Teoretyczne śledztwo

Teoretyczne śledztwo

Przez okrągły rok, który minął od afery taśmowej, zarówno rząd, jak i prokuratura wyjaśniały ją tak, żeby broń Boże nic nie wyjaśnić. Teoretyczne państwo prowadzi teoretyczne śledztwo.

Powoływanie kolejnych biegłych, przenoszenie sprawy do innej prokuratury, niepodejmowanie istotnych wątków afery, a skupianie się na didaskaliach, takich jak „kto wyważył drzwi w redakcji »Wprost« w czasie akcji ABW”. Wreszcie zwrócenie się o pomoc prawną do… USA. Tak od roku wygląda śledztwo prokuratury w najgłośniejszej aferze politycznej ostatnich lat. – Państwo jest dziurawe – tak w rozmowie z „Wprost” podsumowuje rok od afery taśmowej senator PO Jan Rulewski. – Tajna informacja stała się towarem bardziej chodliwym niż auta w salonie samochodowym, a wszyscy jesteśmy bezsilni – dodaje z godną podziwu szczerością. Na pytanie, czy wprowadzona przez PO reforma organów ścigania przyniosła rezultaty, przyznaje, że nie do końca. – Będziemy musieli przebudować ustrój prokuratury, bo w tej chwili jest w niej za dużo demokracji. Mamy wojnę z przestępczością i musimy mieć bojowe zasady podejmowania decyzji – zauważa.

A nie mówiliśmy? – odpowiada z wyraźną satysfakcją Jan Dziedziczak, poseł PiS. Przypomina, że jego partia od początku sprzeciwiała się oddzieleniu funkcji prokuratora generalnego od ministra sprawiedliwości. – W sprawie afery taśmowej po wyborach niezbędna może się okazać komisja śledcza – zapowiada. – Można się ekscytować obyczajową stroną taśm, spekulować „kto z kim”, ale meritum sprawy tkwi gdzie indziej. Na nagraniach są dowody świadczące o łamaniu prawa i trzeba przestać udawać, że jest inaczej – dodaje.

ZEGAR TYKA

Jeszcze rok temu w podobnym duchu mówili rządzący. – Będziemy starali się działać szybko i transparentnie. Musimy tę sprawę wyjaśnić szczegółowo i co do milimetra – deklarował 16 czerwca ub.r. premier Donald Tusk, dzień po opublikowaniu pierwszych taśm afery podsłuchowej. Szef rządu zapowiadał, że wszyscy „bohaterowie” afery taśmowej będą dostępni dla mediów, by się wytłumaczyć z najdrobniejszej nawet wątpliwości.

Dwa tygodnie później w Sejmie Tusk precyzował: – Jeszcze we wrześniu szef MSW przedstawi szczegółową informację na temat podsłuchów. Proszę o trochę cierpliwości. Wicepremier Janusz Piechociński nawet go przelicytował: – Do 20 sierpnia afera ma zostać całkowicie wyjaśniona. Jeśli nie, doprowadzę do przedterminowych wyborów! Rok później Piechociński był już mniej stanowczy. Niespełna miesiąc temu w rozmowie z „Wprost” przyznawał: – Zegar już tyka. Dla mnie marne postępy w wyjaśnianiu tej sprawy są dowodem na to, że prokuratura nie gra czysto, nie rozumie, jaki wymiar ma ta sprawa.

SEREMET NIE WIDZI PRZESTĘPSTWA

Piechociński miał rację w jednym: sprawa od początku miała olbrzymi wymiar. W każdej zdrowo funkcjonującej demokracji afera taśmowa stałaby się podstawą do wszczęcia co najmniej kilkunastu śledztw i powołania kilku komisji śledczych. Między rozważaniami o ośmiorniczkach i cygarach padają naprawdę mocne rzeczy, choć w gąszczu przekleństw i obyczajowych plotek łatwo je przeoczyć. I prokuratura, i rząd robili przez te 12 miesięcy wszystko, byśmy o nich zapomnieli. Przykłady? Na taśmach prezes NBP ujawnia szefowi MSW, że na kilka miesięcy przed upadkiem Amber Gold ostrzegał Donalda Tuska, że biznes Marcina P. jest piramidą finansową. Co z tej informacji wynikło? Dla prokuratury kompletnie nic.

W innym miejscu ówczesny szef MSW sugeruje, że państwo pod stołem dotuje tanie linie lotnicze, by utrzymać nierentowne lotniska w mniejszych polskich miastach. Z punktu widzenia prawa Unii Europejskiej, a także zdrowego rozsądku, to absolutny skandal. W tej samej rozmowie padają słowa, że formalnie niezależny bank centralny wspomaga rząd i partię władzy, by ta wygrała wybory w 2015 r. Dogadywana jest też dymisja ministra finansów Jacka Rostowskiego. W innym miejscu Sienkiewicz przyznaje, że wstrzymuje się przed reformą BOR-u, bo politycy się boją, że funkcjonariusze mogliby zacząć ujawniać niewygodne fakty na temat osób, które ochraniają.

Minister Sienkiewicz mówi o „tłustych misiach”, czyli biznesmenach, którzy są niezależni od rządu. Jako szef MSW chce przejąć kontrolę nad firmą jednego z nich, Zbigniewa Jakubasa. Padają skandaliczne słowa, że samo CBŚ mogłoby Jakubasowi „nagwizdać”, sam Urząd Kontroli Skarbowej też, podobnie jak Wywiad Skarbowy. „Ale wszystko razem złożone do kupy to już zupełnie inna sprawa” – mówi Sienkiewicz.

W normalnym zachodnim kraju zapowiedź zniszczenia biznesmena przez władze stałaby się podstawą gigantycznego skandalu. W Rosji reżyser Andriej Zwiagincew zrobiłby o tym film w stylu „Lewiatana”. Co z tym wszystkim zrobiła polska prokuratura? Już kilka dni po opublikowaniu przez „Wprost” treści nagrania Sienkiewicza i Belki ostrożny zazwyczaj w słowach prokurator generalny Andrzej Seremet ogłosił w mediach, że jego zdaniem w trakcie tej rozmowy nie doszło do złamania prawa. W tej samej wypowiedzi zapowiedział wszczęcie postępowania w sprawie instalowania nielegalnych podsłuchów i ujawnienia ich treści. Słowem: śledczych interesowali kelnerzy i dziennikarze, ale politycy już nie. Mimo tej zapowiedzi prokuratorzy zajęli się jednak rozmową Belki i Sienkiewicza. Pod lupą śledczych znalazł się jeden wątek: naruszenie niezależności banku centralnego. We wrześniu ubiegłego roku śledztwo umorzono. Prokuratura Okręgowa w Warszawie uznała, że choć zapowiadane przez Belkę i Sienkiewicza zmiany weszły w życie, to prace nad nimi zaczęto już wcześniej. Tak, jakby miało to jakiekolwiek znaczenie.

NIEDOPEŁNIENIE CZYNÓW

Co najmniej kilka postępowań powinno się było wszcząć na podstawie rozmów byłego ministra transportu Sławomira Nowaka i byłego wiceministra finansów Andrzeja Parafianowicza. W opinii wielu prawników była ona najbardziej obciążająca w sensie karnym. Parafianowicz mówi Nowakowi wprost, że zablokował postępowanie skarbowe w sprawie firmy żony Nowaka. Przyznaje też, że osobiście ostrzegał Pawła Grasia, iż przekazanie pieczy nad urzędami skarbowymi w ręce Jacka Kapicy (późniejszy wiceminister finansów) będzie skutkowało problemami dla polityków PO. Chwalił się też, że dzięki jego pomocy poważnych problemów uniknęli członkowie polskiej reprezentacji siatkowej. W innym miejscu ujawnia niepokojące informacje dotyczące budowy gazoportu w Świnoujściu. Z kolei Nowak odwdzięcza się inną tajemnicą: mówi, że PO odkupywała długi Zbigniewa Religi w zamian za jego poparcie w wyborach.

Co na to wszystko śledczy? W sprawie rozmowy wszczęto śledztwo wyjątkowo szybko, bo już w połowie czerwca ub.r. Wybrano najbardziej bulwersujący wątek: „przekroczenie uprawnień przez b. wiceministra finansów poprzez podjęcie niezgodnych z prawem działań w celu udaremnienia kontroli skarbowej” w firmie żony Nowaka. Sprawę umorzono po ośmiu miesiącach. – Decyzję podjęto ze względu na niepopełnienie czynów – lakonicznie poinformowała dziennikarzy rzeczniczka prokuratury okręgowej w Warszawie Renata Mazur. Co ciekawe, Radio Zet już dwa miesiące wcześniej informowało, że finał sprawy będzie właśnie taki, czyli żaden.

Ciekawe z punktu widzenia prawa wątki zawierały też pozostałe rozmowy. Szef MSZ Radosław Sikorski w rozmowie z Jackiem Rostowskim opowiada, jak to placówki dyplomatyczne sprowadzają Donaldowi Tuskowi luksusowe cygara. Sikorski płaci też za prywatne spotkanie służbową kartą ministerialną. Na tym nagraniu prokuratura nie dopatrzyła się niczego zdrożnego, już rok temu odmawiając wszczęcia śledztwa w jego sprawie. Na marginesie warto dodać, że inne nagrania zawierają także sporo ciekawych wątków, m.in. wykupywania przez spółki Skarbu Państwa reklam w wyselekcjonowanych politycznie czasopismach, sztucznego utrzymywania przez rząd zaniżonych cen paliwa przed wyborami 2011 r. Nad tymi wątkami nikt ze śledczych nawet się nie pochylił. Jedyną rzeczą, jaką prokuratura w ogóle się zajęła, było pytanie, dlaczego Sikorski zapłacił za swoją biesiadę ze służbowej karty. Ale pod koniec wakacji prokuratura odmówiła wszczęcia w tej sprawie śledztwa. Powód? MSZ przedstawiło oświadczenie, według którego to spotkanie miało charakter służbowy. – Brak definicji spotkania służbowego utrudnił zakwalifikowanie spotkania jako służbowe czy prywatne – wyjaśnił Przemysław Nowak, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

ŚLEDZTWO NAD WYŁAMANYMI DRZWIAMI

Odmowy wszczęcia postępowania, ewentualne umorzenia – to wszystko, rzecz jasna, dotyczy polityków. Obecni i byli dziennikarze „Wprost” do dziś są wzywani przez prokuraturę. „Można odnieść wrażenie, że zamiast wyjaśnić sprawę, prokuratura chce postawić dziennikarzy przed sądem” – pisał już kilka miesięcy temu miesięcznik „Press”. Opowiada jeden z dziennikarzy, który pracował przy materiale „Wprost” (nie ujawniamy jego nazwiska, bo przy obecnej tendencji prokuratura mogłaby mu postawić zarzut „ujawnienia materiałów prokuratury bez zgody prowadzącego śledztwo”): – Wezwano mnie na przesłuchanie do innego miasta. Byłem długo wypytywany, nad którymi fragmentami rozmów pracowałem, kogo z bohaterów afery znam, czy znam adwokatów, którzy są pełnomocnikami poszkodowanych w tej sprawie. Na uwagę, że takie pytania mają na celu naruszenie tajemnicy dziennikarskiej, usłyszałem, że od interpretacji przepisów być może w przyszłości będzie sąd. Sprawa jest w toku, w przeciwieństwie do postępowań wymierzonych w polityków.

Z kolei prokuratura w Łodzi przez prawie rok badała, czy pracownicy „Wprost” nie naruszyli przypadkiem nietykalności osobistej funkcjonariuszy ABW i prokuratorów. Tak, tak, to nie pomyłka: nie badano bulwersującego opinię publiczną najścia funkcjonariuszy na redakcję (tę sprawę warszawski sąd rejonowy rozstrzygnął na niekorzyść „Wprost” już po kilku tygodniach). Pod lupę śledczych wzięto rzekomy atak dziennikarzy na ABW. Co z tego, że cała Polska widziała w telewizji, że było odwrotnie? Sprawę prowadzono nad wyraz skrupulatnie: przesłuchiwano licznych świadków, analizowano wykonane przez agentów ABW nagrania. Długo sugerowano, że jeden z dziennikarzy naruszył nietykalność cielesną agenta, a drugi – prokuratora. Próbowano też udowodnić tezę, że wyważenie drzwi w gabinecie naczelnego „Wprost” było utrudnianiem wykonywania czynności prokuratorskich. Dopiero w ubiegłym miesiącu wszystkie trzy wątki umorzono. Dziś PO leje nad aferą taśmową krokodyle łzy. Hanna Gronkiewicz-Waltz domaga się dymisji Marka Belki, choć gdy we wrześniu prokuratura uznała, że prezes NBP jest czysty, politycy PO nie protestowali. Skąd zatem dziś radykalizm rządzących w sprawie afery taśmowej?

Warto zwrócić uwagę, że przez ostatnie miesiące najważniejsze osoby w państwie doskonale wiedziały, kto jest na taśmach i co mówi. Mimo to nic z tym nie robiły, co najwyżej bohaterowie taśm, jak Bartłomiej Sienkiewicz, Jacek Rostowski czy Radosław Sikorski, byli przenoszeni na inne prestiżowe stanowiska. Trudno uwierzyć, że obecna „ostra reakcja Ewy Kopacz” jest spowodowana rzeczywistą chęcią oczyszczenia Platformy, a nie strachem przed opinią publiczną, która nagle w niekontrolowany sposób zaczęła poznawać kolejne wątki afery taśmowej. Wszystko wskazuje zresztą na to, że część decyzji podjęto prewencyjnie, bo niektórych zdymisjonowanych polityków nie ma na ujawnionych dotąd taśmach. Czy są i o czym mówią na tych nieujawnionych, dowiemy się zapewne już wkrótce. �

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

Okładka tygodnika WPROST: 25/2015
Więcej możesz przeczytać w 25/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0