Tylko że te komplementy są złudne, bowiem w filmie nie ma ani jednej sceny, która na dłużej zapadłaby w pamięć. Nawet tak szokujące w założeniu ujęcia jak seks nastolatków na cmentarzu są wtórne, przewidywalne i mało wciągające. Reżyser stara się bawić różnymi konwencjami, krąży między komedią, kryminałem, a filmem społeczno-obyczajowym, ale od razu widać, że w żadnej z nich nie czuje się dobrze. W efekcie "11:14" to produkcja, której nie można niczego zarzucić, ale nie da jej się też pochwalić.
Jedyną wartością tego dzieła jest obsada. Hillary Swank, która za występ w "Za wszelką cenę" dostała w tym roku Oscara, gra tutaj nieporadną pracownicę stacji benzynowej z aparatem korekcyjnym na zębach. Jej rola, choć niezbyt rozbudowana, jest jednym z największych plusów filmu. W "11:14" pojawia się też Patrick "Wirujący Seks" Swayze, grający nadopiekuńczego ojca. Aktor zabawnie wygląda w nowym emploi: naczelny amant kina lat 80. ma wielki brzuch, chodzi w znoszonych ubraniach, a czas spędza przed telewizorem opychając się kanapkami. Dziś na pewno nie przypomina obiektu westchnień nastolatek.
Postmodernistyczna forma filmu (mieszanie stylów i wątków) natychmiast nasuwa skojarzenia z "Pulp Fiction". Podobnie jak w dziele Tarantina, który nie bał się pokazać Johna Travolty (gwiazdy "Gorączki sobotniej nocy") z wielkim brzuchem, pojawia się inny idol, Swayze - również z wielkim brzuchem. Postronny widz mógłby przypuszczać, że światowe kino nie zrobiło kroku naprzód od 10 lat. Na całe szczęście, nie jest tak źle - czas zatrzymał się tylko dla Grega Marcksa.
Agaton Koziński
"11:14" ("11h14"), reż. Greg Marcks, USA/Kanada, 2003