W tej dziedzinie NASA ma mnóstwo do zrobienia, zważywszy na dynamicznie rosnącą światową konkurencję - do podboju kosmosu szykują się już Chińczycy i Hindusi. Tymczasem amerykańska agencja jest w dużym stopniu reliktem epoki zimnej wojny - przerośniętym, zbiurokratyzowanym, opanowanym przez układy. Robert Zubrin, amerykański inżynier, działacz społeczny i biznesmen pisze w książce "Narodziny cywilizacji kosmicznej", że projekty nowych pojazdów kosmicznych - tańszych i bezpieczniejszych niż promy - były blokowane przez lobby wielkich koncernów lotniczych, zarabiających krocie na rządowych kontraktach. Dlatego wyniesienie na orbitę jednego kilograma ładunku kosztuje w NASA aż 10 tys. dolarów.
Szansę na tańszą eksplorację kosmosu tworzy dopiero wejście do gry firm prywatnych, które są w stanie zaoferować oszczędniejsze i szybsze rozwiązania niż zasilany z federalnej kasy moloch. Udowodnił to już Burt Rutan, twórca turystycznej rakiety SpaceShipOne, której pierwsze komercyjne wersje mają już niedługo latać w kosmos w barwach linii Virgin Galactic. Stworzenie tego pojazdu kosztowało jego firmę mniej więcej tyle, ile NASA wydaje na wstępny projekt pojazdu nie wykraczający poza kartki papierowych opracowań. Miejmy nadzieję, że urzędujący od niedawna nowy szef agencji wyciągnie z tych lekcji odpowiednie wnioski.
Jan Stradowski
Czytaj też w tygodniku "Wprost":
Przesiadka na Marsa (Amerykanie chcą podbić Czerwoną Planetę),
Kosmoloty (Wakacje na orbicie okołoziemskiej za 100 000 dolarów?).