Wszystko na to wskazuje, że "Broken Flowers" będzie hitem kinowym. Kilka lat temu pewnie nawet sam Jim Jarmusch nie podejrzewał, że na jego filmy będą ustawiać się kolejki przed kinem.
Reżyser konsekwentnie od początku swej kariery hołduje jednemu stylowi kręcenia filmów. Każda jego produkcja opowiada o zwykłych ludziach, zwykłych problemach. Akcja jego dzieł rozgrywa się zwykle na obrzeżach wielkich miast, bohaterowie spędzają czas na "nicnierobieniu", które przybiera formę picia kawy, jeżdżenia samochodem, doskonalenia się we wschodnich sztukach walki, czy nauce języka angielskiego. Całość Jarmusch pokazuje w bardzo charakterystyczny dla siebie sposób - jego kadry są brudne, czasami krzywe, wolny montaż pogłębia odczucie nic nie dziania się w jego filmach. A jego znakiem firmowym jest zatrzymanie kamery na jednym punkcie, reżyser potrafi ją tam utrzymać nawet przez kilka minut. Widać to także w "Broken Flowers" - widzowie przez dwie minuty patrzą jak z kieliszka szampana ulatują bąbelki.
"Broken Flowers", które z takim zachwytem przyjęto na ostatnim festiwalu w Cannes, to typowy film Jarmuscha. Choć - mimo że pewnie będzie jego największym sukcesem kasowym - nie najlepszy. Cały film jest utrzymany w konwencji komediowej, w znacznej mierze dzięki Billowi Murray'owi w roli głównej. Jednak taka forma spłyciła nieco jego głębię. To co było siłą wcześniejszych filmów Jarmuscha "Truposza" i "Ghost Dog: droga samuraja", czyli pytania o sens życia, tutaj zostało skolokwializowane i rozmyte kolejnymi gagami. Dlatego "Broken Flowers" to "tylko" film bardzo dobry.
Agaton Koziński
"Broken Flowers", reż. Jim Jarmusch, USA, 2005