłopot.

Samym lubieniem niczego się nie wygrywa. A jak się zaczynam mądrzyć, czyli mówić, jakie mam poglądy, to już jest źle, bo przestaję być miła, a kiedy ci ludzie usłyszą, że moje poglądy są naprawdę lewicowe, to już widzę, jak to miękkie centrum się ode mnie odsuwa.

Miller dzwonił?

Nie, od czerwca nie rozmawialiśmy. Wiem, że teraz on i jego koledzy robią łapankę na kandydata na prezydenta. Podobno Jerzy Wenderlich się zgłaszał... I Joanna Senyszyn. Podobno jest jakaś krótka lista. Podobno wszyscy odmawiają. Czuję, że panowie z SLD szukają kogoś, komu powiedzą: będziemy cię popierać, będziesz naszą marionetką. A ja za bycie marionetką w ramionach chłopaków z SLD dziękuję bardzo. Chcą podpompować swój wynik wyborczy. W imię czego? Żeby teraz Ewa Kopacz przyszła i wzięła ich do koalicji. Dopóki za nimi nie stoi żadna myśl, żadna chęć zmian społecznych, napraw, dopóty nam nie po drodze.

Pani się czuje silna, co?

Czuję w sobie dość dużo siły. Ale dwa miesiące na tworzenie ugrupowania z zapleczem to za mało, sorry.

Co mówi pani partner?

Mówi, że pomysł wystawienia kogoś na siłę przez SLD lub udawana próba zjednoczenia jest przypudrowaniem trupa, a zrobienie tego mną jest próbą zdyskontowania mojego „efektu świeżości” .

Teraz mi pani mydli oczy, a po feriach się okaże, że pani startuje.

Nie wiem, co mogłoby się wydarzyć. Nic takiego się nie dzieje w Polsce, żeby ludzie nie chcieli poprzeć Bronisława Komorowskiego. Myślę, że to jest jeszcze czas, kiedy ścierają się tytani.

Tuska już nie ma.

Ale jest Komorowski. Ewa Kopacz miała wypełnić lukę po Tusku, jednak wybrała sobie nie najlepszy image i jeszcze go ociepla. Martwi mnie, że do dwóch ministerstw oddelegowała swoje współpracowniczki. Po co? Chyba tylko po to, żeby donosiły. Była chwila zamieszania, a w nowym roku już nikt nie będzie o tym pamiętał. Zostanie zamiecione. Tak zamieciono wasze taśmy, sprawę wraku samolotu w Smoleńsku i jeszcze kilka. Tusk jest już w Brukseli i zajmuje się zupełnie innymi sprawami.

Joanna Racewicz mówiła, że rozpocznie swoje smoleńskie śledztwo.

I chyba się poddała. Proszę zobaczyć, w pierwszych miesiącach po tragedii rodziny zadawały pytania, różne, dziwne, czasem trudne, i gdyby dostawały odpowiedzi, nie byłoby tej polaryzacji. Bo jak pytasz piąty, dziesiąty raz, dlaczego nie ma zdjęć satelitarnych robionych przez Stany Zjednoczone, i spotyka cię tylko arogancja, to budzi się straszna nieufność i podejrzliwość. Ze zdumieniem patrzyłam, że żaden z ministrów z tamtego czasu nie poczuwał się do symbolicznego powiedzenia: panie premierze, jeśli coś jest moją winą, to proszę mnie odwołać. Podobnie się stało teraz, przy ostatnich wyborach. Nikt z rządzących nie wstał i nie powiedział: tak, schrzaniliśmy sprawę z PKW. Wystarczyło uderzyć się w piersi i zająć naprawą.

Za uczciwa pani jest.

Jeśli już, to może za naiwna.

Albo pani oszukuje.

Nie oszukuję. Widzę, jak w innych krajach na świecie ministrowie podają się do dymisji, bo wiedzą, że zrobili coś, za co i tak wylecą. Czy premier przyjąłby dymisję za Smoleńsk? Pewnie nie. Ale taka sytuacja mogłaby sprawić, że ludzie bardziej ufaliby władzy. Samą arogancją i udawaniem, że z katastrofą smoleńską nie mają nic wspólnego, spowodowali to wielkie pęknięcie.

Swoje śledztwo pani zacznie?

Nie. Co ja mogę? To jest dla mnie strasznie trudny temat. Ja nawet nie czytam tych wszystkich dokumentów z prokuratury, bo serce boli.

Myślę, że gdyby zebrała pani taką grupę, w której byłaby pani, byli Joanna Racewicz, może Jakub Płażyński i jeszcze kilka racjonalnie myślących osób, to można by doprowadzić przynajmniej do ściągnięcia wraku do Polski.

Kiedy można było sprowadzić wrak, nie podjęto takich zabiegów.

Po co wam on?

Nie posłuży do wyjaśnienia sprawy, ale potrzebny jest jako symbol. Nie rozumiem, dlaczego na Krakowskim Przedmieściu nie mógł powstać piękny, świetlisty pomnik. Nikomu by to nie przeszkadzało. Nikomu. Nikt nie chce przecież złotych posągów na środku skrzyżowania. Wie pani, część rodzin jest już zrezygnowana, ma dość walki. W kwietniu mija pięć lat od katastrofy. Napisaliśmy list do prezydenta Komorowskiego w tej sprawie. Odpowiedział, że wszystko zależy od nowych władz Warszawy. To było przed wyborami, więc może sugerował, żeby głosować inaczej. Władza w Warszawie została ta sama, a sprawa pomnika jak leżała, tak leży. Uważam, że trzeba sprowadzić wrak i dopóki będą jakiekolwiek wątpliwości, musi pracować zespół Macieja Laska. Lata mijają, a ludzie przestają pamiętać, kim byli ci, którzy wtedy do Smoleńska polecieli.

I pani nie widzi tu roli dla siebie?

Rozmawiam z ludźmi, z rodzinami i wielu z nich czuje się zaszczutych, bo przecież nie dość, że dostali odszkodowanie, to jeszcze jakiegoś pomnika chcą... Kurczę blade, chcieliśmy, żeby nam najbliżsi nie zginęli. A jak już zginęli, to uważamy, że społeczeństwo powinno o nich pamiętać i nasi potomni również. My, Polacy, straciliśmy tam wielu wartościowych ludzi. I wcale nie myślę tylko o mojej matce. Moim zdaniem PiS dużo traci bez Grażyny Gęsickiej czy Aleksandry Natalli-Świat, polityczek merytorycznych, zaangażowanych. Wiem, wiem, to jest rozdrapywanie Smoleńska.

Niech pani rozdrapuje, niech pani doprowadzi do czegoś konstruktywnego.

A mogę nie w tych wyborach prezydenckich? Dziękuję. Myślę o tym pani pytaniu o zyskaniu na Smoleńsku, wygranej politycznej. Chyba Małgorzata Szmajdzińska, bardzo dobra posłanka, wygrała więcej, jeśli już w tych kategoriach myślimy. Jest pewnie na tej short liście kandydatów na prezydenta z ramienia SLD. Ciekawe, czy już odmówiła.

Jest rodziną smoleńską. Palikot pomiatał rodzinami smoleńskimi, wyśmiewał się, negował, na zdyskredytowaniu sprawy smoleńskiej zbudował swoją partię, a pani do tej partii później wstąpiła.

Akurat postawa Palikota przy Smoleńsku była dla mnie jednym z najtrudniejszych problemów, kiedy decydowałam się na współpracę z jego partią. Bo to, co robili na Krakowskim Przedmieściu, co mówili publicznie na temat Smoleńska, było... Mnie było po prostu wstyd. Ale za innych, którzy gromadzili się na Krakowskim pod namiotem i opowiadali androny, też mi było wstyd. I za tych, co robili odtworzenia, kto gdzie siedział w samolocie – też.

Za Palikota się pani nie wstydzi?

Od kiedy go znam, nie zrobił niczego obciachowego. Z Twojego Ruchu odeszli już ci, których nie akceptowałam. Zostało 15 posłów i Wanda Nowicka, która deklaruje, że przystąpi z powrotem do klubu. To decyzja strategiczna w jej włas nym interesie, bo przecież jak się klub rozpadnie, to straci pozycję wice marszałka.

Przynoszenie świńskich ryjów, penisów. Rozumiem, że pani wstąpiła do jego partii, bo on przyrzekł zachowywać się kulturalnie.

Nic mi nie przyrzekł.

Akceptuje pani to, że chce być prezydentem Polski?

Palikot jest megarozpoznawalny. Ma obowiązek zweryfikować się wyborczo.

Ale skończony, nieuczciwy. Biedroń i pani ratujecie jego partię.

Nadal istnieje! Palikot przemeblował trochę ludziom w głowach. Nie ustawami, bo wielkie partie skutecznie blokowały wszystko, co Twój Ruch chciał zrobić.

Krzyż w Sejmie, marihuana – o tym pani mówi? Przecież to są jakieś populistyczne akcje.

Nie, mówię o związkach partnerskich, konwencji antyprzemocowej. O sprawach, o których wcześniej baliśmy się pomyśleć.

Przecież obowiązuje ustawa zakazująca przemocy w rodzinie.

Konwencja zmusza państwo do finansowania 24-godzinnej linii telefonicznej, co jest cholernie ważne. Poza tym domów opieki, schronisk dla kobiet dotkniętych przemocą.

To można załatwić bez konwencji.

Ale rząd nie chce na to dać pieniędzy.

Jakby dali, to byłaby pani usatysfakcjonowana?

Nie. Wie pani, czego się najbardziej boją politycy przeciwni tej konwencji? Ekspertów międzynarodowych, instytucji, która będzie dbała o konwencję i sprawdzała, jak jest u nas przestrzegana, do której też się będzie można skarżyć. Wolę, żeby się to udało, niż tracić czas na myślenie o prezydenturze. Może brutalne jest to, co powiem, ale niech oni w tym SLD wyniszczają się, zrujnują. Ja mam do zrobienia rzeczy realne.

A potem pani wkroczy.

Już wkroczyłam. I nie odpuszczę. Czuję jednak, że najpierw „przyjaciele”, a nie prawicowcy podłożą mi jakąś świnię, będą próbowali skompromitować, zdyskredytować. ■

Okładka tygodnika WPROST: 2/2015
Więcej możesz przeczytać w 2/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także