Chodzi o podwodny wulkan Vailulu'u, który znajduje się w Oceanie Spokojnym, w pobliżu wysp Samoa. Szczyt wulkanu leży około 1000 metrów pod powierzchnią wody. Cała góra ma około 4360 metrów wysokości, a jej podstawa ciągnie się na ponad 32 kilometry.
Wulkan został dokładnie zmapowany w 1999 roku podczas wyprawy Woods Hole Oceanographic Institution (Instytutu Oceanograficznego Woods Hole). Kilka lat później badacze wrócili tam, by sprawdzić, co się zmieniło – a zmieniło się wiele.
Stożek, który wyrósł znikąd
W kraterze pojawiła się nowa struktura – stożek wulkaniczny o wysokości około 300 metrów. Wcześniej go tam nie było. Naukowcy nazwali go Nafanua.
Środowisko wokół było skrajnie niebezpieczne. Z kominów hydrotermalnych wypływały gorące i kwaśne płyny o temperaturze sięgającej 81 stopni Celsjusza. Do wody przedostawały się też związki żelaza, które tworzyły grube, rdzawoczerwone osady. – Otwory wentylacyjne wypełniają krater Vailulu'u gęstą zawiesiną cząstek stałych i najwyraźniej toksycznych płynów, które mieszają się z wodą morską napływającą przez pęknięcia w kraterze – opowiadali naukowcy.
Wszystko wskazywało na to, że żaden organizm nie mógłby tu przetrwać.
Setki węgorzy w toksycznym kraterze
Ku ogromnemu zaskoczeniu badaczy, wokół szczytu Nafanua pływały setki węgorzy. To niezwykłe skupisko szybko zaczęto nazywać „Miastem Węgorzy”. Naukowcy przypuszczają, że prądy morskie znosiły w to miejsce drobne krewetki żyjące w toni wodnej. Węgorze przypływały tam, by się nimi żywić.
Dla innych organizmów to miejsce było jednak śmiertelną pułapką. – Fosa i dno krateru wokół nowego wulkanu są usiane martwymi organizmami wielokomórkowymi, które najwyraźniej zginęły w wyniku narażenia na emisje hydrotermalne – napisali w badaniu naukowcy.
Badacze zauważyli też coś niepokojącego. – Paradoksalnie, te same prądy antycyklonalne, które dostarczają węgorzom pożywienie, mogą również skupiać szeroką gamę zwierząt nektonicznych w śmiertelnej pułapce toksycznych płynów hydrotermalnych – czytamy w raporcie.
Miasto, które zniknęło
Gdy naukowcy wrócili w to samo miejsce w 2017 roku, zobaczyli coś zupełnie innego. Zdalnie sterowany pojazd podwodny zarejestrował tylko kilka samotnych węgorzy. Kominów hydrotermalnych nie było widać – po „Mieście Węgorzy” praktycznie nie został żaden ślad.
Naukowcy przypuszczają, że kominy mogły powstać po krótkiej erupcji wulkanu. Z czasem skały ostygły, emisje ustały, a niezwykły ekosystem po prostu przestał istnieć.
Czytaj też:
Wyglądają jak miniaturowe statki kosmiczne. Naukowcy właśnie je odkryliCzytaj też:
Gigantyczne jezioro pod ziemią. Naukowcy przecierają oczy ze zdumienia
