Wojny sądowe

Dodano:   /  Zmieniono: 
Demokraci i amerykańska lewica mogą wzorem rosyjskiego bajkopisarza Kryłowa zawołać: Od takich sędziów niech nas Bóg zachowa! Konserwatyści zacierają ręce. Ameryka szykuje się na ideologiczną wojnę. Od jej wyników zależeć będzie los przyszłego pokolenia.
William Rehnquist był szesnastym szefem Sądu Najwyższego i trzecim w ciągu ostatniego stulecia. Sąd ten wydaje ostateczne decyzje w sprawach mających wpływ na codzienne życie obywateli. To daje pojęcie o władzy, jaka przysługuje szefowi takiemu sądu. Wybierany jest dożywotnio, a od momentu wyboru, nie jest zależny od nikogo. Jego polityczne więzi są teoretycznie nieistotne. Z republikanina może stać demokratą. Z zażartego przeciwnika aborcji, jej zwolennikiem. I nikt mu nic złego nie zrobi.

Taki scenariusz dla każdej opcji politycznej byłby jednak mało przyjemny. Zwłaszcza, że możliwość wyboru sędziego, a w szczególności dokonania nominacji szefa całego sądu zdarza się w USA bardzo rzadko. Wybiera się więc tych lojalnych. Ale to byłoby zbyt proste. Człowiek taki, musi zyskać poparcie swoich adwersarzy, czy też - inaczej mówiąc - starać się uniknąć ich zdecydowanego sprzeciwu. Musi więc być widziany przez swych przeciwników jako zdolny do kompromisu. I tu pojawia się kłopot. Jak bowiem znaleźć kogoś, kto w ideologicznych pryncypiach będzie "wierny", a w sprawach mniejszej wagi okazywał się otwarty. Gdzie jest złoty środek?

William Rehnquist był właśnie takim człowiekiem. Choć wyklęty jako zatwardziały konserwatysta, zyskał sobie szacunek jako człowiek z zasadami. Choć to właśnie on wstrzymał ponowne przeliczanie głosów w wyborach prezydenckich, otwierając drogę do Białego Domu obecnemu przywódcy Stanów Zjednoczonych, to również on 5 lat temu wydał wyrok, który pozwolił Billowi Clintonowi dokończyć kadencję, mimo skandalu z Moniką Lewinsky. A dużo wcześniej nakazał ujawnienie kluczowych nagrań obciążających prezydenta Nixona w aferze Watergate, choć to jemu zawdzięczał fotel w Sądzie Najwyższym.

Mimo tego Amerykę czeka wojna sądowa. I stawką w niej nie będzie nominacja Johna Robertsa na szefa Sądu Najwyższego, uważanego za umiarkowanego konserwatystę i protegowanego zmarłego Rehnquista, tylko miejsce po Sandrze O'Connor. Głosy w amerykańskim sądzie najwyższym liczą się bowiem tak samo. Im więcej tym lepiej.

Grzegorz Sadowski