Chytry zabójca

Chytry zabójca

Były premier Józef Oleksy zmarł na nowotwór, który rocznie zabija blisko 4 tys. Polaków. Wciąż nie mamy dostępu do nowoczesnych terapii.

Zmarły w grudniu Krzysztof Krauze, twórca „Długu” i „Papuszy”, swój dekalog walki z rakiem opublikował pięć lat temu. Sam walczył wówczas już od czterech lat i mógł z pełną odpowiedzialnością napisać: „Rak to nie wyrok”. Nowotwór, na który w piątek zmarł także były premier Józef Oleksy, atakuje gruczoł krokowy, zwany też prostatą lub sterczem. W Polsce u mężczyzn jest drugi, jeśli chodzi o częstość zachorowań, i trzeci pod względem umieralności. Prostata, organ wielkości kasztana w okolicy krocza pod pęcherzem moczowym, otacza górny odcinek cewki moczowej i odpowiada za produkcję niektórych płynów nasienia. Po 50. roku życia zazwyczaj się powiększa, czasem utrudniając oddawanie moczu. Dolegliwości są przykre, ale nie świadczą jeszcze o chorobie, która potrafi się rozwijać latami, nie dając żadnych objawów.

NIEPEWNE PSA

Dlatego dawniej nowotwór wykrywano już w zaawansowanym stadium, kiedy pojawiały się bolesne przerzuty do kości. Dopiero odkryty w 1970 r. swoisty antygen sterczowy (PSA, z ang. Prostate-Specific Antygen) pozwala określić zagrożenie rakiem. To o tym badaniu Krzysztof Krauze pisze w pierwszym punkcie swojego dekalogu, zachęcając, by wykonywali je wszyscy mężczyźni po czterdziestce. Podwyższone stężenie PSA we krwi, oznaczane powszechnie od końca lat 80., wzmaga czujność lekarzy i pacjentów. – Ale nie jest jeszcze równoznaczne z nowotworem, bo stężenie PSA rośnie także w przypadku zapalenia gruczołu krokowego czy łagodnego przerostu prostaty. Nowotwór można rozpoznać tylko na podstawie badania mikroskopowego wycinków uzyskanych po biopsji – podkreśla prof. Piotr Chłosta, prezes elekt Polskiego Towarzystwa Urologicznego. I dodaje, że ryzyko nowotworu wzrasta wraz z wiekiem i gwałtownie rośnie po 70. roku życia. Jest także większe u mężczyzn, u których rak prostaty wystąpił w rodzinie. O nowotworze dziedzicznym mówi się, gdy chorowało na niego przynajmniej trzech krewnych w pierwszej linii (ojciec – syn, brat – brat) lub dwóch przed 55. rokiem życia. Takie osoby bezwzględnie powinny wykonać badanie PSA. Pozostałe po sześćdziesiątce lub w razie poważnego podejrzenia. Coraz częściej bowiem uważa się, że rak prostaty jest nadrozpoznawany.

W USA, gdzie rak gruczołu krokowego urósł do rangi nowotworu numer jeden wśród mężczyzn, zwłaszcza Afroamerykanów, rezygnuje się z powszechnych badań przesiewowych PSA. Przyjmuje się, że na raka prostaty zachoruje co drugi 70-latek, ale wielu z nich do końca życia nie będzie miało żadnych objawów. – W większości przypadków nowotwór rozwija się długo, nawet osiem-dziesięć lat i często ci pacjenci umierają nie na niego, a z nim, na przykład z powodów krążeniowych – tłumaczy prof. Chłosta. Nawet z przerzutami, chorzy na raka prostaty żyją cztery-pięć lat, podczas gdy w przypadku raka płuca przyzwoitym wynikiem jest rok. Dlatego większość europejskich i amerykańskich towarzystw naukowych odradza badania przesiewowe PSA. – Powinno się za to informować, że PSA może dawać fałszywie dodatnie wyniki i że istnieje coś takiego jak nadwykrywalność raka prostaty. Diagnoza bywa źródłem niepotrzebnego stresu i często niepotrzebnego leczenia. Naraża się pacjenta na niepotrzebne cierpienie – mówi dr n. med. Elżbieta Senkus, onkolog i radioterapeuta z Katedry i Kliniki Onkologii i Radioterapii Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.

Bywa jednak, że nowotwór rozwija się wyjątkowo szybko. – Zwykle od momentu wykrycia do pierwszych przerzutów mija około pięciu lat, ale są chorzy, u których pierwsze przerzuty pojawiają się po dwóch miesiącach. Nie znamy tak dobrze biologii tego raka. Zdarza się, że nawet wcześnie wykryty potrafi nas przechytrzyć – mówi prof. Piotr Wysocki z Kliniki Onkologicznej Centrum Onkologii w Warszawie.

KASTRACJA JAK MENOPAUZA

U zdiagnozowanych chorych, jeżeli choroba nie jest rozsiana po organizmie, czyli nie daje przerzutów, stosuje się leczenie operacyjne (również laparoskopowe) – wycina się prostatę, pęcherzyki nasienne i okoliczne węzły chłonne – albo radykalne napromienianie od zewnątrz lub od wewnątrz organizmu (brachy terapię). Chorzy z przerzutami poddawani są kastracji, która obniża aktywność androgenów, pobudzających rozwój raka. Stosuje się dwa jej rodzaje – chirurgiczną, polegającą na usunięciu miąższu jąder, albo farmakologiczną.

Obie te metody wiążą się z nieprzyjemnymi objawami ubocznymi. – Często przypominają one kobiecą menopauzę. Pacjenci mają zmiany nastroju, uderzenia gorąca, tkankę mięśniową stopniowo zastępuje tłuszczowa. Przy dłuższym stosowaniu zwiększa się też ryzyko powikłań kardiologicznych, cukrzycy, zawału i osteoporozy. Upośledzeniu ulega też sprawność seksualna, obniżając libido i możliwości uzyskania oraz utrzymania wzwodu – tłumaczy dr Senkus. Dodaje jednak, że hormonoterapia, na którą wrażliwa jest większość nowotworów, pozwala opóźnić rozwój choroby średnio o dwa lata. Gorzej, kiedy rak stanie się oporny na kastrację i komórki nowotworowe namnażają się mimo terapii hormonalnej. Wtedy stosuje się leczenie drugiego rzutu: radioterapię przerzutów do kości i chemioterapię. Ta metoda jest toksyczna i niszczy organizm, ale w połączeniu ze sterydami znacznie przedłuża życie.

NADZIEJA W NOWYCH LEKACH

Przez lata chemioterapia była jedyną szansą dla chorych. Dlatego Krzysztof Krauze zjeździł pół świata w poszukiwaniu nowoczesnych terapii. Ale ich prawdziwy wysyp nastąpił dopiero w 2010 r. Pojawiło się wtedy pięć nowych leków, m.in. sipuleucel-T, czyli szczepionka przeciwnowotworowa przygotowywana indywidualnie dla każdego chorego (kosztuje około 90 tys. dolarów i jest dostępna tylko w USA). Poza tym izotop radu 223, który jako emiter krótkich promieni alfa niszczy tylko komórki nowotworowe, a nie szpik, i wbudowuje się w ubytki w kości, oraz chemioterapeutyk kabazytaksel i dwa leki hormonalne: abirateron i enzalutamid.

Abirateron, dostępny w Polsce jako lek kolejnego rzutu po chemioterapii, obniża i blokuje produkcję androgenów, co pozwala wydłużyć życie nawet o cztery-pięć miesięcy. – Enzalutamid jest przyjmowany doustnie, a więc wygodny dla chorych. Przy bardzo niewielkiej liczbie i nasileniu działań niepożądanych wydłużał życie o cztery-pięć miesięcy i poprawiał jego jakość – mówi dr Senkus, która uczestniczyła w ogólnoświatowych badaniach klinicznych enzalutamidu. – Dotychczasowe badania w wielu ośrodkach wykazały, że liczba osób, którym ten lek wydłuża przeżycie zwiększyła się o 30 proc., a u ponad 80 proc. udało się opóźnić rozwój nowotworu – przyznaje prof. Chłosta. Badania Amerykanów dowiodły też, że pacjenci z zaawansowanym rakiem prostaty przyjmujący enzalutamid lepiej funkcjonują fizycznie i emocjonalnie, zwiększa się ich aktywność zarówno zawodowa, jak i w życiu prywatnym, są mniej narażeni na złamania, mają mniej nowych przerzutów. – A poprawa jakości życia jest bardzo istotna. Człowiek dotknięty przewlekłą chorobą nowotworową wcale nie musi być odsunięty na margines. Etyka zawodowa każdego lekarza nakazuje wydłużyć pacjentowi życie i zapewnić jego najlepszą jakość – tłumaczy prof. Chłosta.

Abirateron należy się tylko wąskiej grupie chorych spełniających kryteria programu lekowego, a enzalutamid pod koniec 2014 r. otrzymał pozytywną opinię Agencji Oceny Technologii Medycznych. Polscy pacjenci mają nadzieję, że wkrótce stanie się dla nich dostępny. – Leczenie hormonalne nowej generacji pozwala na spowolnienie postępu choroby, co przekłada się znacznie na wydłużenie przeżycia. Niewielka toksyczność nowych leków powoduje, że czas, który chory uzyskuje dzięki nowym terapiom, charakteryzuje się lepszą jakością życia – przyznaje prof. Wysocki. �

Okładka tygodnika WPROST: 3/2015
Więcej możesz przeczytać w 3/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0