Irak czy Wietnam?

Dodano:   /  Zmieniono: 
Amerykanie znaleźli się w Iraku między młotem a kowadłem. Zamiast jednego przeciwnika - tych sunnitów, którzy popierali Saddama Husajna - mają teraz już dwóch wrogów.
Tym drugim stają się szyici, do niedawna będący głównym sprzymierzeńcem USA w Iraku i stanowiący w tym kraju większość (około 60%). Jedyna nadzieja w tym, że powstanie szyickie nie cieszy się poparciem przeważającej części tej społeczności. W przeciwnym bowiem razie operacja, nazywana stabilizacyjną, będzie musiała się zamienić w okupację w ścisłym znaczeniu tego słowa. Zresztą, nawet jeżeli powstanie al-Sadra nie ma tak dużego poparcia, jak chcieliby jego organizatorzy, to i tak jest duże ryzyko, że krwawe stłumienie rebelii przysporzy Amerykanom tylko kolejnych wrogów.

Jedno jest pewne - wielu Irakijczyków nie chce już czekać dłużej na rozpoczęcie przekazywania im władzy nad krajem przez siły interwencyjne - nawet obiecywanych przez Waszyngton trzech miesięcy. Nie chcą czekać tym bardziej, że nie wiedzą, czy obietnicę tę mogą traktować poważnie. Czy można się jednak dziwić, że w oczach Irakijczyków plany Waszyngtonu wobec ich kraju przestały być jasne - skoro pogubił się w nich nawet sam amerykański administrator, Paul Bremer? Co gorsza dla George'a Busha, już tylko jedna trzecia Amerykanów wierzy, że ich prezydent ma jakiś długofalowy plan rozwiązania sytuacji w Iraku. Coraz głośniej politycy i eksperci amerykańscy mówią, że operacja iracka zaczyna się zamieniać w drugi Wietnam.

Juliusz Urbanowicz