Krakowski Kongres Samoobrony

Krakowski Kongres Samoobrony

Dodano:   /  Zmieniono: 
W Krakowie, pod hasłami „obrony polskiej kultury” zjechało się grono tzw. twórców, by zapobiec, jak to nazywają "balcerowiczyzacji kultury". Niczym się to nie różni od działań "w obronie polskiego rolnictwa", a hasła walki z "liberalizmem" i Balcerowiczem są te same. Tzw. twórcy są oczywiście bardziej tchórzliwi od działaczy Samoobrony w akcjach bezpośrednich, ale za to ich żądania są znacznie bezczelniejsze.
Co skłoniło ich do zrobienia takiego rabanu? Oto rząd zaproponował delikatne rozwiązania prorynkowe w sferze kultury. Wszystko to naprawdę jest bardzo delikatnie prorynkowe, ale nawet do czegoś takiego grupy interesów, które żyją z dojenia cudzych pieniędzy, nie mogły dopuścić, więc natychmiast pojawiły się kontrprojekty, które mają owo dojenie nadal umożliwić.

Otóż tzw. środowiska twórców kultury uznają, że zasady funkcjonowania takich zawodów, jak np. operator kamery czy pisarz bajek dla dzieci, powinny być zasadniczo inne niż te dla programistów czy hodowców drobiu. I że tzw. twórcom coś się należy kosztem nas wszystkich, bez względu na to co sobą prezentują i czy spotyka się to z jakąkolwiek reakcją odbiorców.
Pomysły „twórców zatroskanych przyszłością Polskiej kultury” są nieco różnią się między sobą, ale łączą je dwie rzeczy. Po pierwsze - chodzi o to, by wyrwać jak największą kasę - czy to od państwa, czy od samorządów, czy też od prywatnych podmiotów (w postaci specjalnych podatków). Nazywa się to „stwarzaniem warunków dla rozwoju kultury narodowej” (choć ci akurat „twórcy” słowem naród raczej się brzydzą…). Z drugiej strony, chodzi o to, by już po wyrwaniu kasy móc robić z nią, co się chce bez żadnej kontroli, co owi „twórcy” nazywają „walką o autonomię sfery kultury”. Pojawiają się wręcz kabotyńskie hasła „ walki z cenzurą”.

Na kongresie bryluje np. Maciej Nowak, który kilka lat temu funkcjonował jako dyrektor teatru w Gdańsku. Teatr ów nie tyle stał się głośny z powodu sukcesów artystycznych, ale raczej jako placówka „kultury gejowskiej”. Gdy okazało się, że teatr dzięki radosnej działalności Nowaka popadł w ogromne długi i władze samorządowe postanowiły go zwolnić, to w jego obronie używano oczywiście haseł o „zagrożeniu autonomii placówek kultury” oraz „przejawach homofonii”.

Inną znaczącą postacią jest Joanna Mytkowska, dyrektorka Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. To typowa Dyrekcja Cyrku w Budowie. Wyjaśniam co młodszym, że przywołuję żart, który w latach siedemdziesiątych wymyślił Jacek Federowicz, szydząc z socjalistycznych absurdów. Otóż na miejscu, gdzie miałoby powstać owo muzeum nadal stoi znany stołeczny blaszak, a projekt muzeum jest w powijakach – niemniej dyrekcja już działa. To tylko drobny przyczynek do hucpy, jaką jest powołanie tej placówki. Przypomnę, że na ówczesnym prezydencie miasta Lechu Kaczyńskim inwestycję tę wymusiły „środowiska twórcze”, a ten na to przystał, bo zbliżały się wybory prezydenckie i trzeba było zyskiwać sympatię niechętnej PiS-owi inteligencji warszawskiej. Gmach muzeum ma być olbrzymi (a przez to odpowiednio drogi), ale problem polega na tym, że nie wiadomo, czym go zapełnić, bo przecież żadna z istniejących placówek nie odda swoich zbiorów. To oczywiste, że „środowiska artystyczne” zażądają kolejnych środków – tym razem na zakup dzieł, bo przecież czymś te wielkie sale trzeba będzie zapełnić. I ruszy hurtowa produkcja i zakupy arcydzieł pod obstalunek. A jak to będzie wyglądać, możemy zobaczyć już dzisiaj na przykładzie choćby PISF.

Realizując wytyczne tow. Lenina, czyli jak wydoić kasę.

Na kongresie za przykład modelowego rozwiązania podaje się Państwowy Instytut Sztuki Filmowej. Pojawiły się propozycje, by inne dziedziny uregulować w podobny sposób. Miałby powstać instytuty od książki (na który haracz płaciliby wydawcy książek! – o tym niżej), od sztuk wizualnych (podatek od reklam prasowych), od muzyki (forsa ściągana od firm fonograficznych) itp.

Sprawdziło się to, co prorokowałem, gdy powstawał PISF, choć niestety, nie przeszedł mój postulat powołanie także Instytutu Satyry Polskiej, który zasilany byłby podatkiem od każdego opowiadanego dowcipu.

Ale przyjrzyjmy się temu wzorcowemu rozwiązaniu.

PISF powstał kilka lat temu, gdy okazało się, że na nieudaczne filmy polskich reżyserów nikt nie chce chodzić, więc i kasy zaczynało brakować. A jak mawiał tow. Lenin, film to najważniejsza ze sztuk, więc projekt ten poparło SLD i PiS. Ustawą zmuszono telewizyjnych nadawców prywatnych, właścicieli kin i operatorów telewizji kablowych i cyfrowych (którzy i tak płacą przecież podatki), by płacili kolejny haracz z przeznaczeniem na działalność Instytutu im. Lenina oraz dotowanie twórców-nieudaczników. Konkretnie instytut ma z tego ponad 100 milionów złotych, a doliczając forsę z budżetu (a jakże, jeszcze i to) daje to w sumie 160 milionów złotych!

Jaki z tego efekt? Ano taki, że sukcesów polskich filmów nadal nie widać. Polski film nie liczy się za granicą, w przeciwieństwie np. do Czech, gdzie żadnej takiej placówki nie ma. A ostatnio tak komplementowany i najbardziej nagradzany w Gdyni film pt. Rewers powstał bez udziału Instytutu im. Lenina.

No to może są sukcesy finansowe? W ub. roku najbardziej kasowe polskie filmy powstały także bez jego dotacji. A owszem, dotację dostał film z założenia komercyjny „Kochaj i tańcz”, który okazał się niewypałem artystycznym i komercyjnym.

Instytut nie ma sukcesów, ale oczywiście jego istnienie nie jest zagrożone, bo można dzięki niemu doić kasę. Kto doi? Oczywiście ci, co są blisko cycka. Wystarczy spojrzeć na mechanizmy panujące w placówce, którą kieruje kuta na cztery nogi caryca polskiego kina Agnieszka Odorowicz. W ostatnich latach aż osiem produkcji filmowych, które dostały dofinansowanie z PISF, było w taki czy inny sposób związanych z Juliuszem Machulskim. Nie byłoby w tym może nic dziwnego tyle, że Machulski od początku związany jest z różnymi ciałami w Instytucie im. Lenina - więc sam sobie przyznaje dotacje. Takich beneficjentów jest więcej.

Niemniej nawet nie to jest największym skandalem. Otóż znaczna cześć filmów, które otrzymały dotację, nigdy nie wejdzie do rozpowszechniania! Rozpowszechnianie to koszty, a sukces niepewny, szczególnie gdy wiadomo, że film to gniot. A tymczasem dzięki dotacji producent już swoje zarobił. Zarobił też reżyser, zarobiła ekipa a i Instytut im. Lenina może się wykazać, że jest niezbędny. Co jest już zupełnym skandalem, zdarza się, że producent filmu, który nie ujrzał sali kinowej, występuje o kolejną dotację na kolejną poronioną produkcję!

I takie to modelowe rozwiązania proponuje się nam w innych dziedzinach. Zabrać forsę, by rozdawać forsę po uważaniu.

Co znamienne, nikt na kongresie się nie zająknął w kwestii obniżenia podatków. W naszym kraju istnieje np. wiele prężnych i ambitnych, choć niewielkich wydawnictw książkowych, ale funkcjonują one na granicy opłacalności. Tymczasem propozycje „zaniepokojonych przyszłością naszej kultury” zmierzają do tego, by wprowadzić kolejny podatek przeznaczony na Instytut Książki, gdzie mechanizm dzielenia tych środków (przy tym pomniejszonych o koszty działania instytutu, marnotrawstwa, defraudacji) będzie podobny jak w Instytucie im. Lenina.

W ogóle obniżka podatków z jednej strony spowodowałaby obniżkę cen na dobra kultury, a z drugiej strony zwiększyłaby zasobność naszych portfeli, co znaczyłoby, że byłoby ich więcej na owe dobra.

A przy tym wszystkim zdumiewający jest oczywista niekonsekwencja żądań „ twórców”. Oczekują oni zwiększenia roli instytucji państwowych czy parapaństowych (jak np. PISF), szczególnie przy dzieleniu forsy, a jednocześnie domagają się większej wolności. Nawet nie chce się polemizować z tym oczywistym kretynizmem.

Na kongresie Waldemar Dąbrowski, b. minister kultury za  czasów SLD, otrzymał ogromne brawa za polemikę z „liberalizacją” kultury. - Policzcie, ile jest warte dzieło Chopina z perspektywy budowania wizerunku Polski! – rzucał na szalę argument przeciwko „liberałom”. Dostał ogromne brawa, jakby na sali siedziało co najmniej kilku twórców o talencie i znaczeniu porównywalnym z Chopinem. Tak czy inaczej argument wyjątkowo trafiony kulą w płot. Otóż Chopin żył nawet nie tyle z koncertów (w prywatnych salonach!), ale z udzielania lekcji gry na pianinie, a przede wszystkim ze sprzedaży nut dla miłośników domowego koncertowania. Za jego czasów nie działał żaden Instytut Muzyki, ba, nie było wówczas ministerstwa kultury i w ogóle to były straszne czasy, tyle że akurat nasza kultura wydała wówczas swe najwybitniejsze dzieła.

I na koniec ciekawostka. Pan prezydent w liście wysłanym do uczestników kongresu poparł rozwiązania nawiązujące do działalności PISF im. Lenina. Znając kryptobolszewickie poglądy Lecha Kaczyńskiego nie powinno to dziwić. Ciekawe tylko, czy twórcy odwdzięczą się chociaż jednym panegirycznym wierszem, nie mówiąc o filmie. Ale może w zamian za dotację?




Czytaj także

Czytaj także