Kalejdoskop kulturalny

Kalejdoskop kulturalny

KSIĄŻKI

Mariusz Cieślik

Prostytutki w świecie fantazji

Chyba najbardziej oczekiwana polska nowość tej jesieni. Najsłynniejszy „półkownik” ostatnich lat, książka, której wydanie wstrzymano, mimo że była już wydrukowana i niektórzy recenzenci zdążyli ją przeczytać. Niestety, zanim trafiła do księgarń, autor pojawił się na jakimś bankiecie w kapelusiku z napisem SS, na jego głowę posypały się gromy, a wydawca wstrzymał dystrybucję powieści. Słowo „niestety” nie pojawiło się w poprzednim zdaniu przypadkowo. Wygłupy Michała Witkowskiego nie służą jemu samemu i jego literaturze. Udawanie modowej blogerki, co – jak zapewnia – ma mu posłużyć za materiał do kolejnej książki, nie było dobry pomysłem. Podobnie jak przebieranie się w dziwaczne fatałaszki i wdzięczenie do fotoreporterów na tle ścianek. W taki sposób można się jedynie ośmieszyć. Szczęśliwie Witkowski poszedł po rozum do głowy i zamiast pozowaniem zajmuje się dziś pisaniem, a jest bez wątpienia jednym z najzdolniejszych autorów swojej generacji. Niestety (znowu „niestety”), „Fynf und cfancyś” nie jest jego najlepszą książką. Ta opowieść o męskich prostytutkach krążących po Austrii i Szwajcarii w latach 90. XX w. niczym nie zaskakuje. Ma się wrażenie powtórki ze świetnego „Lubiewa”, opowiadającego o homoseksualnym podziemiu czasów PRL. Broni się ta opowieść przede wszystkim dzięki językowej inwencji Witkowskiego i jego dowcipowi. Bo sama historia jest dość przewidywalna. Traktuje o tym samym co bodaj wszystkie książki tego autora. O tym, że można żyć w świecie fantazmatów, nie uznając rzeczywistości za godną uwagi. Bo tak właśnie postępuje dwóch głównych bohaterów, prostytuujących się na ulicach Wiednia i Zurychu: 16-letni Słowak Milan, czyli Dianka, oraz starszy od niego i bardziej cwany Polak, tytułowy Fynf und cfancyś. Co – gdyby ktoś nie wiedział – oznacza (fonetycznie zapisane) 25.

MICHAŁ WITKOWSKI „FYNF UND CFANCYŚ”, ZNAK

1. „Grey. Pięćdziesiąt twarzy Greya oczami Christiana”

E. L. James

SONIA DRAGA

2. „Pochłaniacz”

Katarzyna Bonda

MUZA

3. „Uległość”

Michel Houllebecq

W.A.B

4. „Co nas nie zabije”

David Lagercrantz

CZARNA OWCA

5. „Arena szczurów”

Marek Krajewski

ZNAK

6. „Zniszcz ten dziennik. Wszędzie”

Keri Smith

K.E. LIBER

7. „Tajemny ogród. Rysuj, koloruj, przeżywaj przygody”

Johanna Basford

NASZA KSIĘGARNIA

8. „Wilk”

Marek Hłasko

ISKRY

9. „Jarosław. Tajemnice Kaczyńskiego”

Michał Krzymowski

RINGIER AXEL SPRINGER

10. „Bałagan. Przewodnik po wypadkach i błędach”

Keri Smith

K.E. LIBER

DANE POCHODZĄ Z SALONÓW SIECI EMPIK

Przeciw stereotypom

SOLIDNA BIOGRAFIA ŻYJĄCEGO BOHATE- RA TO U NAS RZADKOŚĆ. Zwykle kończy się na powierzchownym wywiadzie rzece. Tym większe uznanie dla Tomasza Krzyżaka za opowieść o abp. Józefie Michaliku. Został on wykreowany (m.in. za sprawą swojej niezręcznej wypowiedzi) przez niechętne mu media na głównego przeciwnika walki z pedofilią wśród księży. Niesłusznie, jak wynika z „Nie mam nic do stracenia”. To też ciekawa, obalająca stereotypy opowieść o tym, jak Kościół radził sobie w komunizmie i demokracji.

TOMASZ KRZYŻAK „NIE MAM NIC DO STRACENIA”, WAM

Ludzki eksponat

SĄ RZECZY, W KTÓRE UWIERZYĆ TRUDNO. Choćby w to, że w katalońskim miasteczku jeszcze w 2000 r. stał sobie wypchany Buszmen. Tak: chodzi o spreparowane zwłoki człowieka. Holenderski reportażysta jeździł śladami owego El Negro kilkanaście lat. Tropy zawiodły go do Francji i Afryki Południowej, gdzie wszystko się zaczęło ok. 1830 r. Dowiedział się sporo o tym, jak w kulturze Zachodu zmienia się stosunek do inności.

FRANK WESTERMAN „EL NEGRO I JA”, DOWODY NA ISTNIENIE

MUZYKA

Piotr Metz

Przeboje i podboje

Wprzypadku Bradforda Coxa życie od kilku lat ciekawie splata się ze sztuką. Nowy album jego grupy Deerhunter nie powstałby, gdyby artysta nie został poważnie potrącony przez samochód. A to wiązało się z nieprzyjemnymi konsekwencjami oraz zażywaniem sporej ilości leków antydepresyjnych. Efektem jest album udany, choć zawierający niewiele utworów. Ale, co istotne, jest to też najbardziej przystępna z dotychczasowych płyt zespołu, popowa wręcz. Nawet jeśli po wsłuchaniu się w teksty okazuje się, że przedstawiona tu wizja świata nie jest szczególnie optymistyczna. Cox pokazuje także zaskakującą „mapę drogową” swoich inspiracji. Kogóż tu nie ma? I Pablo Neruda, i Caetano Veloso, i Pharoah Sanders i gwiazdy brzmienia lat 80. INXS, R.E.M., Tears for Fears, Tom Petty. Deerhunter, jakiego znaliśmy wcześniej, pojawia się tylko w niepokojącym utworze „Leather and Wood”. Nawet jeśli Cox wkrótce wróci do swojej mrocznej stylistyki, to tym przebojowym albumem ma szansę podbić swoją muzyką serca zupełnie nowej publiczności.

DEERHUNTER – FADING FRONTIER /SONIC

1. „Vivere”

Andrea Bocelli

OTHER POP/UNIVERSAL

2. „Ulice bogów. Produkcja Fleczer”

Miuosh

FANDANGO RECORDS/MY MUSIC

3. „Jest super”

Zeus

PIERWSZY MILLION/STEP RECORDS

4. „Bumerang”

Kortez

JAZZ BOY/ OLESIEJUK

5. „Drugie pół”

Zakopower

KAYAX/WARNER

6. „Brain Dead Familia”

Słoń

BDF/CD-CONTACT

7. „Głupi”

Organek

MYSTIC

8. „Plan”

Sylwia Przybysz

MY MUSIC

9. „Surrender”

Hurts

SONY

10. „Honeymoon”

Lana Del Rey

UNIVERSAL

Udane przejażdżki

OBDARZONY ŚWIETNYM GŁOSEM WO- KALISTA DO TEJ PORY ANGAŻOWAŁ SIĘ W PRZEDSIĘWZIĘCIA BUDZĄCE WIELE WĄTPLIWOŚCI. Ani współpraca z Rubikiem, ani recitale z piosenkami Niemena, ani nagrania kojarzące się z piosenką aktorską nie wykorzystywały w pełni jego możliwości. Nowa płyta pokazuje jednak Janusza Radka w zupełnie nowej odsłonie, i to także jako kompozytora piosenek pop. Z sukcesem. Produkcja Leszka Biolika nadaje całości klasyczny sznyt, coraz rzadszy ostatnio w naszej rozrywce. Dobry album przypominający, że piosenka może być czymś więcej niż tłem do przejażdżki samochodem czy windą.

JANUSZ RADEK AND THE ANTS – POPOŁUDNIOWE PRZEJAŻDŻKI /MAGIC RECORDS

Jarre nie grzeje

WETERAN MUZYKI ELEKTRONICZNEJ WYRAŹNIE POZAZDROŚCIŁ SUKCESU, jaki innemu weteranowi gatunku – Giorgio Moroderowi – przyniosła współpraca z Daft Punk. Lista współpracowników Jarre’a rzeczywiście robi wrażenie: Laurie Anderson, John Carpenter, Moby, Air, M83. Każdy z utworów brzmi inaczej i nie ma wielkiego związku z resztą. Każdy utrzymany jest w stylistyce, która kiedyś była modna lub nadal jest modna. Co z tego, skoro nie robi to szczególnego wrażenia. Wyjątkiem jest dwuczęściowy utwór stworzony przez Jarre’a wspólnie z Vince’em Clarkiem. Najlepsza rzecz na tej płycie.

JEAN MICHEL JARRE – ELECTRONICA /SONY

FILMY

Krzysztof Kwiatkowski

Piotruś i Nirvana

Hollywood lubi piosenki, które widzowie już znają. Ostatnio z uporem godnym lepszej sprawy odkurza baśnie. Po amerykańskich ekranach znów biegają Kopciuszki, Jasie i Małgosie, teraz zaś lata Piotruś Pan. Tyle że kolejne pokolenia dzieci poznają tych bohaterów z nieco innej strony. A że Joe Wright pokazał już wcześniej, iż lubi wystawne inscenizacje, teraz „Piotrusia. Wyprawę do Nibylandii” przyprawia np. motywami rodem z „Mad Maksa” i każe dzieciakom chóralnie śpiewać „Smells Like Teen Spirit” Nirvany ku czci Czarnobrodego. Pirat to nowy przeciwnik bohatera, bo film jest właściwie prequelem klasycznej wersji. Piotruś zostaje porwany do Nibylandii jako tania siła robocza: wódz złoczyńców urządził kopalnię pyłu wieczności, w której wykorzystuje pojmane dzieciaki do katorżniczej pracy. Latający chłopiec buntuje się przeciw totalitarnemu reżimowi i ucieka, by dołączyć do zbuntowanego plemienia, a później odnajduje ukrywające się wróżki. Jednak tylko pozornie ta mroczna, antyutopijna wizja niczym z „Igrzysk śmierci” dodaje filmowi głębi. Zamiast opowieści o trudnymdorastaniu i wiecznej niedojrzałości dostajemy przygodową historyjkę z quasi-społecznym tłem. Akcja rozkręca się koszmarnie długo, aż nagle okazuje się, że jest po wszystkim. Filmowi nie pomaga też przeszarżowany Hugh Jackman w teatralnym kostiumie pirata. Ale jednego „Piotrusiowi...” odmówić nie można. Film jest pięknie zrobiony, zwłaszcza w wersji 3D. Kura w stanie nieważkości znosząca jajko przed oczami widza, magiczne krokodyle, świecące w ciemności wróżki i krajobrazy robią wrażenie.

„PIOTRUŚ. WYPRAWA DO NIBYLANDII”, REŻ. JOE WRIGHT, WARNER

1. „Hotel Transylwania 2”

Reż. Genndy Tartakovsky

UIP

2. „Marsjanin”

Reż. Ridley Scott

IMPERIAL-CINEPIX

3. „Obce niebo”

Reż. Dariusz Gajewski

NEXT FILM

4. „Praktykant”

Reż. Nancy Meyers

WARNER

5. „Chemia”

Reż. Bartek Prokopowicz

VUE

6. „Demon”

Reż. Marcin Wrona

KINO ŚWIAT

7. „Everest”

Reż. Baltasar Kormákur

UIP

8. „Pakt z diabłem”

Reż. Scott Cooper

WARNER

9. „The Walk. Sięgając chmur”

Reż. Robert Zemeckis

UIP

10. „Legend”

Reż. Brian Helgeland

MONOLITH

DANE WEDŁUG STATYSTYK MULTIKINA DOTYCZĄ OKRESU 16.10-18.10.2015

Magiczne źródełko

MATTEO GARRONE ZABŁYSNĄŁ JAKO REŻYSER POŚWIĘCONEJ MAFII „GOMORRY”, ale poradził sobie też z ekranizacją ludowych legend z XVII-wiecznego zbioru „Baśń nad baśniami, czyli Festyn tłuścioszek” Giambattisty Basilego. To opowieści przewrotne, gdzie dobro nie zawsze zwycięża. Bo triumfuje to, co często siedzi w człowieku: żądza, chciwość, obsesja na tle wiecznej młodości. Grają m.in. Vincent Cassel, Salma Hayek i Toby Jones. „Pentameron” jest świetny, pod warunkiem że ktoś lubi historie o magicznych źródełkach.

„PENTAMERON”, REŻ. MATTEO GARRONE, M2FILMS

Agnieszka już tutaj nie mieszka

KAROLINA GORCZYCA, WCIELAJĄCA SIĘ W TYTUŁOWĄ AGNIESZKĘ, wychodzi z więzienia. Ale świat na nią nie czeka: syn o niej zapomniał; partner jest już byłym, tak jak dawne układy mafijne – za to aktualny jest brak pieniędzy. Agnieszka wyjeżdża do Nie- miec, do prowadzonej przez Madame agencji quasi-prostytutek (seksu nie uprawiają, ale kopią mężczyzn w genitalia), wchodzi ze starszą kobietą w dziwną relację i zakochuje się w 16-latku z problemami. Szkoda, że niedociągnięcia scenariusza psują efekt, bo reżyser ma oko do detali i wiernie rekonstruuje realia.

„AGNIESZKA”, REŻ. TOMASZ RUDZIK, ALTER EGO PICTURES

AUTO

Mariusz Staniszewski

Kto lubi jeździć autobusem

Jedni je kochają, inni nienawidzą, bo przecież tak po prostu lubić się ich nie da. W końcu nie są to samochody do zwykłego wypadu na zakupy czy do kina, ale auta, w które trzeba wpakować dzieci. Do tego najczęściej małe. Każdy, kto to przeżył, wie, jak trudne jest to przedsięwzięcie. Chodzi oczywiście o vany – najbardziej rodzinne z rodzinnych samochodów. Gdy wsiadamy za kółko – choćby takiego najbardziej klasycznego vana, czyli renaulta grand scenica – musimy sobie od razu powiedzieć: tym autem szyku zadawać nie będziesz, nie będziesz się nim ścigał, nie będziesz udawał mężczyzny stanu wolnego, nie będziesz nawet łakomie patrzył na młode dziewczyny (bo i tak nie zwrócą na ciebie uwagi), nie będziesz marzył o nadmiernym luksusie, nie będziesz wykonywał gwałtownych manewrów – przyznacie, że to brzmi prawie jak zestaw przykazań, które nie zmieściły się na kamiennych tablicach, które Bóg przekazał Żydom przed wiekami. Pewnie gdyby wtedy jeździły vany, przykazań zesłanych przez Jahwe byłoby więcej.

Nie ma jednak co narzekać, dzieci są przecież świetne. Zabierają czas, pieniądze i energię, a gdy trochę podrosną i nauczą się czytać i pisać, uznają nas za osoby, które niczego nie rozumieją. Gdy więc wybieramy się z nimi w podróż, musimy mieć możliwość choćby na chwilę odizolowania się od pasażerów siedzących w drugim, a może i trzecim rzędzie, bo grand scenic jest siedmioosobowy. I tu trzeba przyznać, że Francuzi pomyśleli o nerwach kierowcy i siedzącej obok niego osoby. Na zagłówkach przednich foteli umieścili dwa ekrany tabletów, na których można wy- świetlać bajki. Funkcja jest nieoceniona. Jeśli film, np. o Minionkach, trwa półtorej godziny, to przez tyle czasu kierowca jest wolny od: odpowiadania na pytania, czy jeszcze daleko, rozsądzania stale wybuchających konfliktów, słuchania uwag, że jedziemy za szybko lub za wolno, czy wreszcie stawania na siku. To nie koniec pomysłowości Francuzów. Wielość schowków powoduje, że młodzi obywatele mogą tam zmieścić niemal nieograniczoną liczbę zabawek. Trudno się to sprząta, ale w trakcie podróży gwarantuje kolejne chwile nieocenionego spokoju. Te walory rekompensują niezbyt wygodne prowadzenie auta (kierownicę umieszczono tak, że ma się wrażenie podróżowania autobusem) i duże spalanie: w wersji testowej z silnikiem Diesla o mocy 130 koni auto potrzebuje na setkę 9 l. Przy jego rozmiarach nie jest to wynik kompromitujący, ale i nie olśniewa. ■

©� ©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

KNOW-HOW

Grzegorz Sadowski

APLIKACJE

TRUECALLER

Aplikacja, która blokuje spam telefoniczny. Ma do dyspozycji bazę 150 mln numerów telefonicznych. Jeśli nie chcecie więc kolejnego ubezpieczenia czy konta w banku, to ta apka was ochroni.

SAMSUNG GAME TUNER

Dla wielbicieli marki i graczy. Pozwala zmienić rozdzielczość poszczególnych gier, co daje nam oszczędność baterii.

Przezorny zabezpieczony

KINGSTON ZROBIŁ PENDRIVE’A, KTÓRY UCIESZY DZIENNIKARZY. Ale nie tylko ich. To rozwiązanie dobre dla wszystkich, którzy chcą mieć pewność, że ich dane nie trafią w niepożądane ręce. Chodzi o DataTraveler Locker+G3. To karta – w tym wypadku o pojemności 64 GB – która ma w sobie sprzętowe szyfrowanie danych. Polega to na tym, że po włożeniu czystego pendrive’a ustalamy ha- sło, a on dzieli się na dwie partycje. Jedna, niewielka, o pojemności 10 MB będzie służyła do szyfrowania, druga, znacznie większa, jest do naszej dyspozycji. I teraz wystarczy, że dziesięć razy zostanie wprowadzone nieprawidłowe hasło, a nasza pamięć się sformatuje. Całość, w metalowej obu- dowie, jest dobrze zrobiona, działa oczywiście w technolo- gii USB 3.0, więc nie ma się co martwić oszybkość transmisji.

Rewolucja w małej kamerze

Niby mała zmiana, a cieszy. Wydawało się, że skoro od lat mamy Kinect, to wykorzystanie kamery 3D powinno być już dawno w aplikacjach. Nic z tego. Kinect to dziś wyłącznie gry i tylko w Xboxach. Ale na szczęście Intel podjął się zadania zagospodarowania tej przestrzeni. W ten sposób powstało coś, co się nazywa Intel RealSense. To specjalna kamera, a właściwie trzy kamery, które od niedawna są już montowane w najnowszych laptopach. O co chodzi? Pierwsza kamera jest zwykłą, tradycyjną kamerą, druga działa na podczerwień, a trzecia mierzy głębię. Całość daje niesamowity efekt – komputer nas widzi, wie, co robimy, potrafi odwzorować nie tylko nas, ale i to, co wokół nas. I okazuje się, że ma to mnóstwo potencjalnych zastosowań. Część z nich Intel pokazał przy okazji Festiwalu Światła w Pradze. Pierwsze z brzegu? Kamera RealSense rozpoznaje nas, więc gdy podejdziemy do komputera, ten się odblokuje. Rozpoznanie naszej twarzy jest na tyle dokładne, że – według przedstawicieli firmy – przechodzi test bliźniaka (czyli ci, którzy mają brata lub siostrę bliźniaka, mogą spać spokojnie – ich komputer jest bezpieczny). Kamerą można zmierzyć odległość, gdy chcemy wiedzieć, ile jest od lodówki do kanapy, ale można też wykryć i zmienić tło nagrywanego filmu, i to w czasie rzeczywistym. Do tej pory do tego potrzebna była obróbka w postprodukcji albo wirtualne studio. Możemy skanować obiekty, by je potem na przykład wydrukować w 3D, dzięki wielu kamerom możemy też ustawiać ostrość zdjęcia po jego zrobieniu. Bardzo fajna jest możliwość sterowania komputerem za pomocą gestów. Choć to najmniej dopracowany element całej technologii, to naprawdę zmienia to sposób interakcji. Przybliż, oddal, uruchom, odrzuć! Siadamy przed ekranem i machamy. Ta technologia to początek drogi, ale znów okazuje się, że kiedy wszyscy szukają „next big thing”, to najfajniejsze rzeczy leżą tuż obok, trzeba je po prostu na nowo zobaczyć. No bo od ilu lat skaczemy przed Xboxem? Dobra wiadomość jest taka, że Polska jest jednym z pierwszych krajów, gdzie komputery z RealSense pojawią się w sklepach i wyposażone w kamery Intela nie będą jakoś dużo droższe.

Okładka tygodnika WPROST: 44/2015
Więcej możesz przeczytać w 44/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0