Czeczeńska bomba podłożona w Pułtusku

Czeczeńska bomba podłożona w Pułtusku

Nie chcę przesądzać, czy Ahmed Zakajew jest terrorystą czy nie. Chcę tylko zauważyć, że argumentacja, iż na pewno nie jest, której jedynym celem jest zrobienie na złość Rosji, nie wytrzymuje krytyki. Terror w Czeczenii jest faktem, a argumenty, że stoi za tym Putin i KGB są tyleż warte, co argumenty, że za zamachami na WTC w Nowym Jorku stało CIA i Mosad.
Nie mam zamiaru również rozstrzygać kwestii na ile wojna o „wolną Czeczenię” jest słuszna skoro jest oczywiste, że „wolna Czeczenia” będzie krajem wojującego islamu. I jak to się ma do naszego udziału w okupacji Afganistanu? Ale mniejsza o to…
Interesuje mnie natomiast los mojego kraju. A przyjazd Zakajewa do Polski i organizowany w Pułtusku Światowy Kongres Czeczenów musiał spowodować problemy. I spowodował. Problemy ma nie Zakajew i Czeczeni – lecz Polska.

Czy Zakajew nie spodziewał się, że zostanie zatrzymany? Oczywiście, że się spodziewał, a szum wokół czeczeńskiego przywódcy zaczął się już przed jego przyjazdem. Co ciekawe Zakajew bywał już u nas przez nikogo nie niepokojony, ale wtedy jego wizyty były ciche i dyskretne. Tym razem było zupełnie inaczej, co zmusiło do reakcji Rosję, a w konsekwencji i Polskę.

To że "przywódca rządu czeczeńskiego na emigracji” zyskał na całym zamieszaniu jest oczywiste. Nietrudno jednak zauważyć, że choć nasz przyjaciel nie może nachwalić się polskiej gościnności i zrozumienia dla „sprawy czeczeńskiej” – w istocie posłużył się Polską jak wygodnym narzędziem. A Polska na to przystała. Trudno w tym momencie uniknąć skojarzenia z groteskową wizytą prezydenta Lecha Kaczyńskiego na granicy gruzińsko-osetyńskiej, która została zaaranżowana przez gruzińskiego prezydenta Michaiła Saakaszwilego. Ten ostatni – podobnie jak Zakajew – wykorzystał Polskę do własnych rozgrywek.

Absurdalna gra

Przyjazd Zakajewa postawił Polskę w sytuacji, w której żadne wyjście nie jest dobre. Wydać go Rosjanom nie wypada, nie zareagować także nie można. Toczy się więc absurdalna gra. Policja zatrzymuje Zakajewa udającego się do prokuratury. Sąd go zwalnia. Zakajew wyjeżdża, by móc znowu powrócić. Policja zatrzymuje uczestników kongresu, potem ich zwalnia. I nikomu nie przychodzi do głowy, że można przeciąć ten węzeł gordyjski odwołując kongres. Zamiast tego premier Donald Tusk uspokaja Polaków przypominając im, że „procedura ekstradycyjna nie oznacza ekstradycji i z całą pewnością strona rosyjska nie może tu liczyć na decyzje Polski, które by ją satysfakcjonowały”. Nie wiem jak państwa, ale mnie premier nie uspokoił – bo jego wypowiedź odebrałem jako wywieranie oczywistego nacisku na niezależne sądownictwo. W takiej sprawie wolno?

A tymczasem PGNiG alarmuje, że w listopadzie będzie musiało przykręcić kurki z gazem przemysłowi – a tak się składa, że gaz którego nam brakuje ma do nas popłynąć z Rosji. Jednocześnie w Rosji toczy się cały czas śledztwo (czy nam się to podoba czy nie) w kwestii katastrofy smoleńskiej.

Kongres Ukraińców domaga się niepodległości

A teraz wyobraźmy sobie hipotetyczną sytuację. Oto odbywa się Kongres Ukraińców, na który przybywają radykalni nacjonaliści, spadkobiercy bojowników z UPA, ba – przyjeżdżają nawet osoby oskarżane przez nas o mordy na Polakach. Uczestnicy domagają się utworzenia na części wschodnich ziem polskich niezależnej republiki zachodnioukraińskiej. Albo w innym wariancie – Ślązacy organizują Kongres, na którym domagają się niepodległości Śląska. A na miejsce organizacji Kongresu wybierają niewielkie miasto w Rosji. Łatwo przewidzieć naszą reakcję na takie wydarzenie.

Ktoś wygra – Polska straci

Na zakończenie warto przypomnieć, że dla znacznej części radykalnych bojowników w Czeczenii Zakajew to agent Moskwy, a organizowany w Pułtusku Kongres nie ma żadnego mandatu. Czeczeni przypominają, że jego główny organizator Deni Teps wykłada w szkole policyjnej w Petersburgu a gdyby Zakajew był naprawdę groźny, to FSB dawno by go zlikwidowało. Zdaniem radykałów cała afera z udziałem „pożytecznych idiotów” z Polski ma go uwiarygodnić w Czeczenii, by mógł wrócić do tego kraju w glorii dysydenta i być może zastąpić Kadyrowa, który coraz bardziej wymyka się spod kontroli Moskwy.

Oczywiście nie musi to być prawda, bo trudno wierzyć radykalnym islamistom, prawda? Niemniej pytanie brzmi: dlaczego nasz kraj po raz kolejny staje się na własne życzenie elementem w nie swojej grze, na której tak czy inaczej straci?

Czytaj także