Prokuratura nie gra czysto w sprawie afery taśmowej

Prokuratura nie gra czysto w sprawie afery taśmowej

Donald Tusk pojechał do związkowców i obiecał im, że Polska będzie kupowała polski węgiel, pominięto racje mojego resortu w zarządzaniu branżą. Później toczyła się klasyczna gra pozorów – mówi „Wprost” Janusz Piechociński, wicepremier, minister gospodarki.

Jest pan bohaterem ujawnionych ostatnio taśm nagranych w restauracji Sowa i Przyjaciele. Jak to jest się dowiedzieć, co koledzy z rządu naprawdę o panu myślą?

Stare taśmy zostały wrzucone w czasie kampanii wyborczej.

A czyja to wina? Gdyby sprawa – zgodnie z deklaracjami Donalda Tuska - została dawno wyjaśniona, a wszystkie taśmy opublikowane, to nie byłoby co wrzucać w kampanii.

Zgoda. Doskonale pamiętam tę deklarację, a państwo powinni pamiętać, że zapowiadałem zerwanie koalicji, jeżeli najbardziej skompromitowani bohaterowie taśm zostaną w rządzie. I dziś już ich nie ma. Dziś problem polega na tym, że prokuratura nie radzi sobie z tą sprawą. Jeżeli prokurator generalny za kilka miesięcy nie będzie miał nam nic do powiedzenia w sprawie afery taśmowej, bo nie wygasi żadnego jej wątku, to nie wiem, czy nie skończy się to jego dymisją. Zegar już tyka. Dla mnie marne postępy w wyjaśnianiu tej sprawy są dowodem na to, że prokuratura nie gra czysto, nie rozumie, jaki wymiar ma ta sprawa.

Może prokuratura jest bezsilna, bo cała ta afera jest sprawką służb, które prowadziły między sobą wojnę na podsłuchy i haki?

Nawet gdyby tak było, to i tak prokuratura powinna wyjaśniać wszystkie wątki po kolei. Pytam się: czy kelnerzy zakładający podsłuch w restauracji złamali prawo i czy jest już akt oskarżenia przeciwko nim, czy też stali się świadkami koronnymi? A co z przedsiębiorcą Markiem Falentą, który miał im zlecić nagrywanie rozmów VIP-ów? Czy działał na własną rękę, czy był agentem służb, czy może został świadkiem koronnym? Tego też nie wiemy, a w czerwcu minie rok od wybuchu afery podsłuchowej. Nie wiemy nawet, czy zamknięty został wątek książki o Janie Kulczyku, czy była próba wykupienia jej za 400 tys. zł, czy nie.

Stawia pan takie pytania na posiedzeniach rządu i co pan słyszy?

W rządzie się na ten temat nie dyskutuje, bo przecież nie wszystkie taśmy ujawniono. Nikt nie chce być podejrzewany, że inicjując dyskusję, występuje w interesie osób, których rozmowy jeszcze nie zostały upublicznione. Mam wrażenie, że wszyscy uczestniczymy w jakiejś grze służb, której elementem było sprawdzenie, czy polska polityka jest stabilna, czy też można ją przewrócić za pomocą kilku nagrań.

A co dalej?

Mamy świadomość, że ta sprawa kładzie się cieniem na demokracji i że od 11 miesięcy materiały z afery podsłuchowej są nieustannie przedmiotem gry. Przecież to nie jest przypadkowe, że tuż przed drugą turą wyborów prezydenckich wyciągnięto właśnie tę taśmę, na której jest mowa o Bartłomieju Sienkiewiczu i jego rzekomym zleceniu podpalenia budki strażniczej przed ambasadą Rosji. Chodzi przecież o udowodnienie, że Platforma wcale nie jest tak racjonalna w kontaktach ze Wschodem, jak się reklamowała. Mamy też próbę przeczołgania PSL-u.

Słowa Elżbiety Bieńkowskiej, wówczas wicepremier, pod pana adresem są dalekie od życzliwości. Miała panu za złe, że podgrzewa pan sprawę zakupu Pendolino, a ona musi świecić oczami.

Nie mam o to żalu. Mogę zrozumieć poirytowanie Bieńkowskiej sprawą Pendolino, którą dostała w spadku i musiała się z niej tłumaczyć. Ja w kryzysie nie kupowałbym tego pociągu, tylko postawił na trochę wolniejsze, za to krajowe. Przy okazji można było wesprzeć rodzimych producentów. Ale rozumiem myślenie rządu, który chciał pokazać nową jakość. A taki kolejowy mercedes jak Pendolino dodawałby trochę ekskluzywności przaśnej polskiej codzienności.

Nie czuje się pan urażony epitetem, jakim określiła pana Bieńkowska?

Nie. Wracając do taśm, to ponieważ uderzają w PO i PSL, podejrzewam, że mamy do czynienia z pochodną rywalizacji sympatyków PiS i PO w służbach.

Chce pan powiedzieć, że całą tę aferę ukręcił PiS?

Pokazuję tylko, że jakoś tak dziwnie „dziadkowie z Wehrmachtu” pojawiają się po obu stronach barykady i potrafią być zręcznie wykorzystywani.

Elżbieta Bieńkowska w rozmowie z szefem CBA Pawłem Wojtunikiem mówiła też, że Ministerstwo Gospodarki, pana resort, przez siedem lat nic nie zrobiło w sprawie górnictwa.

Jej wiedza o górnictwie nie była pogłębiona. Płynęły do niej – jako parlamentarzystki ze Śląska – różne sygnały od związkowców i szefów spółek węglowych. Wiedziała jedynie, że w górnictwie źle się dzieje.

Wszyscy to wiedzieli.

Bo to nie było tajemnicą. Dlatego na przełomie 2013 i 2014 r. przygotowaliśmy w Ministerstwie Gospodarki program restrukturyzacji branży, z cięciami kosztów włącznie, żeby uzdrowić sytuację. Tyle że nie było na to politycznego przyzwolenia samego premiera. Donald Tusk nie chciał, żeby Jerzy Buzek w eurowyborach w 2014 r. poniósł na Śląsku prestiżową porażkę. Pojechał do związkowców i obiecał im, że Polska będzie kupowała polski węgiel, pominięto racje mojego resortu w zarządzaniu branżą. Później toczyła się klasyczna gra pozorów. Rozmawiano w KPRM, co można zrobić – obniżyć VAT, zastopować import taniego węgla. Potem doszło do głębokiego załamania cen węgla na światowych rynkach i branża wpadła w potężne kłopoty.

To wiemy, ale kłopoty chyba się nie skończyły? Czy jesienią po wyborach należy się spodziewać zwolnień w górnictwie?

Nie. Jednak mamy pewną stabilizację cen węgla. Poprawia się koniunktura w przemyśle stalowym, który potrzebuje dużo energii. Jastrzębska Spółka Węglowa rzeczywiście przechodzi pewne trudności, ale to, co zostało wynegocjowane między rządem a związkowcami z Kompanii Węglowej, jest dużym sukcesem. Załogi jednak się zgodziły, że nie będziemy eksploatować chodników, na których jest strata. Zdecydowano, że górnicy będą pracowali przez pięć dni w tygodniu, ale kopalnie przez siedem dni. Cały czas realizowany jest program dobrowolnych odejść z kopalni.

Tak naprawdę to górniczy związkowcy wytargowali, co chcieli.

Nieprawda. Chcę zaznaczyć, że związki zawodowe myślą w kategoriach tego, co jest dzisiaj, a nie tego, co będzie jutro. Niektórzy przedstawiciele starszego pokolenia nie mieliby nic przeciwko upadłości kopalni, bo dostaliby z tego tytułu gigantyczne odprawy, a i tak blisko im do emerytury. Ale dla młodych to byłaby utrata miejsca pracy. Między młodymi a starymi górnikami były istotne różnice interesów i to udało nam się wygrać. Oczywiście od samego wydzielenia najsłabszych kopalń i uruchomienia programu restrukturyzacji, modernizacji i prywatyzacji sytuacja diametralnie się nie poprawi, ale uczyniliśmy krok w dobrym kierunku. To są złożone sprawy i w ich rozwiązywaniu potrzeba dramatycznej konsekwencji. Dlatego nie podobało mi się, gdy w kampanii prezydenckiej jeden z kandydatów dawał do zrozumienia, że Polska jest przemysłową pustynią, że można oprotestować wszystko, co nam się nie podoba w Unii, również pakiet klimatyczny, że stać nas na kupowanie polskiego węgla niezależnie od ceny. To są fajne hasła, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością.

Nie tylko kandydat na prezydenta to opowiadał, ale również urzędujący premier z PO, więc każdy ma coś na sumieniu. A Bieńkowska w szczerej rozmowie z Wojtunikiem powiedziała, że nie ma dobrego pomysłu na wyprowadzenie branży z kłopotów.

Są pomysły. Właśnie z tego powodu proponowałem, żeby na bazie Ministerstwa Skarbu powstało ministerstwo energetyki, które przejęłoby sektor górniczy.

I żeby energetyka wzięła na siebie koszt drogiego węgla, za co zapłacą wszyscy konsumenci, bo rachunki za prąd będą wyższe?

Nieprawda. Energetyka też jest pod ciśnieniem rządu, bo ceny energii są bardzo ważnym elementem konkurencyjności gospodarki. Dlatego wycofaliśmy stare piece, nisko energetyczne, a rozpoczęliśmy budowę nowych, dużo bardziej wydajnych.

A co z programem energetyki atomowej? Będzie realizowany? Świat powoli odchodzi od energii atomowej.

Musi być zrealizowany z prostego powodu – potrzeba nam trwałego, stabilnego elementu produkcji energii. Przykładowo energia wiatrowa może być produkowana tylko w niektórych regionach kraju, czyli na północy, a wydajność takiej produkcji jest zróżnicowana w zależności od siły wiatru.

Ale budowa elektrowni atomowych jest ogromnie kosztowna. To wydatek rzędu 60 mld zł za pierwszy blok.

To prawda. Sektora publicznego nie stać na sfinansowanie tej inwestycji. To musi być partnerstwo publiczno-prywatne. Elektrownia atomowa jest nam niezbędna, bo to technologia najmniej emisyjna, a przecież musimy się powoli dostosowywać do uzgodnień klimatycznych.

Może lepiej nastawić się na odnawialne źródła energii?

OZE samo nie zastąpi wydajnych bloków opartych na węglu i atomie.

Skoro jesteśmy przy polityce energetycznej, to jak wygląda sytuacja z gazoportem w Świnoujściu, którego budowa niemiłosiernie się wlecze?

Terminal jest już prawie gotowy i zostanie dokończony. Nie wykluczam jednak, że sprawa mimo wszystko trafi do arbitrażu, bo po obu stronach są roszczenia.

Sprawy się wloką, a kadencja nieubłaganie zmierza ku końcowi. Ciągle nie ma przepisów wdrażających nową dyrektywę unijną dotyczącą oznaczeń paczek papierosów, a Polska jest poważnym producentem tytoniu. Co się z tą sprawą dzieje?

56 proc. europejskich papierosów jest produkowanych w Polsce. W tej chwili minister zdrowia rozważa, jakie oznaczenia paczek przyjąć. Z mojej wiedzy wynika też, że prace nad rozporządzeniem w tej sprawie są na ukończeniu. Do końca maja powinno być gotowe, a więc nie będzie problemu z produkcją. W ogóle znakomitą większość spraw zapowiedzianych przez premier Ewę Kopacz w exposé zrealizujemy przed jesiennymi wyborami. Nawet ordynacja podatkowa jest już na ukończeniu. Tylko z kodeksem budowlanym są problemy.

A czego jeszcze możemy się spodziewać ze strony rządu przed wyborami? Będzie waloryzacja płac w sferze budżetowej?

Prawdopodobnie tak. Osobiście jestem za tym, żeby w pierwszej kolejności podwyższyć kwotę wolną od podatku. Waloryzacja płac w sferze budżetowej w średniej wysokości 250 zł na etat to koszt ok. 7,5 mld zł. Podwyższenie kwoty wolnej od podatku byłoby z punktu widzenia pracownika tak samo efektywne, a z punktu widzenia budżetu bardziej korzystne, bo rozłożone w czasie. Poza tym jest bardziej sprawiedliwe, bo w większym stopniu wzmacnia mniej zamożne gospodarstwa domowe. Ale sądzę, że wprowadzimy jedno i drugie rozwiązanie. Targujemy się tylko w sprawie kwot.

PSL coraz bardziej zacieśnia współpracę z PO. Mamy na myśli wasze mocne zaangażowanie w kampanię Bronisława Komorowskiego. Nie boi się pan, że jesienią odbije się to wam czkawką?

Poparcie Bronisława Komorowskiego to była naturalna decyzja. To przecież on uruchomił dialog między wówczas liberalną PO, bo dziś nie wiadomo, jaka ona jest, a antyliberalnym, antybalcerowiczowskim PSL. Poza tym dzięki życzliwości i wsparciu prezydenta nasz minister pracy Władysław Kosiniak- -Kamysz osiągnął jeden z fundamentalnych sukcesów, którym będziemy się chwalić przez lata: za jego kadencji zaczęto poważnie traktować politykę prorodzinną. Wreszcie – musimy się bronić przed PiS, które zostało wypchnięte przez PO z dużych miast i nie ukrywa, że na prowincji chce zadeptać PSL. Dlatego do pierwszej tury wyborów musieliśmy wystawić własnego kandydata na prezydenta.

Jego wynik nie powalił na kolana. 1,6 proc. głosów na Adama Jarubasa to, oględnie mówiąc, raczej niewiele jak na partię z 23-procentowych poparciem w wyborach samorządowych.

Wynik nie był najważniejszy, tylko to, że nasz kandydat prowadził cały czas kampanię i m.in. tłumaczył ludziom, czym się może skończyć dojście PiS do władzy. W latach 2005-2007 razem z Waldemarem Pawlakiem prowadziłem konsultacje z PiS w sprawie utworzenia koalicji rządzącej i z przykrością stwierdziłem, że ta partia w ogóle nie była zainteresowana sprawami gospodarczymi. Dziś poza prof. Jerzym Żyżyńskim nie ma tam w ogóle z kim rozmawiać o gospodarce. Poza tym PiS jest taktycznie antyeuropejskie, a my mamy świadomość, że tylko związek z Europą może zagwarantować rozwój i pomyślność naszego kraju.

Dlaczego twierdzi pan, że PiS jest anty europejskie? Jakie działania anty europejskie podjęło w czasie dwóch lat swoich rządów?

W sferze mentalnej i ideowej są antyeuropejscy, a Polska i Polacy tylko z Europą i poprzez Europę mogą coś znaczyć w globalnym świecie. �

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

Okładka tygodnika WPROST: 22/2015
Więcej możesz przeczytać w 22/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0