Nic dziwnego, że prezydent Uzbekistanu Islam Karimow w obawie o własną skórę sięgnął po ostre środki, by zdławić antyrządowe protesty. Tym bardziej, że jego pomysłem na utrzymywanie się przy władzy od dawna były rządy silnej ręki. Bezwzględnie rozprawiał się z politycznymi przeciwnikami. Obecnie więzi z powodów politycznych ok. kilku tysięcy osób. Mógł to robić bezkarnie, gdyż kupił sobie spokój popierając Stany Zjednoczone w wojnie z terrorem. Wszystkich swoich krytyków automatycznie nazywał islamskimi fundamentalistami i terrorystami. Była to krótkowzroczna polityka zamiatania pod dywan realnych problemów najbardziej ludnego postsowieckiego państwa Azji Środkowej, w którym mimo wielu bogactw naturalnych panuje nędza, a średni zarobek wynosi ledwie 30 dolarów.
Rebelia w Uzbekistanie rozpoczęła się od sprzeciwu wobec uwięzienia i oskarżenia o religijny ekstremizm 23 lokalnych biznesmenów. Uczestnicy protestu ujęli się za nimi, twierdząc że władze używają straszaka terroryzmu do rozprawiania się z opozycją i nie dopuszczania do reform. Z braku nadziei na zmiany, w kraju istotnie zaczęły rosnąć wpływy tych, którzy głosili potrzebę radykalnej walki z reżimem. Karimow nie wymyślił islamskich radykałów, ale swoimi represjami i brakiem reform doprowadził do tego, że ekstremiści urośli w siłę.
Juliusz Urbanowicz