Pętla czasu

Dodano:   /  Zmieniono: 
"11:14" to najlepszy przykład na to, jak ubogie byłoby światowe kino bez Quentina Tarantina. Mimo że film powstał prawie 10 lat po "Pulp Fiction", to ściąga z niego pełnymi garściami.
Dzieło wyreżyserowane przez Grega Marcksa składa się z kilku pozornie niepowiązanych ze sobą wątków, które krzyżują się o tytułowej godzinie jedenastej czternaście wieczorem. Historie nawzajem się ze sobą przeplatają, wiele scen filmu się powtarza, tylko widzimy je oczami innego bohatera. Nadaje to mu pozory lekkości, niezobowiązująca fabuła zabarwiona czarnym humorem ogląda się przyjemnie, bez żadnych zgrzytów.

Tylko że te komplementy są złudne, bowiem w filmie nie ma ani jednej sceny, która na dłużej zapadłaby w pamięć. Nawet tak szokujące w założeniu ujęcia jak seks nastolatków na cmentarzu są wtórne, przewidywalne i mało wciągające. Reżyser stara się bawić różnymi konwencjami, krąży między komedią, kryminałem, a filmem społeczno-obyczajowym, ale od razu widać, że w żadnej z nich nie czuje się dobrze. W efekcie "11:14" to produkcja, której nie można niczego zarzucić, ale nie da jej się też pochwalić.

Jedyną wartością tego dzieła jest obsada. Hillary Swank, która za występ w "Za wszelką cenę" dostała w tym roku Oscara, gra tutaj nieporadną pracownicę stacji benzynowej z aparatem korekcyjnym na zębach. Jej rola, choć niezbyt rozbudowana, jest jednym z największych plusów filmu. W "11:14" pojawia się też Patrick "Wirujący Seks" Swayze, grający nadopiekuńczego ojca. Aktor zabawnie wygląda w nowym emploi: naczelny amant kina lat 80. ma wielki brzuch, chodzi w znoszonych ubraniach, a czas spędza przed telewizorem opychając się kanapkami. Dziś na pewno nie przypomina obiektu westchnień nastolatek.

Postmodernistyczna forma filmu (mieszanie stylów i wątków) natychmiast nasuwa skojarzenia z "Pulp Fiction". Podobnie jak w dziele Tarantina, który nie bał się pokazać Johna Travolty (gwiazdy "Gorączki sobotniej nocy") z wielkim brzuchem, pojawia się inny idol, Swayze - również z wielkim brzuchem. Postronny widz mógłby przypuszczać, że światowe kino nie zrobiło kroku naprzód od 10 lat. Na całe szczęście, nie jest tak źle - czas zatrzymał się tylko dla Grega Marcksa.

Agaton Koziński

"11:14" ("11h14"), reż. Greg Marcks, USA/Kanada, 2003