Władzy wydaje się, że jest Bogiem

Władzy wydaje się, że jest Bogiem

Dodano:   /  Zmieniono: 

Piastujący funkcje publiczne manipulują społeczeństwem za pośrednictwem wynajętych agencji PR. W miejsce rzetelnych, kompletnych, aktualnych i archiwalnych informacji steruje się obywatelami przez notatki propagandowe i ćwierknięcia. Ministrowie rozsyłają propagandowy spam. Przepalane są publiczne pieniądze na kolejne, bezsensowne serwisy internetowe, ich pozycjonowanie w wyszukiwarkach i pensje urzędników zasilających „społecznościowe media” śmiesznymi graficzkami.

Obywatele zaś coraz silniej domagają się informacji źródłowych. Składają wnioski o dostęp i idą do sądów. Doszło do tego, że przed sądami administracyjnymi przegrały już z obywatelami wszystkie reprezentowane w Sejmie partie polityczne, ale też Sąd Najwyższy, Trybunał Konstytucyjny i prezydent. Komentując stanowisko prezydenckiej kancelarii w jednej z takich spraw, sędzia Naczelnego Sądu Administracyjnego stwierdziła: „miałam wrażenie, że pomylono władzę prezydencką z władzą królewską, która pochodziła od Boga i nie podlegała żadnej kontroli”.

Tak jest od lat. W marcu 2002 r. pod adresem bip.gov.pl udostępniono testową wersję Biuletynu Informacji Publicznej. Byłem pełen optymizmu. Miał to być internetowy, ale jednak urzędowy publikator. Państwo miało tam zamieszczać informacje publiczne, czyli dane o tym, jak działa. O finansach, decyzjach, procedurach, ludziach pełniących funkcje. To wszystko miało zwiększać zaufanie obywateli do państwa, miało dostarczać im wiedzy potrzebnej do wykonywania władzy zwierzchniej w Rzeczypospolitej Polskiej. Ta władza, wedle konstytucji, należy do narodu.

Tyle idea. Chwilę później weszło w życie rozporządzenie wykonawcze do Ustawy o dostępie do informacji publicznej. Miało określać sposób technicznego przygotowania internetowego publikatora. W roku legislacyjnego poczęcia BIP-u ujawniono aferę łowców skór, Orlengate, a tygodnik „Wprost” opublikował pierwszą wzmiankę o tzw. aferze Rywina. Ale nie dzięki BIP-owi. Po opublikowaniu wspomnianego rozporządzenia uznałem, że nie ma wystarczających warunków prawnych ani technicznych do realizacji prawa obywateli do uzyskania informacji publicznej przez internet. Rozporządzenie okazało się prawnym bublem. Sam BIP również.

W 2005 r. Ministerstwo Nauki i Informatyzacji przejęło prowadzenie BIP-u z rąk MSWiA. Akurat kończyło się vacatio legis dla jednego z przepisów Ustawy o dostępie do informacji publicznej i w życie wchodziła ta jej część, która obligowała wymienione w ustawie podmioty do publikowania w internecie danych o posiadanym majątku oraz płynących z niego korzyściach i dochodach. Wtedy też wchodziła w życie Ustawa o działalności lobbingowej w procesie stanowienia prawa, która też do BIP-u się odwoływała. Po fali krytyki rozpoczęto prace nad nowelizacją rozporządzenia, bo już dla wszystkich było jasne, że w żaden sposób nie dało się go stosować.

Rozporządzenie w sprawie BIP-u znowelizowano w styczniu 2007 r. Z założenia miała to być modyfikacja prowizoryczna. Po prostu usunięto z niego te przepisy, które sprawiały największy kłopot. Dokonano swoistej kastracji, pozostawiono wydmuszkę. Zapowiadano przy tym, że już za chwilę pojawi się całkiem nowe rozporządzenie: przemyślane, nadające się do stosowania. Nie pojawiło się do dziś. Czas wyborów daje unikalną szansę upomnienia się o prawa obywatelskie. Tak. Udało mi się do debaty prezydenckiej wprowadzić temat wykazów umów opłacanych z publicznych pieniędzy. Partie wspierające obu walczących o prezydencki fotel nie udostępniły ich jednak obywatelom. Ale przed nami kolejne wybory. �

*Prawnik, autor serwisu VaGla.pl Prawo i Internet

Więcej możesz przeczytać w 22/2015 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0

Czytaj także