Taki scenariusz dla każdej opcji politycznej byłby jednak mało przyjemny. Zwłaszcza, że możliwość wyboru sędziego, a w szczególności dokonania nominacji szefa całego sądu zdarza się w USA bardzo rzadko. Wybiera się więc tych lojalnych. Ale to byłoby zbyt proste. Człowiek taki, musi zyskać poparcie swoich adwersarzy, czy też - inaczej mówiąc - starać się uniknąć ich zdecydowanego sprzeciwu. Musi więc być widziany przez swych przeciwników jako zdolny do kompromisu. I tu pojawia się kłopot. Jak bowiem znaleźć kogoś, kto w ideologicznych pryncypiach będzie "wierny", a w sprawach mniejszej wagi okazywał się otwarty. Gdzie jest złoty środek?
William Rehnquist był właśnie takim człowiekiem. Choć wyklęty jako zatwardziały konserwatysta, zyskał sobie szacunek jako człowiek z zasadami. Choć to właśnie on wstrzymał ponowne przeliczanie głosów w wyborach prezydenckich, otwierając drogę do Białego Domu obecnemu przywódcy Stanów Zjednoczonych, to również on 5 lat temu wydał wyrok, który pozwolił Billowi Clintonowi dokończyć kadencję, mimo skandalu z Moniką Lewinsky. A dużo wcześniej nakazał ujawnienie kluczowych nagrań obciążających prezydenta Nixona w aferze Watergate, choć to jemu zawdzięczał fotel w Sądzie Najwyższym.
Mimo tego Amerykę czeka wojna sądowa. I stawką w niej nie będzie nominacja Johna Robertsa na szefa Sądu Najwyższego, uważanego za umiarkowanego konserwatystę i protegowanego zmarłego Rehnquista, tylko miejsce po Sandrze O'Connor. Głosy w amerykańskim sądzie najwyższym liczą się bowiem tak samo. Im więcej tym lepiej.
Grzegorz Sadowski